Dziś jest wtorek, 21 listopada 2017 roku. Imieniny : Janusza, Marii, Reginy

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Strategiczne cele wobec sektora bankowego w Polsce

Rzecz będzie o sektorze bankowym w Polsce, a ujmując historycznie (od 1989r.) o polskim sektorze bankowym. No tak. Mała różnica w szyku zdania, a jak wielka dla gospodarki.


Dla przypomnienia, na początku lat 80-tych, sektor bankowy obejmował zaledwie 4 instytucje finansowe: Narodowy  Bank  Polski,  podporządkowany  Ministerstwu  Finansów; Bank  Gospodarki  Żywnościowej,  który specjalizował  się  w  kredytowaniu  rolnictwa  i przemysłu  rolno-spożywczego, był  również  centralą  organizacyjną  i  finansową  dla 1550  banków  spółdzielczych  gromadzących  oszczędności  oraz  kredytujących indywidualne rolnictwo i rzemiosło; Bank Handlowy S.A. w Warszawie, zajmujący się obsługą operacji zagranicznych rządu oraz spełniający funkcję banku branżowego dla przedsiębiorstw handlu zagranicznego posiadających wyłączność obsługi handlowej z zagranicą; oraz Bank  Polska  Kasa  Opieki  S.A.   specjalizujący  się  w  obsłudze  operacji  walutowo-dewizowych ludności.

Sektor bankowy w 1989 roku, został poddany tzw. procesowi komercjalizacji (to takie awangardowo brzmiące pojęcie, które zrobiło karierę, w czasach politycznego marketingu na rzecz uzasadnienia konieczności sprzedaży, a w zasadzie wyprzedaży polskich przedsiębiorstw, w tym banków). Przypomnę, na czym ta komercjalizacja polegała.

Memorandum w sprawie polityki gospodarczej,  zaaprobowane przez Rząd RP  w grudniu  1989r. ustalało, jako jeden z priorytetowych celów demonopolizację i  komercjalizację sektora  bankowego  oraz  zorganizowanie  rynku  papierów  wartościowych.  Potwierdzenie zamiaru przeprowadzenia procesu przekształceń własnościowych w polskich bankach, nastąpiło w liście intencyjnym ówczesnych: Ministra  Finansów  i  Prezesa  NBP, zaadresowanym do Międzynarodowego  Funduszu Walutowego (w kwietniu 1991r.). Zgodnie z celami programu komercjalizacji i prywatyzacji dziewięciu banków wytypowanych z NBP, zostały one przekształcone w jednoosobowe spółki akcyjne Skarbu Państwa, a następnie sprywatyzowane.

Z dzisiejszej perspektywy bardzo ciekawe wydawały się oczekiwane (przynajmniej oficjalnie) efekty, które miała przynieść przyszła prywatyzacja banków. A więc: poprawa  corporategovernance  i związany z tym wzrost efektywności funkcjonowania banków,  zdjęcie odpowiedzialności za zarządzanie bankami i usunięcie możliwości ingerowania w ich działalność przez władze administracyjne, wzrost  jakości  i  zakresu  usług  bankowych,  większa  dbałość  o  klienta  w  warunkach konkurencyjnego otoczenia, obniżenie  kosztów  pośrednictwa  finansowego  dzięki  zwiększeniu  wydajności  pracy w rezultacie wdrożenia nowych technologii, nowych technik zarządzania i organizacji oraz podnoszenia kwalifikacji pracowników, przyspieszenie  rozwoju  rynku  kapitałowego  przez  wzrost  kapitalizacji  giełdy i  liczby spółek na niej notowanych, wprowadzenie zmian instytucjonalnych zbliżających polski sektor bankowy do sposobu  funkcjonowania sektora bankowego w kapitalistycznej gospodarce rynkowej.

Postulaty chwytliwe i niby racjonalne. Tyle tylko, że zostały wymyślone głównie po to żeby uzasadnić kolejny proces, który nastąpił po rzeczonej komercjalizacji, to jest proces prywatyzacji. Żeby „uatrakcyjnić” zakup banków w oczach zagranicznych inwestorów przeprowadzono w bankach restrukturyzację finansową (jeszcze przed  rozpoczęciem  procesu  prywatyzacji  banków).

Program restrukturyzacji finansowej przedsiębiorstw i banków, przyjęty przez rząd w 1992r. miał na celu: stworzenie  szans  rozwojowych  dla  przedsiębiorstw  efektywnych,  zdolnych  do wypracowania realnej strategii funkcjonowania w warunkach konkurencji;  wyeliminowanie  podmiotów,  które  nie  mają  szans  na  dalsze samodzielne funkcjonowanie; oraz uzdrowienie portfela kredytowego banków.

Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że proces ten został przeprowadzony przez polskich menedżerów-bankowców. Wykonali oni pracę, po której nowi, zagraniczni właściciele banków mieli już większość problemów rozwiązanych. Okazało się, że polska kadra bankowo-zarządcza, wbrew temu, co lobby prywatyzacyjne (polityczno-medialne)  często twierdziło, posiadała już niezbędne know-how. Bowiem osoby, które kierowały polskimi bankami, zwykle posiadali już międzynarodowe kontakty, często po stażach i kursach w zagranicznych bankach. Zresztą nowi zagraniczni inwestorzy strategiczni właśnie im powierzyli zarządzanie bankami. I tak jest praktycznie do dzisiaj. Obcokrajowcy stanowią do dzisiaj mniejszość w zarządach „polskich” banków.

Po przekształceniu dziewięciu banków komercyjnych w jednoosobowe spółki akcyjne Skarbu Państwa, a następnie ich restrukturyzacji, nastąpił proces prywatyzacji, który został przeprowadzony na podstawie ustawy o prywatyzacji przedsiębiorstw z 13 lipca 1990 r.

Poprzedzające prywatyzację, studia analityczno-diagnostyczne poszczególnych banków zostały przeprowadzone w 1991 r. przez znanych zagranicznych audytorów. W 1992 r. siedem polskich banków podpisało tzw. porozumienia z bankami zachodnimi w zakresie unowocześniania organizacji i sposobu działania m.in. w takich obszarach jak:  zarządzanie ryzykami bankowymi, planowanie  strategiczne, zarządzanie zasobami ludzkimi, czy też wdrożenia  nowoczesnych  technologii  bankowych.

Jak widać, przyszli inwestorzy od samego początku uczestniczyli w procesach związanych z przekształceniem polskiego sektora bankowego, oczywiście przy aprobacie polskich władz i często na ich rachunek finansowy. Czy tak powinno być? Zlecanie zagranicznym firmom audytorskim było zbędne od strony merytorycznej (ze względu na wystarczający profesjonalizm polskich bankowców i ekonomistów), ale potrzebne dla przyszłych zagranicznych właścicieli polskich banków. Bowiem dzięki uczestnictwu w przedmiotowych studiach mogli się oni szczegółowo zapoznać, z „towarem”, który mieli za chwilę kupić (czyli mogli przez to dokładnie wycenić, za jaką cenę opłaca się im zakupić dany Bank żeby mogli na tym zarobić bardzo dużo i w bardzo krótkim czasie).

Wyniki wspomnianych wyżej studiów zostały tak sformułowane, że wynikała z nich wprost pilna potrzeba sprzedaży banków zagranicznym inwestorom. Szczególnie mocno akcentowano wysoki udział złych długów w aktywach. Wymagało to dotworzenia rezerw celowych na kredyty zagrożone, a banki niby na to nie miały środków, i musiałyby otrzymać pomoc z ministerstwa finansów. Dlatego lepiej – uzasadniało lobby pro prywatyzacyjne – żeby banki zostały już dokapitalizowane przez przyszłych właścicieli. Tyle, że przyszli właściciele najczęściej tego nie zrobili, bo okazało się, że to nie było konieczne. Bowiem banki same sobie z czasem poradziły sobie z „czyszczeniem” aktywów. Poradziłyby sobie również gdyby pozostały w polskich rękach.

Tak, więc grunt pod sprzedaż polskich banków zagranicznym inwestorom został przygotowany i można było zacząć proces prywatyzacji. Zobaczmy, czym to zaowocowało w okresie 1992 – 2000 (podsumowanie sporządzone przez niegdysiejszą wiceminister Skarbu Państwa, następnie panią prezes w różnych zagranicznych bankach, Alicję Kornasiewicz, chyba najbardziej operacyjnie zasłużoną dla procederu tzw. prywatyzacji):

1992 Debiut BRE na GPW

1993 Prywatyzacja WBK: EBOR kupuje 28,5%

Prywatyzacja BSK: ING kupuje 26%

Prywatyzacja BPH: ING kupuje 13%, EBRD 15%

1994 Commerzbank kupuje 21% BRE

1995 AIB kupuje 16% WBK

1996 AIB zwiększa udziały w WBK do 26,6%

ING zwiększa zaangażowanie w BSK do 54%

BIG zwiększa udziały w BG do 31%

KBC zostaje partnerem strategicznym KB

1997 BACA, Warta i KB kupują po 13% PBK

Warta zwiększa udziały w PBK do 20%

KB kupuje PBI wraz z Prosper Bankiem

Prywatyzacja BHW z udziałem tzw. inwestorów stabilnych” (JP Morgan 12%,

Zurich 6%, Swedbank 8%)

Oferta publiczna Pekao (15% kapitału)

Commerzbank zwiększa udziały w BRE do 48%

AIB zwiększa zaangażowanie w WBK do 60%

BIG kupuje 31,9% BG

1998 BACA podnosi udziały w PBK do 27,5%

PBK kupuje PKBL

BRE kupuje i wchłania PBR

HVB kupuje 37,8% udziałów w BPH

1999 BACA podnosi udziały w PBK do 43%

PKBL zostaje wchłonięty przez PBK

Nie dochodzi do skutku fuzja BHW i BRE

Unicredito oraz Allianz kupują odpowiednio 50% i 2% w Pekao

AIB kupuje 80% BZ

HVB podwyższa udziały w BPH do 81%

2000 BACA przekracza 50% w PBK

Citibank przekracza 80% w BHW

AIB ogłasza połączenie WBK i BZ

Commerzbank zwiększa udziały w BRE do 50%.

 

Co teraz będzie, czyli jak sobie poradzi polska gospodarka bez polskich banków?

Czy warto dyskutować o faktach? Historycy powiedzą, że pewnie tak. A co powiedzą ekonomiści? Trudno powiedzieć, bowiem co ekonomista to inny pogląd. Modele ekonomiczne buduje się w oparciu o dane historyczne, które się później ekstrapoluje. Dlatego ekonomiści mylą się jeszcze częściej niż historycy. Ci drudzy mogą nie dociec prawdy lub - na przykład – różnie tą prawdę interpretować. Ekonomista zaś napotyka na te same problemy, co historyk, ale dodatkowo, margines błędu zwykle poszerza przy okazji budowania wspomnianego modelu. Wynika to z niemożliwości przewidzenia wszystkich zmiennych ważnych dla modelu, jakie przyniesie przyszłość. Bodajże w żadnym modelu ekonomicznym wszystkie istotne dla modelu ekstrapolowane zmienne (w oparciu o dane historyczne) nie odzwierciedliły w 100% przyszłości. Zbyt wiele czynników wpływa na gospodarkę, żeby można je było w miarę dokładnie przewidzieć. Po co o tym piszę? Uważam, że już nie ma, co gdybać, co by było gdyby było, (czyli gdyby nie przeprowadzono prywatyzacji banków w taki a nie inny sposób i na taką skalę). Mleko się już rozlało i TAKIE SĄ FAKTY. W świetle demokratycznie ustanowionego prawa, proces komercjalizacji i prywatyzacji banków był na tyle zgodny z prawem, że nikt z decydentów ani uczestników nie został skazany. Jeśli tak nie było (to znaczy, odbyło się to z naruszeniem prawa) to już jest temat na odrębny artykuł, bardziej dla historyków i prawników, niż dla ekonomisty.

Polska gospodarka A.D. 2012 znalazła się u progu największego kryzysu od 1989 r. W dużej mierze wynika to z kryzysu światowego, który nieprzerwanie trwa już mniej więcej od 2007 r. To, że jeszcze utrzymuje się niewielki wzrost rocznego PKP zawdzięczamy w dużej mierze posiadaniu własnej waluty, a więc możliwości prowadzenia polityki monetarnej, dostosowanej do potrzeb bieżących rodzimej gospodarki. Artykuł niniejszy jest poświęcony kwestiom związanym z polskim sektorem bankowym, dlatego skupię się na tym jak sektor zdominowany przez podmioty należące do kapitału zagranicznego, oddziaływuje na  gospodarkę narodową oraz jakie stoją przed nim wyzwania na najbliższe lata.

W obecnych warunkach dostęp do wystarczającej płynności finansowej i długoterminowego kapitału pozostaje ograniczony. Apetyt banków na ryzyko korporacyjne zdecydowanie zmalał, co często jest odzwierciedleniem ograniczeń, które narzucają swoim polskim córkom zagraniczne centrale. Stąd też wzmocnienie sektora finansowego i zapewnienie stałej  dostępności kredytów dla przedsiębiorstw mikro, małych i średnich jest wyzwaniem kluczowym. Właśnie problem polega na tym, że banki w Polsce, których właścicielami są zagraniczni inwestorzy instytucjonalni, nie mają wystarczającej autonomii w sprawach związanych z podejmowaniem strategicznych decyzji dotyczących prowadzenia akcji kredytowej na rzecz swoich klientów w Polsce. Dotyczy to zarówno klientów indywidualnych (osób fizycznych) jak i podmiotów gospodarczych (firm).

W siódmej pod względem wielkości PKB gospodarce Unii Europejskiej, sektor bankowy jest prawie zmonopolizowany przez banki kontrolowane przez zagraniczne grupy bankowe, bowiem te grupy są właścicielami ponad dwóch trzecich aktywów sektora bankowego.

Dlatego postulatem wciąż aktualnym jest zwiększenie udziału polskiego kapitału w sektorze bankowym. Przekonują o tym już nie tylko zdeklarowani od samego początku przekształceń własnościowych w Polsce przeciwnicy prywatyzacji polskich banków, ale i ci, którzy niegdyś byli piewcami tych przemian. Co prawda można się zastanawiać, dlaczego zmienili zdanie? Jeśli wynikało to z bieżącej czy też ze strategicznej analizy potrzeb polskiej gospodarki, to jest to zrozumiałe, a nawet chwalebne. Świadczy o włączeniu (za późnym, ale lepiej późno niż wcale) myślenia. Niestety, jak przypuszczają niektórzy sceptycy, zmiana frontu w zakresie poglądu na temat ilości kapitału w polskim sektorze bankowym, na rzecz jego zwiększenia, u takich osób jak na przykład Jan Krzysztof Bielecki, nie jest podyktowana interesem narodowym, tylko tym samym interesie, który legł u podstaw decyzji o wyprzedaży polskich banków u zarania III RP…

System bankowy w Polsce powinien działać jak smar, który naoliwia system gospodarczy. Dlatego władze regulacyjne (głównie Ministerstwo Finansów i Komisja Nadzoru Finansowego) powinny przedsięwziąć takie kroki, aby doprowadziły do oczekiwanych zmian strukturalnych, a więc sprzyjających systematycznemu i efektywnemu realizowaniu przez system bankowy funkcji pośrednictwa finansowego. W zdecydowanej większości krajów UE większość stanowią banki posiadające centra decyzyjne w swoim kraju, zabezpieczonych przed tzw. wrogim przejęciem.

Niezwykle ważna dla wzrostu PKB jest możliwość dynamicznego gromadzenia oszczędności krajowych, które później można wykorzystywać na rzecz kreowania akcji kredytowej finansującej lokalne przedsięwzięcia gospodarcze. Trzeba mieć to na uwadze, zwłaszcza, że poleganie nie na swoim, rodzimym kapitale pożyczkowym (depozyty krajowe), lecz na kapitale zagranicznym transferowanym przez system bankowy, jest bardzo ryzykowne i prowadzi często do sztucznej koniunktury, powodując w końcu generowanie tzw. baniek spekulacyjnych, po których zwykle następują gwałtowne procesy odwrotne.
Bardzo interesująco o tym pisze niegdysiejszy orędownik prywatyzacji sektora bankowego, Stefan Kawalec (1991-1994 wiceminister finansów). „Dominacja banków zależnych od zagranicznych central zakłóca wypełnianie przez sektor bankowy jego funkcji (stabilizującej cykle koniunkturalne, napędzającej, lokalnie i racjonalnie alokującej kapitał – przyp. RK), co uwidoczniło się w warunkach światowego kryzysu finansowego. Bank będący częścią międzynarodowej grupy bankowej kieruje się w swojej działalności na rynku polskim nie tylko oceną sytuacji i perspektyw polskiej gospodarki oraz własną sytuacją finansową, lecz również sytuacją całej grupy bankowej. W efekcie, problemy w gospodarce kraju macierzystego grupy lub problemy finansowe grupy mogą istotnie zakłócić wykonywanie przez bank zależny funkcji pośrednictwa finansowego w Polsce. Mimo, że Polska, jako jedyny kraj w Europie odnotowała w 2009 roku realny wzrost PKB (o 1,7 proc.), działające w Polsce zagraniczne grupy bankowe ograniczyły kredyt dla polskich przedsiębiorstw. W roku 2010 nastąpił dalszy realny spadek kredytu korporacyjnego udzielanego prze tą dominującą w polskim sektorze bankowych grupę banków, mimo całkiem przyzwoitego tempa wzrostu realnego PKB (3,8 proc.). Łącznie w latach 2009-2010 PKB Polski wzrósł realnie łącznie o 5,6 proc., natomiast kredyt sektora bankowego dla przedsiębiorstw obniżył się realnie o 6,3 proc, przy czym w grupie banków komercyjnych poza PKO BP realny spadek kredytu dla przedsiębiorstw w tych latach wyniósł łącznie 11 proc. W tym samym czasie PBO BP zwiększył swój portfel kredytu dla przedsiębiorstw realnie o 23 proc., a banki spółdzielcze o 36 proc. Dane te są spójne z potocznymi obserwacjami, że w 2009 roku PKO BP, jako jedyny z grupy 10 największych banków był skłonny kredytować nowych klientów korporacyjnych. Sytuacja, w której banki kontrolujące ponad dwie trzecie aktywów sektora bankowego ograniczają kredyt dla przedsiębiorstw, a rozwojem kredytu korporacyjnego zajmują się lokalne banki, mające niespełna jedną trzecią aktywów sektora, jest niezdrowa i niepokojąca. Z jednej strony ogranicza to w nieuzasadniony sposób dostęp sektora przedsiębiorstw do kredytu. Z drugiej strony, bardzo szybki wzrost kredytu w bankach spółdzielczych i PKO BP rodzi ryzyko problemów z jakością kredytów i strat kredytowych.”

Niestety najbliższa przyszłość przedstawia się wcale nie lepiej. Jak dowodzi Stefan Kawalec, w najbliższych miesiącach i latach możemy oczekiwać kontynuacji poważnych zakłóceń w wykonywaniu funkcji pośrednictwa finansowego przez banki zależne od zagranicznych instytucji finansowych. Skutkiem może być spowolniony rozwój przedsiębiorstw i ograniczone tempo wzrostu PKB w Polsce. Kolejnym ryzykiem, obok którego nie można przejść obojętnie jest istnienie niebezpieczeństwa, że w sytuacji kłopotów z kapitałem lub zaburzeń i wzrostu percepcji ryzyka na rynku macierzystym, dana grupa bankowa ograniczy akcję kredytową w Polsce, nawet, jeżeli bank zależny w Polsce ma dość kapitału, a w polskiej gospodarce istnieje przestrzeń dla bezpiecznego wzrostu akcji kredytowej. Konsolidacja w ramach grupy pozwoli, by uwolniony w ten sposób w Polsce kapitał regulacyjny wykorzystać na innych rynkach, na których grupie brakuje kapitału. Ofiarą tego będą polskie przedsiębiorstwa, których dostęp do kredytu zostanie ograniczony.

Dlatego sprawą niezwykłej wagi jest utrzymanie przez państwo polskie naszej rodzimej waluty, i związanej z tym polityki monetarnej (prowadzonej przez Radę Polityki Pieniężnej i Narodowy Bank Polski), ale także nadzoru finansowego (KNF), który będzie elastycznie (w zależności od potrzeb polskiej gospodarki) ustalał parametry regulacyjne niezwykle istotne dla lokalnych banków, takie jak choćby wymóg kapitałowy czy maksymalna  relacja wartości kredytu w stosunku do wartości zabezpieczenia rzeczowego lub do dochodu. Jeśli oddamy największe polskie banki (będące częścią międzynarodowych grup bankowych) pod regulacje nadzoru europejskiego (nadzorującego największe grupy bankowe, decydującego m.in. o płynności i bazie  kapitałowej w poszczególnych bankach córkach, działających w  innych krajach niż bank matka), to polityka makro-ostrożnościowa europejskiego regulatora dążąca do finansowej i gospodarczej harmonizacji może „udusić” polski wzrost gospodarczy. Ponadto oddanie części nadzoru bankowego (trzeba dodać, decydującej części, bo dotyczącej 2/3 aktywów sektora bankowego w Polsce) może mieć bardzo niebezpieczne skutki dla finansowania długu publicznego, który w większości jest nabywany przez banki. Jeśli te banki będą miały przez swoje banki-matki narzucone limity na zakup długu, to może się odbić na cenie tego długu, i doprowadzić do pętli zadłużeniowej w „stylu” greckim.


Utrzymanie nadzoru finansowego nad większością banków w Polsce to w tej chwili wyzwanie numer jeden dla obecnego oraz kolejnych rządów. Szczególnie ważne jest to teraz, gdy dochodzi do fali sprzedaży szeregu banków-córek w Polsce w związku ze światowym kryzysem i konsolidowaniem kapitałów przez borykające się z ogromnymi problemami banki-matki. Chodzi o to żeby polski nadzór finansowy (a także w miarę możliwości i szans budżetowych - Skarb Panstwa, który przy sprzyjających sytuacjach mógłby odzyskiwać zbyt łatwo utracony udział w akcjonariacie poszczególnych banków, ale nie powinno to mieć jakiegoś ideowego zacięcia w kierunku, mniej czy bardziej żartobliwie przywoływanej tu i ówdzie,  nacjonalizacji) aktywnie uczestniczył w tym procesie (wydawania pozwoleń na nabywanie akcji banków przez nowych inwestorów). Można w ten sposób zmienić niekorzystną strukturę własnościową banków-córek w kierunku rozproszonego akcjonariatu. To pozwoli na zabezpieczenie banków-córek od niekorzystnych dla polskiej gospodarki, (ale również dla samych banków-córek) decyzji ze strony banków-matek. Rozproszenie akcjonariatu w polskich bankach „udomowi” bank będący własnością zagranicznego kapitału, z tego tytułu, że będzie nie będzie już miał jednego strategicznego inwestora (tak jak to ma miejsce obecnie w stosunku do banków-córek w Polsce), lecz kilku równoważących się, w tym indywidualnych, którzy nabędą akcje na przykład w drodze sprzedaży publicznej. W praktyce żaden z akcjonariuszy instytucjonalnych nie powinien posiadać więcej niż 10-20%. Czy takie narzucanie struktury akcjonariatu nie jest zbyt regulacyjne? W świetle tego, że banki korzystają ze wsparcia w postaci publicznych gwarancji bezpieczeństwa, to nie wydaje się, że tak jest. Bowiem w razie upadku danego banku państwo polskie gwarantuje dostęp do awaryjnej płynności finansowej (po wykorzystaniu ustawowych funduszy Bankowego Funduszu gwarancyjnego, może nastąpić pożyczka z NBP, a w razie konieczności pożyczka z budżetu państwa). Dzięki takim zabezpieczeniom dzisiejsze banki osiągają rekordowe skale działalności posiadając czasami wskaźnik relacji pomiędzy aktywami a kapitałami własnymi nawet (zaledwie) poniżej 2%. Gdyby nie istniały we współczesnym świecie gwarancje państwowe dla systemów bankowych to wówczas właściciele banków, aby założyć Bank musieliby wykładać kilkadziesiąt razy większe kapitały założycielskie. A tak nie muszą tego robić. Dlatego w zamian za tę pomoc, lokalny, polski nadzór finansowy, powinien narzucić im przedmiotowe regulacje. Jednak żeby tak się stało polski rząd (zarówno obecny, jak i te przyszłe) powinien twardo i nieustępliwie stać na straży utrzymania nadzoru finansowego jedynie w polskich rękach.
 
Robert Kowalczyk – finansista, wieloletni pracownik sektora bankowego, niezależny publicysta.

 

Tekst opublikowano na łamach 25. numeru (4/2012) kwartalnika "Myśl.pl"
 


 

 

 

 

 

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy