Dziś jest sobota, 18 listopada 2017 roku. Imieniny : Klaudyny, Romana, Tomasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Gospodarka

Obrót bezgotówkowy. Za i przeciw

Pod koniec stycznia Ministerstwo Finansów przekazało do konsultacji projekt ograniczający maksymalną kwotę transakcji gotówkowych z 15 tys. euro do 15 tys. zł, na razie na poziomie B2B, czyli między przedsiębiorstwami.

Stopniowe, acz konsekwentne przechodzenie na pieniądz elektroniczny to trend globalny. Obserwując sytuację i poczynania władz w innych krajach, możemy się wkrótce i u nas spodziewać kolejnych zachęt lub – jak w podanym przypadku – elementów przymusu do rezygnacji z posługiwania się gotówką.

Warto przy tej okazji zastanowić się nad generalnymi plusami i minusami obrotu bezgotówkowego. Zacznijmy od końca. Niewątpliwie zagrożeniem, jakie niesie ze sobą eliminacja banknotów i monet, jest wzrost możliwości inwigilacyjnych ze strony państwa, względnie tych, którzy uzyskają dostęp do jego lub bankowych systemów. Choć z drugiej strony – czy po ponumerowaniu obywateli RP za pomocą PESEL-u oraz upowszechnieniu telefonii komórkowej i Internetu można się obawiać jeszcze większej inwigilacji? Drugi potencjalny mankament pieniądza elektronicznego to w skali makro – pokusa „drukowania” go na większą niż obecnie skalę oraz w skali mikro – pokusa życia ponad stan dzięki kartom kredytowym. Wszak ekonomia nie jest nauką ścisłą, tylko społeczną, a łatwiej wydaje się wirtualnie niż w realu. Kolejnego zarzutu stawianego obrotowi bezgotówkowemu nie podzielam. Dotyczy on rzekomo większych możliwości kradzieży środków. Złodzieje byli i zawsze będą. Tyle że teraz częściej działają znad klawiatury niż z maską na twarzy i pistoletem w dłoni. Ostatnia i rzeczywiście ważna wątpliwość odnosi się do sytuacji kryzysowych, takich jak wojna. Wtedy rzeczywiście gotówka bywa potrzebna.

Zalet obrotu bezgotówkowego jest jednak znacznie więcej, dlatego warto wymienić je hasłowo. Najważniejsze z nich to: wygoda, szybkość transakcji, redukcja szarej i czarnej strefy, niższe koszty z punktu widzenia konsumenta, ale też sektora publicznego (np. przy transferze zasiłków), rozwój nowych technologii i w rezultacie wzrost poziomu innowacyjności gospodarki, brak kosztów emisji i obsługi obrotu gotówkowego (nawet 1 proc. PKB), rozwój takich branż, jak e-commerce, masowi wierzyciele (podmioty otrzymujące regularne płatności) czy usługi finansowe ogółem (dzięki ich upowszechnieniu).

Zresztą, jak byśmy obrotu bezgotówkowego nie oceniali, nie ma od niego odwrotu. Polska to nie samotna wyspa. Pewnych zmian płynących do nas z zewnątrz nie unikniemy. Można się na nie co najwyżej mądrze przygotować. A na obrót bezgotówkowy, który lada moment zacznie na nas wymuszać i Unia Europejska, i sama gospodarcza rzeczywistość, przygotowane nie jest ani nasze prawo, ani banki (pod względem kosztów swoich usług), ani handel (pod względem techniczno-organizacyjnym), ani niestety – mentalnie – społeczeństwo. Co więcej, problem jest u nas nieprzedyskutowany. A to przecież klucz do jego rozwiązania i obrócenia na swoją korzyść nawet tego, co wydaje się groźne.

 

dr Marian Szołucha- Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Autor kilku książek i kilkudziesięciu artykułów nt. międzynarodowych stosunków gospodarczych, integracji europejskiej, finansów publicznych, polityki pieniężnej i historii myśli ekonomicznej. Zastępca redaktora naczelnego kwartalnika „Myśl.pl”. Szef zespołu ekspertów Centrum im. Władysława Grabskiego.

 

Tekst pierwotnie opublikowany na portalu wgospodarce.pl

 

 

 

Płatne drogi na do widzenia?

Rząd dołującej w sondażach koalicji PO-PSL na rok 2018 planuje wprowadzenie odpłatności za korzystanie z wszystkich dróg krajowych. Nawet w przypadku porażki ugrupowań rządzących w październikowych wyborach parlamentarnych, można się spodziewać, że następcy skorzystają z „prezentu” poprzedników pozwalającego łatać dziurę budżetową, na nich też zrzucając winę za to posunięcie. Trwają także prace nad zakazem wjazdu starszych pojazdów do centrów miast.

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju planuje, by system elektronicznego poboru opłat viaToll, który obecnie dotyczy jedynie ciężarówek, zaczął obowiązywać także samochody osobowe. Płatne ma być ok. 7 tysięcy km dróg. Już w 2013 r. zapowiadał to ówczesny wiceprzewodniczący sejmowej komisji infrastruktury Stanisław Żmijan (PO), mówiąc, że „docelowo za jazdę drogami krajowymi powinniśmy płacić wszyscy bez wyjątku, to nie ulega wątpliwości”. Obecnie podobne opinie wyraża minister infrastruktury Maria Wasiak mówiąc o roku 2018. Jest to poniekąd powrót do pomysłu Marka Pola, ministra infrastruktury w rządzie Leszka Millera, który planował wprowadzić odpłatność za korzystanie z dróg w postaci winiet dla wszystkich kierowców.

Już w tym roku przybędzie 250 km tras objętych systemem viaToll. Obecnie system ten obejmuje jedynie samochody powyżej 3,5 t.

To nie koniec ograniczeń dla kierowców. Trwają też prace nad projektem zakazującym ze względów ekologicznych wjazdu do centrów miast starszym samochodom. Auta mają być podzielone w zależności od wieku na 5 klas mówiących o tym, jak daleko do centrum mogą wjechać. Obostrzenia mają objąć już pojazdy z silnikiem diesla zarejestrowane po raz pierwszy przed 2005 r., i samochody z silnikiem benzynowym, których pierwsza rejestracja przypadała przed rokiem 2000.

 

Damian Zakrzewski

źródło: wgospodarce.pl/Auto-Świat

Nowa nacjonalizacja

Polskie prawo cywilne, podobnie jak lwia część innych europejskich systemów prawa cywilnego, oparte jest na fundamencie prawa rzymskiego. Rzymskie prawo swój geniusz, ale i wybitną nowoczesność wywodziło z wyjątkowego poszanowania dla własności indywidualnej, która pozostała fundamentem tego systemu bez względu na to, czy obowiązywało ono w czasach republiki czy za czasów cesarskiego dominatu. Fenomen rzymskiego prawa własności opierał się na jego nienaruszalności, która tylko w absolutnie wyjątkowych sytuacjach mogła być naruszana tak przez podmioty publiczne jak i przez innych obywateli.

Trudno wymagać, aby w XXI w. prawo własności było tak szczelnie chronione przed wpływem osób trzecich, by zachowało swą krystaliczną wręcz nienaruszalność analogicznie jak za czasów antycznych. Z drugiej zaś strony istnieje długa lista właśnie antycznych instytucji cywilnych, które dotrwały do naszych czasów w niemal niezmienionej postaci.

W Polsce własność prywatna w jej najbardziej doniosłej postaci – prywatna własność nieruchomości, przez długie lata traktowana była jako instytucja wroga państwu i jako taka była przez państwo ze wszech stron atakowana. Ten smutny okres dla własności prywatnej, o którym tutaj mowa, to okres polskiego komunizmu, datowanego wcześniej przecież niż powstanie PRL. Najbardziej wyraźnym przykładem wojny wytoczonej własności indywidualnej była nacjonalizacja. 

Obecnie - po 1989 r. – mimo deklarowanego powrotu do klasycznie rozumianej pozycji własności, kondycja tego prawa nie tylko jest słaba, ale wręcz z każdym rokiem wydaje się w dalszym ciągu osłabiać. Wydaje się, że proces walki z prawem własności nie tylko się nie zakończył, ale jest kontynuowany w najlepsze.

Można odnieść wrażenie, że na naszych oczach odbywa się proces, który można nazwać nową nacjonalizacją. Proces ten, choć w sferze terminologicznej, czy ściśle formalnej podkreśla odstąpienie państwa od zakusów nacjonalizacyjnych, od chęci pozbawienia właścicieli tytułu własności, to jednak podejmowanych jest cały szereg działań, które mają na celu pozbawienie właścicieli prerogatyw, które są istotą prawa własności. Uprawnienia te stanowią o własności, stanowią kościec i sens tego najszerszego prawa rzeczowego. Bez nich prawo własności traci nie tylko swój kształt, sens i nie może nie tylko pełnić właściwej sobie roli w systemie prawnym, ale także i w systemie relacji społecznych. Prawo własności musi być prawem wybitnie szerokim, ograniczanym tylko w wyjątkowych sytuacjach, inaczej nie jest prawem własności, ale jedynie jego namiastką. Tymczasem dziś w Polsce już teraz prawo własności wygląda jak szwajcarski ser.

W sferze deklaratoryjnej prawo własności dalej stanowi podstawę polskiego systemu prawa cywilnego, a zatem i podstawę polskich stosunków majątkowych. Doniosłość prawa własności nie tylko dla prawidłowego funkcjonowania polskiego systemu prawnego, ale przede wszystkim jako wybitnego prawa obywatela, podkreślona została w art. 64 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Najważniejsze konsekwencje ma ust. 3 tegoż artykułu, który potraktować można jako polską definicję prawa własności. I tak, „własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności”. Rzecz jasna rozległość prawa własności sprawia, że pozytywne, enumeratywne wskazywanie jego desygnatów w differentia specifica uznać należy za pozbawione celu. Słusznie przy tym ograniczono się do wskazania sytuacji, w których prawo to może zostać ograniczone. Otóż, prawo własności może być ograniczone tylko i wyłącznie w drodze ustawy. Już samo to tylko stwierdzenie, sytuuje własność wyraźnie ponad wszelkimi innymi uprawnieniami o charakterze majątkowym. Przepis jednak na tym nie poprzestaje, podkreśla dodatkowo, że nawet ustawa może ograniczać prawa własności tylko i wyłącznie w takim zakresie, aby nie naruszać istoty prawo własności. Już więc polska konstytucja wskazuje, że niesłychanie ważnym jest nienaruszanie istoty prawa własności.

Przepisy kodeksu cywilnego karzą nam jednak zejść na ziemię. Kodeksowe uprawnienia właścicielskie nie są już definiowane poprzez wskazanie czytelnych sytuacji ograniczenia prawa własności. W tym wypadku właścicielowi wolno więc przede wszystkim korzystać z rzeczy, ale tylko i wyłącznie zgodnie ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem prawa własności. Naczelne znaczenie będzie miało coś co się zowie „społeczno-gospodarczym przeznaczeniem prawa” . Tam zaś gdzie obszar tegoż przeznaczenia się kończy kończą się i uprawnienia właścicielskie. Rzecz jasna próżno szukać definicji legalnej tej instytucji – pozostała ona niezdefiniowana, stanowi tym samym furtkę do swobodnej, zwykle szerokiej interpretacji godzącej we własność.

Instytucja społeczno-gospodarczego przeznaczenia prawa ma swój początek w czasach komunistycznych. Podobnie jak kilka innych sobie podobnych stanowiła w czasach Polski ludowej wentyl bezpieczeństwa, który pozwalał władzy kontrolowanie niebezpiecznych z punktu widzenia ówczesnej władzy postaw niezależności właścicielskiej. Dzięki tej instytucji państwo uzyskuje możliwość korygowania działań czy postaw właścicielskich, które nie leżą w jego interesie.

Tutaj kryje się tajemnica surowego stosunku każdego w istocie państwa – a państwa autorytarnego czy totalitarnego zwłaszcza - do prawa własności. Własność, a zwłaszcza własność nieruchomości, o ile jest silna i w pełni chroniona, stanowi bastion obywatela, w którym może on – pisząc obrazowo – skryć się przed zakusami państwa. Obywatel pozbawiony własności, swego rodzaju nieposesjonat, jak uczy zresztą polska historia, to obywatel, którego pozycja wobec państwa jest słaba, którego przestrzeń samodzielności i niezależności jest skromna. Nie sposób zbudować zdrowego społeczeństwa obywatelskiego bez silnej własności indywidualnej. Członkowie takiej wspólnoty nie są w stanie wykształcić pewnych postaw odpowiedzialności, przezorności, roztropności, troski o dobro wspólne, ale też umiejętności dbania o zachowanie dóbr w stanie dobrym i dążenia do ich powiększenia. To właśnie dlatego państwo, które ma ambicje rozprzestrzenienia swojego imperium na jak największe obszary jest nastawione wrogo wobec własności. Właściciel jest niepokorny wobec tego rodzaju zakusów. Im bardziej państwo jest autorytarne tym dążenia ku ograniczeniu prawa własności, ku jego prawnej deprecjacji są większe.

Dziś w Polsce mimo ostentacyjnego zdeklarowania się po stronie praw obywatela, demokracji, państwa prawa etc. odbywa się proces delikatnego, acz systematycznego ograniczania prawa własności indywidualnej przede wszystkim w zakresie własności nieruchomości. Na naszych oczach odbywa się nowa nacjonalizacja, która w żaden sposób nie kwestionuje naszego prawa własności, nikt nie ma zamiaru odbierać mu tytułu, a mimo to własność z każdym rokiem topnieje. Kupując nieruchomość gruntową realizujemy częstokroć inwestycje naszego życia. Za niebagatelne – i z roku na rok coraz większe – pieniądze kupujemy, rzecz jasna, nie taką czy inną liczbę ton ziemi, wraz z roślinnością na tej ziemi rosnącej. Kupujemy cały zestaw – w zamyśle: zestaw szeroki – uprawnień, które będziemy mogli realizować na danym areale ziemi. Koszyk tych uprawnień stale, bardzo dynamicznie się kurczy – znajduje się w nim coraz mniej, coraz mniej znaczących uprawnień. Koszyk uprawnień, za który płacimy, kurczy się, a tymczasem cena nie maleje. Co więcej, państwo, które z tego koszyka wybiera nam co i rusz, co bardziej atrakcyjne produkty, ani myśli czymkolwiek nam za to wynagrodzić. Tak w rzeczywistości wygląda system prawa, który pełen jest frazesów o fundamentalnej roli własności indywidualnej. Aby zobaczyć, co nam naprawdę z własności zostało, wystarczy przyjrzeć się kilku wybranym sferom prawa.

Polskie prawo nie ogranicza zbywania nieruchomości, nie ogranicza specjalnie czerpania z nieruchomości pożytków. Największe spustoszenie we własności nieruchomości polskie prawo dokonuje w uprawnieniu do korzystania z nieruchomości. W lwiej części przypadków, nazwijmy to „konsumenckiego” nabycia nieruchomości, kupno takiego majątku związane jest nie z perspektywą pospiesznego zbycia mienia. Głównym celem nie jest też pobieranie pożytków. Zasadniczą przyczyną nabycia nieruchomości jest osobiste z niej korzystanie.

Nabywcy - w przeważającej mierze - tego rodzaju mienia nastawieni są na aktywne korzystanie z nieruchomości. Pasywne korzystnie z nieruchomości, a więc korzystanie niezwiązane z żadnym procesem inwestycyjnym, praktycznie nie występuje. Jedną z głównych przesłanek dla których ludzie wolą kupno od najmu jest właśnie władza nad nieruchomością i to władza, która ma mieć w niedługim czasie praktyczne zastosowanie w procesie zmian na nieruchomości. Nawet kupno w pełni wykończonego apartamentu zwykle związane jest z późniejszymi zmianami wykończenia lokalu – wedle gustu właściciela. W polskiej kulturze mimo wszelkich trudności wobec polskiego prawa własności wykształciło się pojęcie suwerenności właściciela „wolnoć Tomku w swoim domku” „mój jest ten kawałek podłogi”. Czy polski właściciel na swojej nieruchomości dalej jest sobie „sterem, żeglarzem i okrętem”?

Można uparcie rozdzielać dwie kwestie: bierne korzystanie z nieruchomości (którego wszak właścicielowi co do zasady nikt nie ogranicza) oraz proces inwestycyjny na nieruchomości. Rozdzielenie tych dwóch kwestii jest jednak nienaturalne. Ingerencja państwa, poprzez przepisy administracyjne ograniczające omnipotencję właściciela na nieruchomości, godzi w prawo do swobodnego korzystania z nieruchomości, które w właścicielowi przysługuje.

Już sam fakt zasadniczego podziału nieruchomości według sposobu użytkowania na rolne i budowlane jest na polskim gruncie bezzasadny. Duża rolę odgrywa w tym stanie rzeczy ustawa o ochronie gruntów rolnych i leśnych. Istotą systemu jest zachowanie lwiej części polskich nieruchomości w stanie rolnym – wolnym od inwestycji budowlanych. Czy Polska jest krajem tam wysoko uprzemysłowionym, tak wybitnie zindustrializowanym, a jednocześnie zurbanizowanym, że konieczna jest pieczołowita ochrona gruntów rolnych? Tym samym kupując działkę, która ma status gruntu rolnego, bez względu na to czy położona jest poza terenem zabudowanym czy w samym jego centrum, właściciel ma ograniczone do minimum uprawnienia inwestycyjne. Oczywiście, grunt może zostać objęty procedurą tzw. „odrolnienia” czyli wyłączenia z produkcji rolnej. Tymczasem, przesłanki takiego wyłączenia nie są ani oczywiste ani proste do zrealizowania, sam proces natomiast jest skomplikowany i zwykle długotrwały. Pozytywne ukończenie tego procesu kończy się nałożeniem opłat z tego tytułu, które obciążają właściciela.

Innym sposobem oddania na ręce właściciela uprawnień inwestycyjnych, uprawnień, które winny wynikać z samego prawa własności jest uzyskania pozytywnej decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. Ochrona gruntów rolnych zwykle ogranicza proces eksurbanizacji, a więc rozwoju miast na tereny wiejskie w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Cała nadzieja na naturalny rozwój miasta spoczywa w rękach burmistrza lub prezydenta miasta - to ten organ wydaje wspomniane decyzje o warunkach zabudowy. Burmistrzowie i prezydenci mogą więc nie tylko otworzyć furtkę dla rozwoju miasta, ale przede wszystkim do wzrostu wartości nieruchomości położonych wokół ośrodka. W teorii przesłanki do wydania takiej decyzji są dość jasne, w praktyce stwarza to pole do nadużyć, także o charakterze korupcyjnym. Burmistrz jedną decyzją może właścicielowi zamknąć lub otworzyć drogę do zabudowania własnej nieruchomości. Władza organ wykonawczego jest tym większa, że organ odwoławczy w tego rodzaju postępowaniach - samorządowe kolegium odwoławcze zazwyczaj w postępowaniu drugiej instancji unika rozstrzygnięcia sprawy co do istoty i przekazują ją do ponownego rozpoznania burmistrzowi lub prezydentowi miasta. W ten sposób – krążąc między gminą a SKO – sprawy często ciągną się latami. Właściciel, rzecz jasna, przez ten czas nie może zabudować swojej nieruchomości.

Decyzja o warunkach zabudowy nie jest potrzebna tylko dla najważniejszej inwestycji na nieruchomości, jaką zazwyczaj jest budowa budynku. Decyzja tego rodzaju jest potrzebna dla całego szeregu innych inwestycji związanych z zabudowaniami istniejącymi na działce. Będziemy jej potrzebować np. przy budowie daszku nad wejściem czy przebudowie istniejących schodów wejściowych. Państwo wie lepiej niż właściciel, co warto wybudować, a co nie. Państwo również bardziej zatroszczy się o bezpieczeństwo użytkowników nieruchomości niż oni sami. Oczywiście, państwo, czy w tym wypadku samorząd - w gruncie rzeczy władza publiczna - nie zamierza w jakikolwiek sposób zrekompensować właścicielowi wyjęcia z jego ręki uprawnień, za które ten zapłacił poważne pieniądze przy kupnie nieruchomości.

Tak więc jeżeli władzy publicznej daszek nad drzwiami się nie spodoba, odmówi nam prawa do jego zamontowania w decyzji. Owszem, mamy prawo do odwołania, jednak jak w praktyce swoich uprawnień możemy dochodzić latami, angażując w ten proces nie tylko czas i nerwy, ale przede wszystkim niemałe środki finansowe.

Warunki zabudowy i planowanie przestrzenne kłaniają nie tylko przy samym otwarciu furtki do wzniesienia budynku. Władza publiczna chce mieć również prawo decydowania o tym, co zostanie zbudowane, a nawet w jakim kanonie estetycznym. W decyzji dostaniemy więc nawet wskazówki czy dach ma być dwu czy czterospadowy, a nawet jakie ma być pokrycie dachowe. Władza chce mieć wpływ na wszystko. Właścicielowi pozostaje przy tym schować do szuflady wizję wymarzonego domu, za którą zapłacił poważne pieniądze kupując nieruchomość.

Przy tego rodzaju postępowaniach interesująca jest również kwestia podmiotów, które mają wpływ na to, co zostanie na nieruchomości wybudowane. Stroną postępowania z reguły jest właściciel każdej działki, która graniczy z nieruchomością wnioskodawcy, ale często kręg stron jest znacznie większy. Tym samym więc sąsiad uzyskuje prawo do współdecydowania o tym, co zostanie wzniesione na cudzej nieruchomości, ma pełne prawa strony, łącznie z prawem do odwołania do samorządowego kolegium odwoławczego.

Postępowanie w sprawie wydania warunków zabudowy i zagospodarowania terenu stanowi preludium tego, co czeka właściciela w procesie inwestycyjnym. Przed nim, bowiem, postępowanie w sprawie pozwolenia na budowę, a później obwarowany górą wymagań proces budowlany. Czeka nam więc obowiązkowa współpraca ze wszelkiej maści projektantami budowlanymi tudzież architektami, kierownikami budowy i innymi budowlańcami wszelkich branż od elektrycznej, przez sanitarną, geodetami itd. Czekają nas trudne czynności odbiorowe i oddanie do użytkowania. Paradoksalnie wraz z rozwojem technologii budowlanej, która także zapewnia bezpieczeństwo przyszłym użytkownikom, prawo budowlane, zamiast zmierzać w stronę deregulacji, jest co raz bardziej restrykcyjne. Zawsze znajdzie się jakaś katastrofa budowlana, która owe restrykcje uzasadni.

Mamy szczęście, jeżeli w ogóle będziemy mogli przeprowadzić proces budowlany. Będziemy mieli problem, jeżeli nasz budynek, albo grunt na którym chcemy znieść obiekt znajduje się w strefie ochrony konserwatorskiej, albo – co gorsze znajduje się w strefie wpisanej do rejestru zabytków. W najlepszym razie właściciela czekają dodatkowe nakłady związane z pracami firmy archeologicznej, gorzej będzie jeżeli każda zmiana w budynku, choćby zmiana stolarki drzwiowej będzie mogła być zablokowana. Najtrudniejsza sytuacja pojawia się, gdy na gruncie z obszaru wpisanego do rejestru zabytków znajdować się będzie budynek zrujnowany, który nie nadaje się już do użytku. Wówczas możemy nie uzyskać pozwolenie na budowę. Nasze prawo własności sprowadzi się wówczas jedynie do wpatrywania się w budynek no i oczywiście ponoszenia wszelkiego rodzaju opłat związanych z utrzymaniem obiektu w stanie bezpiecznym dla przechodniów. Rzecz jasna także tutaj władza publiczna niczym nie rekompensuje niemałych utrudnień oraz wydatków, które spotykają zabytkowych pechowców. Oczywiście, istnieją dotacje na cele konserwacji zabytków, jednak są to środki niewielkie, zupełnie nieproporcjonalne wobec poważnych inwestycji związanych z obiektami wiekowymi oraz liczby podmiotów zainteresowanych.

Na przeszkodzie planom właściciela do realizacji swoich uprawnień władza publiczna postawiła również przepisy prawa ochrony środowiska. Ta rozległa dziedzina prawa,  niezwykle bogata we wszelkiego rodzaju ograniczenia praw właścicielskich, z roku na rok rozrasta się jeszcze bardziej. Trend ten jest związany w dużej mierze, choć nie tylko, z oczekiwaniami Unii Europejskiej. Nie widać jednak, aby tego rodzaju regulacje wprowadzane były w Polsce niechętnie. Właściciel nieruchomości zetknie się z tego rodzaju przepisami już w sytuacji, gdy zechce ściąć drzewo rosnące na jego posesji. Gorzej, jeżeli na nieruchomości stwierdzi się występowanie interesujących władzę publiczną elementów fauny czy flory. Ograniczyć władztwo właściciela mogą też różnego rodzaju strefy ochrony gatunkowej, arbitralnie wyznaczone obszary takie jak Natura 2000 i wiele innych. Wobec wielu inwestycji właściciele będą mogli realizować swoje plany dopiero po przejściu stosownych procedur środowiskowych np. przed organami Inspekcji Ochrony Środowiska czy Dyrekcji Ochrony Środowiska po uzyskaniu stosownych, zgód, zezwoleń, względnie uzgodnień – jak zawsze odsuwając w czasie inwestycję i ponosząc niemałe koszta.

Zakup nieruchomości to dopiero początek wydatków. Zaangażowanie właścicielskiego portfela zamiast na właściwych wydatkach inwestycyjnych skupia się na sfinansowaniu obowiązków, które przewidziała dla właścicieli władza publiczna. Państwo wychodzi z założenia, że właściciel jest zmotywowany, aby doprowadzić swoje zamierzenie do celu, a skoro tak, to pokornie poniesie wydatki, które przed nim postawiono. Właściciel nieruchomości płaci więc podatek od nieruchomości, ale już taki nieszczęśnik jak użytkownik wieczysty płaci podatek od nieruchomości oraz co jakiś czas podnoszoną opłatę roczną z tytułu użytkowania wieczystego (która jest już związana z wartością a nie powierzchnią gruntu). Jeżeli właściciel zdecyduje podzielić swoją działkę, a przez to wartość nieruchomości wzrośnie, władza publiczna pobierze od takiego wzbogacenia opłatę adiacencką.

Właściciel nieruchomości tak samo jak w czasach deklarowanej i realizowanej nacjonalizacji wydaje się być wrogiem publicznym, człowiekiem którego trzeba ograniczać, zwalczać, kontrolować i patrzeć mu na ręce. Swobodne pozostawienie właściciela – wydawać by się mogło – grozi opłakanymi konsekwencjami. Potężne gałęzie prawa administracyjnego niszczą prawo własności – oczywiście, zawsze w szczytnym celu – tak, że z uprawnienia ius abutendi (korzystania z rzeczy) pozostaje całkowita  wydmuszka. Ograniczać prawa właścicielskie może każdy od przedstawicieli władzy publicznej na różnych szczeblach, przez duże przedsiębiorstwa (np. przedsiębiorstwa przesyłowe, które prawem siły realizowały i realizują swoje inwestycje infrastrukturalne i których przedstawiciele z uśmiechem na ustach proponują samotnym właścicielom walkę o swoje prawa w sądzie z uznanymi kancelariami prawnymi reprezentującymi te spółki), aż po sąsiadów. W tym ostatnim przypadku często dochodzi do konfliktów sąsiedzkich, z których korzysta – według zasady divide et impera – władza. Rozległe przepisy sprawiają, że część właścicieli prowadzi swoje działania z ich pominięciem. Mnogość przepisów sprawia, że mało kto jest w stanie je wszystkie zrealizować – nawet mając chęć zadośćuczynienia tym obowiązkom. Pojawia się z więc z jednej strony poważne pole dla korupcji, z drugiej zaś – co jest coraz częstszym zjawiskiem – do donosicielstwa i załatwiania w ten sposób sąsiedzkich nieporozumień.

Ograniczyć właściciela może też zwykły najemca. Także on ma większe prawa niż właściciel nieruchomości. Pozycja najemcy w przepisach ustawy o ochronie praw lokatorów mieszkaniowym zasobie gminy i o zmianie kodeksu cywilnego jest dominująca wobec pozycji właściciela. Właściciela nie tylko krępują wszelkie rodzaju obowiązki, którym musi sprostać w czasie trwania najmu. Największe kłopoty sprawia właścicielom zobligowanie bezprawnego lokatora do opuszczania lokalu. Przepisy eksmisyjne stawiają właściciela częstokroć na pozycji całkowicie straconej. Ten zaś musi tolerować obecność bezprawnych lokatorów do momentu aż zakończy się często długotrwałe postępowanie eksmisyjne. Jeżeli do tego doliczymy kwestie związane z przyznaniem lokalu socjalnego, których gminy w lwiej części nie posiadają, obecność niechcianego lokatora wbrew uprawnieniom właściciela przedłuży się do znacznych rozmiarów.

W sferze deklaracji własność jest w Polsce podstawowym prawem cywilnym a pozycja właściciela jest wobec przedmiotu własności niemal nieograniczona. Tymczasem, prawo własność od długiego czasu jest obiektem opresyjnej tendencji ustawodawczej, która zachowując tytuł własności w rękach właściciela odbiera mu – zwykle bez cienia rekompensaty – pozbawia to prawo treści w sposób absolutny lub też redukuje władztwo właściciela przyznając prawo do współdecydowania podmiotom trzecim. Na naszych oczach odbywa się proces nowej nacjonalizacji.

 

Bartłomiej Królikowski – prawnik, samorządowiec, publicysta kwartalnika „Myśl.pl”.

Tekst opublikowano na łamach nr 32 kwartalnika "Myśl.pl"

 

 

 

 

Nowa twarz Platformy

Minister skarbu Andrzej Czerwiński zapowiedział obniżenie podatku akcyzowego dla przemysłu energochłonnego. Jeszcze niedawno wszelkie pomysły obniżania podatków jawiły się rządzącej Platformie Obywatelskiej jako przejaw nieodpowiedzialnego populizmu. Tyle, że jeszcze niedawno PO wydawało się, że wystarczy straszyć PiSem, aby rządzić dalej.

- To kolejna po ustawie o odnawialnych źródłach energii, zakładającej obniżenie obciążenia tych przedsiębiorstw, pomoc w zrównaniu warunków ich działania z podobnymi firmami w Europie - wyjaśnił entuzjastycznie minister. Plan obniżenia innych podatków zapowiedział także minister finansów. Idea słuszna, ale jeszcze niedawno politycy Platformy nakładali na węgiel podatek akcyzowy przyczyniając się do problemów polskich kopalń oraz zarzynali krajowe gorzelnie podwyższając opodatkowanie alkoholi.

Czy tym razem PO, będzie skłonna dotrzymać słowa, jeśli wyborcy obdarzą ją zaufaniem? Autor tego tekst sugeruje nie sprawdzać.

 

Piotr Głowacki (UPR Śląsk)

 

 

 

W pułapce średniego dochodu

Polakom, mimo wielu przeciwności, udało się w ostatnim ćwierćwieczu osiągnąć niemało, również w gospodarce. Radość oraz niezmącony żadnymi wątpliwościami optymizm, prezentowane przez większość polityków, komentatorów i dziennikarzy, są jednak zdecydowanie na wyrost.

Przed nami szereg wyzwań co najmniej tak poważnych jak te z ostatnich 25 lat. Po pierwsze, nie możemy bez końca konkurować niskimi kosztami pracy ani nawet położeniem geograficznym. Po drugie, nie możemy przegapić szansy, jaką daje nam kolejna odsłona zmian w porządku ekonomicznym świata. Tymczasem polityczno-medialne elity, zajęte bieżącymi sprawami, jakby nie dostrzegają problemów strategicznych, tkwiących w strukturze naszego państwa i gospodarki.

Model, na którym oparliśmy nasz rozwój gospodarczy po roku 1989, a którego siłą napędową był napływ inwestycji zagranicznych, niskie wymagania płacowe polskich pracowników, konsumpcja napędzana długiem, oferowanie atrakcyjnej stopy zwrotu dzięki wysokiemu popytowi na kapitał czy nawet naśladowcze innowacje, właśnie się wyczerpuje.

Schyłek jego możliwości zwiastują m.in. emigracja zarobkowa, niski poziom prywatnych oszczędności, brak widoków na przejście do fazy reindustrializacji opartej na gałęziach „intensywnych intelektualnie”[1], wreszcie stale wysoki (ponad 50 proc.) udział firm z obcym kapitałem w naszym eksporcie.

Brakuje marek i technologii

Posiadanie własnych, rozpoznawalnych globalnie marek to najlepsza gwarancja opłacalnego eksportu. W przeciwnym razie jest się skazanym na rolę podwykonawcy i związane z tym znacznie niższe marże i zyski.

Najsilniejszą marką na świecie jest Apple, wart ponad 185 mld dolarów. W Polsce – Orlen, wyceniany na 1,3 mld dolarów. Kolejne miejsca zajmują odpowiednio – Google i IBM oraz PKO BP i Biedronka. Nie kwoty są tu jednak najistotniejsze, a fakt, iż cała czołówka naszych rodzimych brandów to przedstawiciele branż tradycyjnych – paliw, finansów i handlu, podczas gdy światową czołówkę tworzą firmy, dla których innowacje to tzw. core business, czyli istota ich działania. Ktoś mógłby powiedzieć, że zarówno budowa silnych marek, jak i podnoszenie poziomu innowacyjności gospodarki to zadanie raczej dla sektora prywatnego, niż dla rządu. Zgoda. Z tym, że to rząd tworzy warunki, w jakich funkcjonują przedsiębiorcy i ma w swoich rękach cały arsenał narzędzi, by nie tyle pomagać im – bo innowacji nie da się przecież zaplanować, a marek wzmocnić ustawą czy rozporządzeniem – co po prostu ułatwiać życie. Z oczywistych względów odnosi się to jednak w mniejszym stopniu do marek, a bardziej do innowacji, dlatego też na nich należy się skupić.

Nowy międzynarodowy podział pracy

Wspomniane zmiany w ekonomicznym porządku świata, których jesteśmy świadkami, zmierzają do powstania czegoś, co ekonomiści nazywają nowym międzynarodowym podziałem pracy.

Międzynarodowy podział pracy to historycznie ukształtowane formy powiązań gospodarczych między poszczególnymi krajami, określające ich miejsce w produkcji światowej. Rzecz jasna, podlegają one ciągłym przemianom, przebiegającym jednak głównie falami, niezbyt częstymi.

Pierwszy międzynarodowy podział pracy uformował się na przełomie wieków XVIII i XIX. Oparty był na dwóch rodzajach specjalizacji: przemysłowej i surowcowo-rolniczej. Przetrwał bez większych modyfikacji aż do II wojny światowej, po której zakończeniu, jak wiadomo, kosztem krajów Europy zachodniej, wzrosła światowa pozycja Stanów Zjednoczonych, a wkrótce potem również Japonii.

Nowy międzynarodowy podział pracy jest wynikiem postępującej globalizacji, liberalizacji handlu oraz szybkiego progresu nowych rozwiązań w zakresie transportu i komunikacji. W jego wyniku, produkcja przenosi się z krajów rozwiniętych do rozwijających się, zwłaszcza do Azji, w nieco mniejszym stopniu do Ameryki Łacińskiej. Najbogatsi zostawiają sobie, jako przewagę nad resztą świata, tak naprawdę tylko wysokie technologie.

Nawet usługi są bowiem przenoszone za granicę w formie offshoringu. Zwróciła na to uwagę już w 2004 r. jedna z agend ONZ – Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD), w dokumencie pt. „Światowy Raport Inwestycyjny 2004: Zwrot w stronę usług”. Wynika z niego, że o ile dotychczas usługi były wytwarzane wyłącznie w tym samym miejscu, w którym je następnie konsumowano, o tyle postęp w technologii informacyjnej i komunikacji spowodował, że niektóre z nich, zwłaszcza te wiedzochłonne, można rozbić na części składowe i traktować je jak każdy inny przedmiot handlu międzynarodowego.

Od tamtego czasu Indie na przykład uczyniły usługi IT swoim hitem eksportowym, a światowy offshoring objął na masową skalę centra obsługi telefonicznej, księgowość, analizy finansowe, projekty architektoniczne czy działalność badawczo-rozwojową.

Przyjmowanie centrów takich usług ma jednak również sens wyłącznie na pewnym etapie rozwoju. Z czasem, jak każda zagraniczna inwestycja motywowana kosztowo, staje się mniej pożyteczne.

Pozostaje pytanie – jak w procesie tych i podobnych globalnych przemian odnajdzie się Polska? Czy wykorzysta szansę na awans w światowej lidze? Wszystko zależy od tego, czy zdołamy uniknąć wpadnięcia w pułapkę średniego dochodu.

Wpadamy w pułapkę

Najkrótsza definicja pułapki średniego dochodu brzmiałaby – coś, co nie pozwala krajom rozwijającym się dogonić rozwiniętych.

Ryzyko wpadnięcia w nią pojawia się, gdy odtwarzanie rozwiązań nie wystarcza do napędzania wzrostu gospodarczego. Koszty pracy zaczynają wtedy rosnąć, pracochłonna produkcja spada, następuje nasycenie inwestycjami kapitałowymi, dynamika PKB spowalnia, pojawiają się trudności z utrzymaniem stabilności finansowej państwa, importowanie innowacyjnych rozwiązań staje się droższe i trudniejsze, gospodarka traci na konkurencyjności. Pozostają wówczas dwie drogi – wzorem krajów Bliskiego Wschodu czy Ameryki Łacińskiej pozostać światowym średniakiem lub, idąc śladem Japonii czy Korei Południowej, zamienić model imitacyjny na kreatywny i dołączyć do ekstraklasy.

Ekonomiści spierają się o granice możliwości rozwoju opartego na modelu imitacyjnym. Empiria dowodzi jednak, że oscylują one wokół PKB per capita na poziomie ok. 17 tys. dolarów. Jeśli uśrednić ten wskaźnik dla Polski (liczony nominalnie oraz z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej), to właśnie taki próg osiągnęliśmy. A naszą sytuację dodatkowo pogarsza dramatycznie niska liczba urodzin.

Innowacje

Podobnie jak pułapka średniego dochodu, również innowacyjność nie jest łatwa do zdefiniowania. Stąd pozycja Polski w rozmaitych zestawieniach opartych na tym kryterium jest różna, choć nigdy szczególnie dobra. Lepiej wypadamy tam, gdzie bierze się pod uwagę samą wielkość oraz eksport produkcji zaawansowanej technologicznie. Gorzej wtedy, gdy na przykład uwzględniona zostanie ilość wynalazków rejestrowanych w Urzędzie Patentowym  RP (ok. 4 tys. rocznie; dla porównania w Japonii – ok. 200 tys.). To tylko potwierdza postawioną już wyżej tezę, że nasz postęp techniczny ma charakter imitacyjny, czyli z reguły ogranicza się do technologii drugiego rzędu (motoryzacja, prostsza elektronika, AGD itp.). i jest ściśle uzależniony od luki płacowej między dawcą a biorcą technologii.

O tym, jak ważne jest oparcie się na własnym high-techu, pisze od dawna prof. Jan Rymarczyk w kolejnych wydaniach swojego klasycznego już dziś podręcznika akademickiego do międzynarodowych stosunków gospodarczych: „Wzrost gospodarczy kraju zależy m.in. od wyboru pochodzenia postępu technicznego, a więc od tego, czy ma nastąpić wykorzystanie technologii krajowych, czy też zagranicznych. Wybór krajowych technologii jest możliwy, gdy istnieją silne związku współpracy między prowadzonymi badaniami naukowymi, poziomem badań i zastosowaniem ich efektów w produkcji. Takie państwo reprezentuje wysoki stopień konkurencyjności.”[2]

To kolejny dowód na prawdziwość stwierdzenia, że kapitał ma jednak narodowość. Inny uwydatniły lata ostatniego kryzysu. By nie szukać daleko, można wskazać na przykład przeniesienia produkcji Fiata Pandy z Polski do Włoch, co pokazało, że nawet najbardziej opłacalne dla obu stron inwestycje zagraniczne są słabym gwarantem nie tylko tempa, ale nawet stabilności wzrostu kraju przyjmującego.

Co przeszkadza i jak to naprawić?

Najważniejsze bariery stojące na drodze szybszemu rozwojowi polskich małych i średnich przedsiębiorstw, jako fundamentu całej gospodarki, są zdefiniowane od dawna. To przede wszystkim niejasność naszego systemu podatkowego, zbyt często nowelizowane prawo, przywileje związków zawodowych, sztywność prawa pracy, niedopasowanie systemu edukacji do potrzeb rynku, skomplikowane procedury administracyjne, konkurencja ze strony szarej strefy, wysokie składki ZUS, brak środków na innowacje, a ostatnio także opóźnienia w realizacji wniosków o płatność w ramach funduszy strukturalnych.

Czego w takim razie potrzeba? Tu też odpowiedź nie jest skomplikowana. Musimy poszerzyć i lepiej umocować (najlepiej podnieść do rangi kodeksowej) swobodę działalności gospodarczej, doprowadzić do ekonomizacji polityki zagranicznej i służb dyplomatycznych, zatrzymać rozrost struktury administracyjnej, usprawnić system egzekucji prawa, wykorzystywać środki unijne do celów prorozwojowych czy upowszechnić partnerstwo publiczno-prywatne (wobec pogarszającej się sytuacji finansowej jednostek samorządu terytorialnego). Wszystko to sprowadza się do poprawy otoczenia biznesu i zmiany sytuacji, w której Polska konkuruje wyłącznie niskimi kosztami pracy, podczas gdy przewagę w stosunkach gospodarczych należy budować w oparciu o cały zespół filarów. Światowe Forum Ekonomiczne wyróżnia aż 12 czynników konkurencyjności: od efektywności rynku, produktów i usług aż po wyrafinowanie modeli biznesowych, infrastrukturę i właśnie innowacyjność gospodarki. Większość tych elementów trzeba rozwijać jednocześnie. Nie można – co w najnowszej historii gospodarczej Polski już się zdarzało – wpadać z jednej skrajności, czyli de facto pułapki, w drugą. Portugalia na przykład przeinwestowała w infrastrukturę, zaniedbując inne dziedziny, jak badania i rozwój, przez co nie wykorzystała najlepszego okresu na zapewnienie swojej gospodarce trwałego wzrostu.

By z kolei przełamać barierę niskiej innowacyjności, rząd musi zacząć realizować nakierowaną na ten cel, selektywną i strategiczną politykę przemysłową. Kluczowym problemem są tu wysokie koszty badań naukowych i niechęć polskich przedsiębiorców do podejmowania ryzyka związanego z wprowadzaniem nowych rozwiązań i produktów. Temu, co zrobić, by było lepiej, w ostatnich latach szerokie badania opinii (przeprowadzone wśród innowatorów i przedsiębiorców) poświęciły: Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Deloitte i Pekao S.A. Oto ich wyniki. Po pierwsze, trzeba postawić na zwrotne formy pomocy i ulgi podatkowe, zamiast na kosztowny i zbiurokratyzowany system grantowy oraz wspierać głównie małe i średnie przedsiębiorstwa, w szczególności start-upy. Po drugie, podnieść poziom wydatków publicznych na badania i rozwój. Po trzecie, poprawić kooperację środowisk biznesowych i naukowych poprzez działające wspólnie PARP, Bank Gospodarstwa Krajowego i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Po czwarte, wzmocnić ochronę prawną wynalazków. Po piąte, uprościć i przyspieszyć procedury w Urzędzie Patentowym, nawet kosztem wyższych opłat (niech UP sam na siebie zarabia).

Cały czas należy jednak mieć w pamięci, że dwa razy większe nakłady nie oznaczają wcale dwa razy szybszego tempa rozwoju, a efektywność działań, co do zasady, jest wyższa wtedy, gdy stoi za nią po prostu żądza zysku, a nie decyzja państwa.

Sprawne państwo – silna gospodarka

Na koniec warto zauważyć, że w świadomości dużej części polskiej opinii publicznej pokutuje fałszywe przekonanie, jakoby wolny rynek stał co do zasady w opozycji do silnego państwa. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Warunkiem efektywnej, uczciwej konkurencji są przecież kompetentne sądy, skuteczna policja, a nawet uczciwy aparat skarbowy. Podobnie, nowoczesną politykę gospodarczą mogą prowadzić tylko te państwa, których instytucje charakteryzują się wysoką jakością i sprawnością operacyjną.

 

Niestety w Polsce wciąż niepodzielnie rządzi polityka reaktywna. Administracja jest niewydolna i w dodatku coraz częściej ogranicza się do rozdętej sprawozdawczości oraz nieustannej kontroli, czemu zresztą sprzyjają zasady wydawania unijnych funduszy. A przecież państwo nie musi być „duże”. Ono ma być sprawne. Bo Polska, jak chyba wyżej dowiedziono, potrzebuje wdrożenia od zaraz zupełnie nowej polityki gospodarczej, ukierunkowanej na jeden cel – konkurencyjność.

 

dr Marian Szołucha – ekonomista, wykładowca akademicki, zastępca redaktora naczelnego kwartalnika „Myśl.pl”, szef zespołu ekspertów fundacji Centrum im. Władysława Grabskiego.

 

Tekst opublikowano na łamach 32 numeru kwartalnika "Myśl.pl"

[1] Industrializację, polegającą na budowie tradycyjnego przemysłu, Polska przeszła, ze znacznym opóźnieniem w stosunku do świata zachodniego, w okresie PRL. Dezindustrializacja z kolei, połączona z rozwojem sektora usług, miała miejsce, również z opóźnieniem, choć już znacznie mniejszym, w latach 90. Kolejnym etapem powinno być ponowne uprzemysłowienie, z tym, że bazujące na dziedzinach wiedzochłonnych i wysokoinnowacyjnych, wymagających znacznego udziału nauki i wykwalifikowanej kadry pracowników.

[2] Międzynarodowe stosunki gospodarcze, pod red. J. Rymarczyka, Warszawa 2010, s. 142.

 

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy