Dziś jest sobota, 18 listopada 2017 roku. Imieniny : Klaudyny, Romana, Tomasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Kontrowersje wokół belgijskiego żołnierza idei: Leon Degrelle na widelcu XXI-wiecznej krytyki

Leon Degrelle urodził się 15 czerwca 1906 w Bouillon, małym belgijskim miasteczku położonym w Ardenach (tym samym, z którego pochodził znany z historii Godfryd de Bouillon 1), bohater i jeden z prekursorów ruchu krucjatowego Średniowiecza). Może to przypadek, a może przeznaczenie, ale ideał nowego krzyżowca, wojownika rekonkwisty prowadził Pięknego Leona przez całe jego życie. Degrelle zmarł 31 marca 1994, w wieku 87 lat, w szpitalu San-Antonio-Park w Maladze (Hiszpania) - dokąd przedostał się w ostatnich dniach wojny.

Postać ta to wielki polityk belgijski o poglądach nacjonalistyczno-faszystowskich. Wódz REX-u 2), generał, oficer SS (wojnę zakończył w stopniu der Waffen-SS d. R. SS-Standartenführer), w czasie II wojny światowej dowodził 28 Ochotniczą Dywizją Grenadierów Pancernych SS „Wallonien” walczącą jako ramię armii niemieckiej na froncie wschodnim. Po wojnie zaś z pozycji rewizjonistycznych podejmował polemikę z przyjętymi poglądami na temat holocaustu. Leon pochodził z katolickiej rodziny, ukończył jezuicką szkołę w Namur i kontynuował naukę na wydziale prawa (Uniw. Louvain), gdzie aktywnie działał w Akcji Katolickiej. W tym okresie znaczący wpływ na Leona wywarł Chrales Maurras- wielki pisarz, monarchista, protagonista ruchu Action Française oraz twórca tzw. francuskiej szkoły nacjonalizmu integralnego, którego Leon pozostał pasjonatem.

Już w wieku 24 lat rozpoczął swoją działalność polityczną. Wyjechał wówczas do Meksyku ogarniętego powstaniem Cristeros. Bieżące wydarzenia sprowokowały go do napisania ciągu artykułów o prześladowaniach tamtejszych katolików przez masoński reżim Callesa 3). Na fali pierwszych sukcesów publicystycznych po powrocie do ojczyzny władze kościelne nominowały go na stanowisko redaktora wydawnictwa katolickiego: Chirstus Rex. W 1935 r. jako dziecko swojej epoki założył nonkonformistyczny i antydemoliberalny ruch nacjonalistyczny Christus Rex (przeobrażający się w efekcie w paramilitarny narodowy front - w skrócie REX). REX był formacją podobną do popularnych w owych latach europejskich ruchów, które ogarnęły także inne kraje Europy, Rumunię, Hiszpanię ale i Polskę.

W 1936 r., po błyskawicznie ogłoszonych przez władze wyborach jego ruch narodowy uzyskał aż 11,5% głosów w wyborach do belgijskiego parlamentu. Pytany przez dziennikarzy o główne założenia programowe powiedział: „Mój program jest bardzo prosty, bo oparty na niepraktykowanej w polityce zasadzie bezwzględnej uczciwości. Stąd też wynika brak jakichkolwiek koncepcji kompromisowych. Ponieważ przy tym walczymy o odmłodzenie katolicyzmu, więc w oparciu o katolicyzm walczyć będziemy przede wszystkim z komunizmem. Cały mój program polityki zagranicznej jest w tym zawarty. Zawsze będziemy łączyć się przeciwko Moskwie, a więc raczej z Niemcami, niż Francją. W polityce wewnętrznej chciałbym tylko wypełnić ten program, którym socjaliści mydlą oczy swoim wyborcom, lecz którego nigdy nie wypełniają, nie chcąc narażać się wielkiemu kapitałowi”.

Przed wybuchem wojny Degrelle nawiązał kontakty międzynarodowe, był gościem na zjeździe NSDAP. Od tego czasu pozostawał już pod ciągłym wpływem Hitlera. Prowadził działalność polityczną nie uznając kompromisów w swych gorących wystąpieniach, w których uderzał zarówno w rewolucję, marksizm i komunizm jak i w skostniałe struktury burżuazyjno-kapitałowe oraz „szacownych” przywódców i liderów partyjnych powiązanych korupcyjnie z wpływowymi bankierami. W poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności – burzył i niszczył stateczne, aprobujące powszechne łapownictwo - mieszczańskie samozadowolenie.

Swoją doktrynę rexizmu przedstawił w manifeście „Rewolucja dusz" z 1938r. Krystalizowała ona myśli będące kontratakiem wobec komunizmu i plutokracji. Nie zabiegał, a wręcz gardził poparciem i pełnym hipokryzji poklaskiem ze strony skorumpowanych banksterów. Tak, bowiem z właściwym sobie wdziękiem - nazwał Degrelle istniejące powiązania kapitału i polityki. Degrelle zainspirowany encykliką Piusa XI - aprobował zaprowadzenie monarchii korporacyjnej.

„Czasami musimy przejść do piekła wyobraźni, aby nie trafić tam w rzeczywistości” takie założenie nie zawsze okazuje się tarczą i w przypadku Degrella, było wręcz przeciwnie. Anioł ku piekłu leci na swym rajskim obłoku ... - powie Mistrz Eckhart: Bańka mydlana szybko prysła. Zaś sen o nieskalanym wodzostwie młodego ambitnego, ale jakże szlachetnego i oddanego wierze polityka, przesunął się na dalszy plan. Na pierwszą linię natomiast wysunęły się macki niemieckiego narodowego-socjalizmu.

Chance Degrelle, chance Degrelle!

Po wybuchu wojny i wkroczeniu w maju 1940 r. wojsk niemieckich do Belgii, Degrelle i rzesze „rexistów” zostały aresztowane (z pogwałceniem immunitetu parlamentarnego) przez służby specjalne i później bezprawnie wydane w ręce władz francuskich. We Francji przebywał on aż w 19 więzieniach gdzie był torturowany. Po zwolnieniu z więzienia przez rząd Pétaina, do ojczyzny wrócił dopiero po podpisaniu kapitulacji przez Leopolda III. Na początku nie afirmował kolaboracji z III Rzeszą. Momentem zwrotnym okazało się ujawnienie się dążeń separatystów flamandzkich do oderwania Flandrii i włączenia jej wraz z Holandią do „Wielkich Niemiec”. W tej sytuacji rozpoczął rozmowy z okupantem na temat utrzymania jedności państwowej swego kraju. W zamian za obietnicę zachowania terytorialnej integralności Belgii zgodził się w 1941r. na włączenie Rexu w nurt polityki nazistowskich Niemiec i ogłoszenie werbunku do Ochotniczego Legionu- „Walonia”, który pierwotnie wchodził w skład Wehrmachtu, (a już od czerwca 1943: 5 Dywizji Grenadierów Pancernych SS „Wiking”). Armia ta zaś została zaangażowana w kolejną hitlerowską kampanię – otwarty w tym czasie front wschodni, czyli to, co niemieccy naziści nazywali krucjatą anty-bolszewicką. Po utworzeniu Legionu, Degrelle ze swoim walońskim korpusem wyruszył jako ochotnik w stopniu szeregowca na front wschodni.

Faszysta rozgrzeszony?

Belgijski Legion okazał się jedną z najlepszych jednostek piechoty. Młodzieńcy zdobyli legendarną ilość żelaznych krzyży i innych odznaczeń. To właśnie na froncie wschodnim, w czasie walk, Degrelle awansował od szeregowca do porucznika. Żołnierze jego jednostki wsławili się między innymi w czasie bitwy w Kotle Czerkawskim (luty '44). Nigdy nie było ich wielu ok. 1,5 tys, ale i tak potwierdzili swoje męstwo. Była to też jedyna jednostka SS, która wywalczyła sobie prawo do posiadania kapelana katolickiego, a nawet do sprawowania mszy polowych w przerwach między walkami.

Rok 1945 to czas kapitulacji Rzeszy. Leon, pięciokrotnie ranny podczas walk - zakończył wojnę w stopniu SS-Standartenführera d. R. der Waffen-SS (odpowiednik polskiego pułkownika). Odznaczony wieloma nadaniami hitlerowskimi, w tym Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego z liśćmi dębowymi. W ostatnich dniach wojny, gdy jednostka Degrella została rozbita w okolicach Wrocławia, rozdał on swoim towarzyszom broni kennkarty niemieckich robotników a sam, poprzez kraje skandynawskie zdołał przedostać się (podobno na rozkaz Himmlera) do Hiszpanii. W trakcie tej eskapady starał się początkowo dostać do Norwegii, a gdy tam odmówiono mu przyjęcia, podjął brawurową próbę przedostania się na Półwysep Iberyjski, osobiście pilotowanym samolotem. Podjął ryzyko wiedząc, że może zabraknąć paliwa. Samolot nie dotarł do celu, spadł do morza, a ciężko rannego Leona wyłowili i uratowali rybacy. Dłuższy czas przebywał w szpitalu, co uratowało go od ekstradycji. Wymówiły ją frankistowske władze powołując się na zły stan jego zdrowia. W Hiszpanii uzyskał Degrelle azyl polityczny, a następnie spędził tam, jako przymusowy emigrant resztę życia ukrywając się tam przez pierwsze lata jako obywatel polski Henryk Duran, później pod kolejnymi zmienionymi nazwiskami. Po zaaranżowanej ucieczce ze szpitala zamieszkał w stolicy pod przybranymi nazwiskami Juan Munoz oraz Leon Jose de Ramirez Reina prowadząc życie przedsiębiorcy.

Leon Degrelle - za kolaborację z hitlerowskimi Niemcami został skazany zaocznie przez belgijski sąd na karę śmierci 4) , a sprzedaż jego książek została zakazana.

Jeszcze w 1954r. Degrelle chcąc oczyścić się z zarzutów wciąż na nim ciążących deklarował gotowość powrotu do kraju i stawienia się przed sądem pod warunkiem jawności procesu, ale władze nie były tym zainteresowane. Próby porwania go lub zamordowania podejmowało natomiast, siedmiokrotnie „Centrum Wiesenthala”. Nie dane było mu powrócić do ojczyzny. Przez pół wieku przebywał na emigracji, w izolacji i na wygnaniu. Pozostał jednak wierny wyznawanym ideom, także ideom katolickim. Otrzymał osobiste błogosławieństwo od papieża Jana Pawła II.

Katolicki idealista, kontrrewolucjonista-ochotnik, neokrzyżowiec zmarł z dala od swojej ojczyzny, w Hiszpanii w nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1994. Dla potomnych zawsze będzie należeć do tego gatunku ludzi, który nie oglądając się na zmiany fortuny, pozostają wierni swemu powołaniu — aż do końca. Tyle jeśli chodzi o biografię pana Degrelle.

„Płonące dusze” to jedno z pierwszych dzieł tego belgijskiego żołnierza. Od strony formalnej zapiski są luźnymi przemyśleniami autora. Forma przypomina nieco pamiętnik; swoje przemyślenia, wyraża jednak w taki sposób, że uniwersalnym brzmieniem wydają się one odnosić do każdego z nas. Degrelle jest bowiem jednym z niewielu mistrzów pisarstwa aforystycznego, którzy nie silili się na długie wywody, obliczone na przekonanie czytelnika. Mimo to - jego proza potrafi urzekać swą prawdziwością. Poza tym, książka wręcz płonie idealizmem, młodzieńczą, niewypaloną wiarą, ale też chłodnym wyrachowaniem domykającym ostatni rozdział Płonących. Streszczenie treści tej książki, jak i oddanie jej atmosfery oraz przesłania jest wyjątkowo trudne. To po prostu trzeba przeczytać.

Po książkę sięgnęłam po niezwykle nużącym okresie podczytywania Zeszytów E. Ciorana z lat 1957-1972. Wobec znających posmak wkraczania w pustkę lektury tego stręczyciela dusz, śmiało stwierdzam, że zapiski Degrella wydają się być perfekcyjną odtrutką.

Dążąc do równowagi ...

Na pierwszy rzut oka - pełno tu oczywistości, truizmów, kilka słów o wojnie, jej okrucieństwach i koniec. Jednakże te oczywistości tylko pozornie wydają się tak proste. Degrelle porusza bowiem kwestie, o których każdy z nas powinien pamiętać każdego dnia. Pozycja ta jest swego rodzaju manifestem tańczącej duszy. Instruuje ona jak kroczyć przez życie w zgodzie z zasadami moralnymi, stale dążąc do pełnego oczyszczenia, nie popadając w pychę i zacietrzewienie - chorobliwa ambicja to jedna z tych cech, z których Degrelle sam nie potrafił się uleczyć. Jak podnieść się z przyziemnego a nawet chtonicznego zepsucia, nie porzucając jednocześnie pragmatyzmu ziemskiego? By nie stać się osobą prawie "niedotykającą chodnika"? Każde słowo lektury nabiera także jak najbardziej szczerego wydźwięku, gdyż autor pisze na bazie własnych doświadczeń, czyniąc liczne odwołania do rodzinnego domu i wychowania oraz do przeżyć z fontu wschodniego, podczas walk przeciwko bolszewikom (zapiski powstawały także właśnie w owym czasie). Dzięki temu wszystkiemu – prezentowana pozycja staje się niezwykle wiarygodna.

Autor nie szczędzi krytyki współczesnego sobie świata i przeżartych do cna materializmem bezdusznych ludzi. Odnotowuje, że w dzisiejszym świecie brakuje wyższych wartości i idei, które powinny przyświecać prawemu i dobremu człowiekowi. Pomimo tego, że zapiski mają już przeszło kilkadziesiąt lat, czytając tę książkę można odczuć jakby autor pisał o naszej współczesności; zmusza nas to do refleksji a nawet kajania się wobec wyartykułowanych ponadczasowych i oczywistych prawd. Podkreśla marność ludzkiej natury, która wcale się nie zmienia. Smutny świat stoi w miejscu i potrzebuje prawdziwego zbawienia. A Degrelle zabawia się w natchnionego proroka, wskazującego kierunek tej przemiany. Pytanie tylko czy rzeczywiście warto mu zaufać? Podczas gdy on sam nie był ideałem i dał się ślepo porwać wizji utopijnego faszyzmu, a raczej jego hybrydy w wydaniu Hitlera. Książka ta pełna jest wyniosłości i niebanalnych porównań. Emanuje wieloma cytatami, które mogą przyświecać nam w codziennej pracy i dążeniu do celu.

Vive la guerre éternelle!

Czy żyjemy w najgorszym świecie z możliwych? Wedle myśli Hegla i Jüngera - państwo może osiągnąć punkt idealnej jedności tylko w wojnie i dzięki niej: Jeżeli jednostka jest negacją Państwa, to wojna staje się negacją tejże negacji. Wojna jest więc momentem absolutnej socjalizacji wspólnotowej egzystencji narodu.

„Ludzka służba” - ostatni rozdział Płonących - to zapiski z frontu wschodniego. I tutaj wbrew oczekiwaniom Degrelle już niczego nie idealizuje, dzielnie prowadzi nas w głębie pulsującego błotem i bólem piekła. Wszelki trud i zmagania zostają natomiast odniesione do kategorii metafizycznych czy, właśnie duchowych. Wojna zaś jawi się jako duchowe zmaganie, próba sił, wytrwałości i poświęcenia. Cierpienie, które przynosi odkupienie. Wojna nie jest pierwszą świętością lecz koniecznym cierpieniem, przez które istota ludzka musi przejść, by odkupić moralną zgniliznę i zagubienie poprzedniej epoki. Człowiek współczesny, a może postczłwiek (posthumanus) argumentowałby tę kwestię zapewne zgoła odwrotnie - twierdząc, że właśnie prowadzenie wojny jest objawem moralnej zgnilizny i upadku. Zresztą kto normalny chwali zbrodnie? Jednak argument ten jest tutaj nieodpowiedni, bowiem dla Degrella samo ludzkie życie jako takie jest jałowe, a wartości nabiera dopiero poprzez poświęcenie dla idei i Boga. Odwieczna towarzyszka wojny, czyli wszechobecna Śmierć pozwala wg belgijskiego reksisty lepiej docenić wielkość życia. Degrelle czuje niechęć do tkwiącej w człowieku słabości, będącej fundamentem pacyfizmu. Wojna jest zaś sprawdzianem człowieczeństwa, lecz nie dlatego, że trzeba stanąć przed wyborem zadania śmierci bliźniemu, a ponieważ, trzeba stawić czoła trudnościom, przerażeniu, bólowi i śmierci. Czy nie jest to nad wyraz szlachetne? A może wręcz odwrotnie ? Wszystko zależy od pozycji z jakiej wychodzimy oceniając tę postać.

Lecz wedle filozofii Degrelle'a: to przez odwagę człowiek udowadnia, że jest coś wart. „(…) Jest tak zimno, że pękają fiolki z lekarstwami. (...) Dziś rano przyszedł rozkaz wymarszu do innego sektora bojowego. Pójdziemy, dokąd każą nam iść (...). Nasze stopy będą skostniałe, wargi spękane, a ciała skulone (...) ale wewnętrzny ogień wciąż będzie narastał i roznieci w naszych oczach słoneczny blask. (…)”

Swoją niezłomność Degrelle określa także słowami: „(…) Bez drżenia piszę te słowa, które jednakże sprawiają mi ból. W godzinie, gdy upada pewien świat potrzeba dusz szorstkich i strzelistych jak skały, o które próżno uderzać będą rozszalałe fale.(…)”

Degrelle to żołnierz egzystencjalista. Wojna w jego dziełach jest opisana wbrew współczesnym pojmowaniom, niejako wbrew dzisiejszym tendencjom. Według niego, komfort i bezpieczeństwo są niewystarczające, by uzasadnić sens ludzkiego życia i umożliwić spełnienie. Dzisiejsza jednoznacznie negatywna ocena zjawiska wojny wyrasta z systemu wartości współczesnych nam ludzi. Humanizm stapia się w jedno z humanitaryzmem, a człowiek i jego wygoda niejednokrotnie zajmują miejsce absolutu. Natomiast tak pojmowana „Epoka humanitaryzmu to epoka, w której ludzie stali się rzadsi.” konstatuje już bez najmniejszych egzaltacji E. Jünger. Dzisiejsze pojmowanie wojny jako zła wynika jednak z doświadczeń milionów, skrzywdzonych całkowitym odczłowieczeniem zachowań jej uczestników, antyludzkimi zachowaniami jej kratorów. Żadna ideologia nie może być uzasadnieniem dla dokonywanych mordów, nie może być usprawiedliwieniem dla zbrodni na ludności cywilnej, nie może wyjaśnić potrzeby fizycznego wyniszczenia niektórych „gorszych” nacji. A za takimi zjawiskami ludzkość miała do czynienia podczas działań wojennych.

"Odrobina ognia w jakimś zakątku świata i wszelkie cuda wielkości są wciąż możliwe"

W „Płonących Duszach” zaś jest ogień i światło, jakże często mogące mieć wręcz uzdrawiającą moc wobec niektórych jednostek i czy nawet ogółu młodych dziś, pokolenia, w które „nie uderzy żaden piorun”. Koncepcja dusz płomiennych, rozpalonych, zwyczajnie tętniących życiem, nieugiętych, heroicznych, gotowych na wszystko zobowiązuje nas, dzisiejsze młode pokolenie do mobilizacji. Obudźmy się. „Na ludzkiej pustyni, gdzie beczy tyle baranów – bądźcie lwami!.

A „Kto nie potrafi wyć, ten nie odnajdzie swojego stada”, skazany na samodzielne szarpanie się z własnym życiem ...

Lektura - na jeden wieczór, ale myślę, że można do niej sięgać każdego dnia. W opinii wielu jest to obowiązkowa pozycja dla każdego narodowca. Dla każdego myślącego i dojrzałego człowieka kierującego się wartościami tradycyjnymi, wrażenia po przeczytaniu jej są jak najbardziej pozytywne. Choć zakończenie może wydawać się gorzkie. Degrelle to nie tyle żołnierz, co wielki poeta, który doskonale radził sobie z manipulowaniem emocjami czytelnika. Książkę czyta się jednym tchem, nie pozostawia ona czytelnika obojętnym.

Pamiętaj o światłości i wierz w światłość

Wykłady Degrella należy dziś czytać raczej z poziomu metafizycznego, może niekoniecznie odnosząc je do tego co, w rzeczywistości robił, w czyjej był służbie lub komu dał się porwać. Bowiem pech chciał, że jego romantyczna egzaltacja, nieustępliwość w poszukiwaniu heroicznych cnót napotkała na swej drodze rażącego degenerata ideałów. Pod wpływem Hitlera, Degrelle nieświadomie przyłączył się do wierzących w możliwość odbudowy, scalania i zbawiania Europy przez w gruncie rzeczy zbrodniczą działalność wilków III Rzeszy, co w istocie było niezwykle błędnym pojmowaniem. Hitlerowskie Niemcy bowiem, były swoistym Anty-Rzymem. Ich tradycje wyrosły na neopogańskich tradycjach wąskiej plemiennej grupy, czysto tribusowej interpretacji dziejów w odniesieniu tylko do: plemienia germańskiego. Zaślepiony trendami, popularnymi ideami i przeoczywszy podstawowy błąd ideologii III Rzeszy, Degrelle wyruszył nieść światło wschodowi, który był kojarzony z komunizmem i pojmowany jako wróg ówczesnej Europy z całym jej dorobkiem kulturowym i cywilizacyjnym. W Hitlerze zaś widział kogoś nieprzejednanego, uznając błędnie jego osobę jako obrońcę cywilizacji łacińskiej. Romantycznemu Degrellowi zabrakło wówczas przenikliwości obserwatorskiej. Rzesza zaś w rzeczywistości była swoistą schizmą Zachodu opartą na korzeniach antykatolickich i antyromańskich.

Wydaje mi się, iż warto także zapamiętać sobie wprowadzone przez Degrella pojęcie „bankstersi”(, które dziś używa się raczej jako banksterzy) mając na uwadze nie tylko zgniłe elity walczące o stołek i dietę, ale także przyszłe, zdegenerowane elity, które takie zachowanie produkują.

Degrelle był jednym z ważniejszych bohaterów kontrrewolucji. Do tego był i do dziś pozostał postacią nader kontrowersyjną. Jak bowiem dziś my mamy oceniać tę postać? W opinii niektórych będzie on zasługiwał na zasyp anatem, przekleństw i oskarżeń, inni zaś uznają go za wzór. Żył czynami i ideami, wiernie krocząc ścieżką wyznawanych zasad które utożsamiał z zasadami religii i wiary. W świecie, w którym według wielu dziedzictwo chrześcijańskiej Europy zagrożone jest koncepcjami materialistycznymi, w realiach rosnącego zagrożenia ze strony rozpędzającej się rewolucji komunistycznej, Degrelle próbował wskrzesić ideał nowego krzyżowca, wiernego w swojej rekonkwiście wojownika, ale to właśnie ten nieokiełznany idealizm zawiódł go na manowce. Momentem zwrotnym w życiu Degrelle’a była decyzja podjęta w roku 1941. o włączeniu się w to, co niemieccy okupanci Europy zwali krucjatą anty-bolszewicką. Podszyty chorobą mal du siècle'u naiwnie poddał się i uwierzył w nazistowskie slogany. Uwierzył i wierzył w nie do końca życia. Uwierzył w odbudowę wielkości Europy nie dostrzegając, że niemiecki narodowy socjalizm niewiele miał wspólnego z rodzimą Europą, a był raczej czymś na kształt socjalistycznopogańskiej kultury oderwanej od prawdziwych korzeni zarówno chrześcijaństwa jaki i od wielowiekowych zdobyczy humanizmu. Leon Degrelle uwierzył, że świat w którym żyje to Nowe Średniowiecze, a jego ideał nowego krzyżowca, wojownika rekonkwist miał być aktywną odpowiedzią na wypaczenia i nadciągające zło.

To co szczególnie razi i zniechęca, nas Polaków do tej postaci to, palące zafascynowanie czy wręcz uwielbienie dla Hitlera... Ciężko o naszą przychylną ocenę tego osobnika, gdy opowiada on o tym, jak to w obozach koncentracyjnych przebywało najwyżej parę tysięcy nieźle traktowanych komunistów. Lub - co już zupełnie nie mieszczące się w naszym pojmowaniu i drażniące stwierdzenia, że Polska, Nasz kraj, uległ po raptem dziewięciodniowym oporze stawianym Niemcom w 1939 - choć znając historię wiemy, że żołnierz polski bronił się w rzeczywistości do początków października. Zachowanie daleko idącej powściągliwości z naszej strony, w stosunku do osoby Degrella jest więc i zawsze pozostanie usprawiedliwione kontekstem dziejowym, w którym zostaliśmy ulokowani jako skrzywdzeni wypaczonym antychrześcijańskim nacjonalizmem w wydaniu nazistowskich Niemiec i ich sprzymierzeńców w tamtych czasach. Polemika czy był on postacią pozytywną czy negatywną nigdy nie przyniesie jednoznacznej odpowiedzi. Swymi czynami chciał wcielić w życie ideał nowego krzyżowca, wojownika rekonkwisty. Na ile był zatem postacią negatywną, na ile tragiczną ofiarą własnego idealizmu, oddania i zaślepiającej naiwności - chorej ambicji, a na ile wyrachowanym katem w służbie SS? Jednakże warto czasem zajrzeć do tej pozycji i przeczytać choćby parę linijek, by nabrać sił i wiary do często mozolnej codziennej pracy. Autor wiele w życiu widział, to pewne. A o wojnie, zwycięstwie i porażce wie na pewno więcej od niejednego z nas.

Wszak „...chwała jest wieczna, a my żyliśmy w chwale.”

Co dziś pozostało po tym człowieku? Jaki sens ma to dla nas ? Właśnie o to słowo: sens - tu chodzi. Jaki jest sens zmęczenia wędrówką, pracą, wyprawą, jaki jest sens wyrzeczeń, ćwiczeń fizycznych i umysłowych, nieustępliwego trwania? Jest nim satysfakcja z walki ze słabościami. Winniśmy nauczyć się dostrzegać i cenić te wartości. W rzeczy samej to te cechy czynią z nas ludzi, sprawiają, że w tworzymy hierarchię wartości, kierujemy się w działaniach wyborami pomiędzy tym co ważne a tym co łatwe. Wystarczy tylko chcieć. Satysfakcja pojawia się przy ukończeniu każdego zadania. Czujemy satysfakcję z przeżywania zarówno brzmiących w uszach i głowach dźwięków muzyki Mozarta jak i z każdego wypełnionego pracą i zmęczeniem rąk dnia, każdej chwili wojny i pokoju.

Pamiętajmy, że poetycki manifest romantycznego ducha młodego idealisty winien mieć też swój praktyczny wymiar, nie zapominajmy o ważnym w działaniu elemencie: mrówczej pracy organicznej, pracy u podstaw. Pozytywistyczna propozycja na której wychowali się wszyscy wielcy ojcowie nacjonalizmu nie może być również i dziś obca. Bowiem „Cnota to nie nagłe olśnienie, ale powolny, trudny, a niekiedy mozolny podbój”. Degrelle w Płonących podkreśla także ważność cierpliwości... I pamiętajmy: „Co to za ideał, który pozostaje tylko zabawą lub marzeniem, choćby nawet i najczystszym. Trzeba go ziścić we własnym życiu, zaś każdy kamień budowli wydarty jest własnej wygodzie, radości, odpoczynkowi oraz własnemu sercu.”!

Dziś sama neoromantyczna mentalność epigonów XIII-wiecznej epoki i bezkrytyczne wielbienie aktywizmu młodości oraz słynne: „My też mieliśmy po 20 lat...” nie są wystarczające. Należałoby jeszcze- ukradkiem- do takiego podszytego romantyzmem ducha przeszczepić nieco pozytywistycznych pierwiastków. Czego dziś potrzeba Polsce? Moralnej rewolucji, czy raczej mozolnej pracy, prowadzonej oddolnie, w celu stworzenia trendu zmian korzystnych dla naszego kraju? Całe falangi romantycznych rewolucjonistów nic nie zmienią. Nie można jednak oczywiście negować romantyzmu, ogółem bowiem sam pragmatyzm pozbawiony jakiegokolwiek fundamentu moralnego jest jedynie cynizmem nadającym się do partyjnych gierek a nie budowania silnego, opartego na tradycyjnych katolickich wartościach państwa. Nie mam zresztą zamiaru wchodzić w aż tak głębokie przekładanie książki Degrella na aktualną sytuacją społeczną i geopolityczną kraju. Zamiast tego jednak pragnę stwierdzić, że to dobra książka, która pokazuje że można być nacjonalistą, romantykiem, człowiekiem wielkim, ale jednocześnie błądzącym... Romantyzm jest jak najbardziej pożądany w służbie wyzwalania- zwłaszcza w nas Polakach- wizji Ojczyzny, jaką ona będzie czy jaką ona winna być. Pozytywizm z kolei winien wziąć te romantyczne wizje pod lupę, uważnie zracjonalizować by uniknąć wszelkich wypaczeń. Ale przede wszystkim winien pięknie tłumaczyć w jaki sposób i jakim trybem wszelkie natchnione wizje wprowadzać w życie. Między tymi pojęciami nie ma w tym wypadku antynomii. Przekreślić należy jedynie negatywizm. Romantyczne sentymenty pielęgnować i poprzez pozytywistyczny pragmatyzm praktykować i syntezować.

 

Alicja Noga - studentka prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim.

 

Tekst ukazał się na łamach nr 29 (4/2013) kwartalnika Myśl.pl.

 

 

 

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy