Dziś jest wtorek, 21 listopada 2017 roku. Imieniny : Janusza, Marii, Reginy

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Zbigniew Narski: Nie o taką Polskę walczyłem

"Polska powstała jako skutek porozumienia wschodu i zachodu, a Polacy nie mieli nic do powiedzenia."  mówi Zbigniew Narski - 90-letni kombatant, który w trakcie II Wojny Światowej walczył w szeregach Armii Krajowej. Służył w grupie "Andrzeja", bezpośrednio podległej Delegaturze wykonując zadania specjalne. Po wojnie współpracownik wywiadów holenderskiego i amerykańskiego. Agnieszka Kamińska napisała o nim książkę "Chłopak, którego nie było". Mimo poważnego wieku, Pan Zbigniew dalej jest w pełni sił i zgodził się udzielić obszernego wywiadu dla redakcji myśl24.pl. W mocnych słowach opowiada o przedwojennych realiach, wyzwaniach stojących obecnie przed Polską, a przede wszystkim o swojej niesamowitej historii.

Spędził Pan swoją młodość w dwudziestoleciu międzywojennym. Proszę opowiedzieć jak wyglądała ówczesna rzeczywistość społeczno-polityczna z Pana perspektywy.

Miałem 15 lat jak się skończyła II Rzeczpospolita, więc nie mogę tak wiele powiedzieć na ten temat. Na pewno, były starania, aby naprawić tą Polskę, odbudować ją na nowo po tylu latach zniewolenia, ale z drugiej strony sytuacja ekonomiczna była na ogół zła. Kryzys gospodarczy był w Polsce bardzo odczuwalny i dopiero w 1932/1933 roku można było myśleć o jakimś rozwoju. Szczególnie jeśli chodzi o wieś to kraj był bardzo zacofany. Na całym Polesiu nie było ani jednej bitej drogi. Znacznie lepiej to wyglądało w miastach, chociaż i tam odczuwalne były problemy. Głównym takim problemem były mniejszości narodowe. Z Ukraińcami, Żydami – cały czas się coś działo, demonstracje, rozruchy, zamieszki. Współcześnie, ludziom jest ciężko zrozumieć tamtejszą sytuację. Weźmy uniwersytety, ilość studentów żydowskich na wszystkich kierunkach była tak ogromna, że to groziło zażydzeniem Polski krótko mówiąc. W tamtejszym społeczeństwie, mniejszości stanowiły 1/3 ludności i miały wydatny wpływ na politykę.

Ja byłem wtedy młodym chłopakiem, więc nie interesowałem się tak mocno polityką, nie angażowałem się w żadne struktury, więc nie mogę też wiele powiedzieć.

Następnie wybuchła II Wojna Światowa, a Pan trafił do konspiracji. Jak to wszystko się zaczęło?

Pierwsze co w ogóle robiłem, to razem z kolegami, wynosiliśmy broń poukrywaną w różnych miejscach w Parku Skaryszewskim i chowaliśmy ją na strychach. To nie była wtedy jeszcze żadna organizacja, robiliśmy to sami dla siebie.

Później trafiłem do Armii Krajowej, gdzie zajmowaliśmy się dywersją kolejową. To były interesujące akcje, próby rozładowywania wagonów towarowych w czasie ruchu pociągów. Byliśmy szkoleni przez przedwojennych złodziei kolejowych. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób, że na stacji Płochocin(bo to najczęściej tam się odbywało) zaprzyjaźnieni kolejarze przytrzymywali na moment pociąg, tak abyśmy mogli na niego wskoczyć. Robiliśmy to w trójkach. Jeden wskakiwał między wagony, żeby obsługiwać hamulce, drugi otwierał i przytrzymywał drzwi, a trzeci obcęgami zdejmował plomby i druty, tak żeby otworzyć drzwi. Najczęściej nie było nic ciekawego w środku, choć raz udało nam się zatrzymać pociąg przewożący bagaż oficerów jadących na front, gdzie była cała masa dokumentów, zdjęć, mundurów, trochę broni. Szczególnie dokumenty były dla nas cenne, bo do fałszowania ich, trzeba mieć naturalnie wzory. Ogólnie, nie były to bardzo niebezpieczne akcje. Jedynym zagrożeniem był tzw. „hamulcowy”. Co kilka wagonów znajdował się Niemiec z bronią, który strzelał jeśli zobaczył kogoś. Kilka razy w czasie takich akcji, zostaliśmy ostrzelani, ale na szczęście bezskutecznie.

Początki konspiracji wyglądały w dużej mierze tak, że próbowano tych wszystkich chłopaków, którzy chodzili do gimnazjów, wrzucić do jakiś podchorążówek, żeby wyszkolić trochę oficerów rezerwy. Był wówczas ogromny deficyt oficerów, większość siedziała w więzieniach. Chodziłem do kilku takich podchorążówek, ale później kontakty się urywały i trzeba było zaczynać od nowa. Ostatecznie, w końcu 1943 roku, trafiłem do Szkoły Podchorążych Artylerii na Politechnice Warszawskiej, gdzie moim dowódcą był por. Nowiński. To była już poważna szkoła, mieliśmy sprzęt pomiarowy, różne tablice.

Ciąg dalszy to służba w grupie „Andrzeja” . To była taka grupa, tzw. Kedyw, bezpośrednio podległa Delegaturze Rządu na Kraj. Wykonywaliśmy specjalne zadania na ich zlecenie. W rozwoju wydarzeń okazało się, że tam było bardzo dużo politycznych spraw. Na przykład dostaliśmy kiedyś rozkaz wystrzelać wszystkich w jakiejś kawiarence na ul. Puławskiej, za wyjątkiem kelnerki. Ostatecznie, niestety zastrzeliliśmy również kelnerkę przypadkowo. Dokładnie nam nie powiedziano, kto to w ogóle był. Prawdopodobnie była to Polska Armia Ludowa, albo Armia Ludowa, ciężko powiedzieć. Było nieco akcji zbrojnych, ale na ogół staraliśmy się ich unikać, aby niepotrzebnie nie prowokować strat. Kilka razy konfiskowaliśmy mienie, np. cukier w fabryce marmolady, gdzie przez kilka godzin to wszystko pakowaliśmy i nie padł ani jeden strzał.

Czy w czasie, kiedy był Pan w grupie „Andrzeja” wykonywał Pan egzekucje, wyroki śmierci?

Tak, raz mi się to zdarzyło. Niestety, zastrzeliłem niewłaściwą osobę, a później się dowiedziałem, że to świadomie urządzono. Wykorzystano mnie. Urządził mnie tak najlepszy kolega, ale nawet nie zdążyłem z nim porozmawiać, bo Niemcy go zabili. Leon Kwiatkowski się nazywał. Sprawa się sama rozwiązała, ale ja poprosiłem, żeby mnie już więcej o to nie prosili, bo ja nie chciałem się tym zajmować.

W ogóle, była zawsze rezerwa personelu i jeżeli ktoś ma kiepski dzień, obojętnie jaki powód, nie musiał stawiać się na akcji.

Kolejny etap w Pana walce to powstanie warszawskie. Jak Pan wspomina tamten okres? Co Pan sądzi o obecnych sporach historyków dotyczących słuszności wybuchu Powstania Warszawskiego?

Właściwie to trzeba zacząć od 1939 roku: Polacy wybrali się na wojnę po niewłaściwej stronie. W ogóle sojusz z Anglią i Francją to nonsens, te kraje były nieprzygotowane do wojny i nie zamierzały jej prowadzić. Walczyć z Niemcami – dobrze, ale po co walczyć z Niemcami, skoro zaraz przyjdą do nas Sowieci? Byli tacy, którzy powiedzieli, że z Sowietami nie należy w ogóle współpracować, przeszkadzać, a nie pomagać i ewakuować się na zachód jeśli to możliwe. Ależ znowu byli inni, którzy próbowali jakoś, coś jeszcze uratować. Sądzili, żeby pomagać Sowietom, ujawniać się. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Pytanie jest takie: czy brać za złe ludziom, którzy próbowali coś ratować czy nie brać im tego za złe? Można powiedzieć, że to byli zwyczajni idioci, ale można powiedzieć, że sytuacja była beznadziejna i nic się nie dało zrobić. Nie da się tego osądzić tak naprawdę. My na to też patrzyliśmy tak, że przyjdą Sowieci, wsadzą nas wszystkich na pociąg i wywiozą na Syberię, więc może lepiej jeszcze postrzelać trochę, zanim przyjdą?

Powstanie wybuchło w warunkach kompletnego chaosu. I na górze i na dole. Dowództwo nie wiedziało co robić: najpierw miało wybuchnąć powstanie, później decyzja została odwołana, później znowu zadecydowano. Ja się dowiedziałem  1 sierpnia o godzinie 13, że mam być na ulicy Sienkiewicza 4 o 16. Cała nasza grupa miała jechać do Skierniewic, tworzyć tam partyzantkę i utrudniać Niemcom kontakt z Warszawą. Na miejscu zbiórki nie było nikogo z oddziału, za to dużo samochodów niemieckich. Wróciłem więc do domu i mój stryjek przyszedł zawiadomić.

Jak wyglądała walka w powstaniu?

Zacznijmy od tego, że był straszny bałagan. Ja podejrzewam, że jakaś połowa żołnierzy nie dostała się do swoich jednostek. Plany, które były, były nieaktualne i niewykonalne. Przykładowo, dostaliśmy zadanie, aby nacierać na Pocztę Główną znajdującą się po drugiej stronie Placu Napoleona – to jest jakieś 100 m. Po stronie poczty jakieś trzy bunkry z karabinami maszynowymi, w oknach siatki, żeby nie wrzucać im granatów. Jest zupełnie widno. Przebiec pod tym ogniem, z brakiem żadnego poważnego uzbrojenia – mieliśmy tylko pistolety, żadnego karabinu, no więc teraz żeby szturmować ten budynek to trzeba byłoby mieć fioła. Dowódca oddziału, por. „Szary” się nazywał, powiedział: „chłopcy, ja tego oddziału nie wytracę, więc do szturmu nie idziemy i koniec”. Można zdobyć pocztę od strony Wareckiej, gdzie można dachem przejść, czy od piwnicy, ale nie od Placu, gdzie nikt nie dostanie się na drugą stronę. Pierwsze dni to całkowita dezorganizacja, później dopiero zaczęło się to jakoś klarować.

Pierwszy budynek, jaki nam przydzielili do obrony to była restauracja „Żywice” na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. W ciągu tych dwóch miesięcy, straciliśmy restaurację „Żywiec”,  później kolejną kamienicę, trzecią sami spaliliśmy, a w czwartej broniliśmy się do końca powstania. No, więc można powiedzieć, że gdyby wszyscy się tak bronili to Niemcy by niewiele zrobili. To było dobre umiejscowienie, wąska ulica i nie mogli wjechać tam kupą. Znalazłem się w 8. Kompanii Batalionu „Kiliński”, złożony z takich samych rozbitków jak ja.

Większość powstańców to byli młodzi, poniżej 20 roku życia. U nas w sąsiednim plutonie był taki starzy gość, kapitan Wojska Polskiego sprzed jakiś 15 lat, który służył jako szeregowiec. Mówił, że nie ma pojęcia o walkach w mieście, więc zajął się takimi prostymi czynnościami, magazynierem był. Starsi byli właściwie tylko w dowództwie. Nie pokazywali się za mocno, a jak się pokazywali to byli po cywilnemu. Opowiadali nam różne rzeczy, ale one były oderwane od rzeczywistości. Raz, przyszedł jakiś Pan i zaczął nam wykładać o obronie przeciwlotniczej. My nie mieliśmy  amunicji do karabinów, żeby bronić się na powierzchni, a co dopiero mówić o strzelaniu do samolotów, gdzie szansa trafienia jest prawie żadna. Poprosiliśmy go, żeby poszedł i znalazł sobie kogoś innego(śmiech).

Powstanie skończyło się dla mnie tak, że postanowiłem wyjść z ludnością cywilną. Bałem się, że niewola niemiecka się źle skończy, służyłem w Kedywie, więc mogłoby być to niebezpieczne, że Niemcy się przyczepią itd. Wyszliśmy od razu, pierwszego dnia, razem z kolegami. Liczyliśmy na to, że pierwszego dnia będzie bałagan po niemieckiej stronie też i uda się jakoś zwiać. Tak też było. Szliśmy ulicą Grójecką, w kierunku Pruszkowa. W pewnym momencie byliśmy bardzo zmęczeni i w jakimś domu, w sieni zasnęliśmy. Rano wyszliśmy na dwór i ani Niemców, ani ludzi, ani nic. Poszliśmy pierwszą drogą i byliśmy wolni. Bez kontaktów, rodziny, pieniędzy. To był trudny okres.

Jak potoczyły się Pana losy po wojnie?

Zamieszkałem w Warszawie, zaraz jak weszli Sowieci. Zacząłem chodzić do szkoły budowlanej, bo nie miałem żadnych kontaktów. Spotkałem jednego chłopaka z naszej grupy, przywitał się i od razu uciekł. Kontakty przedpowstaniowe były bardzo niebezpieczne, więc ich po prostu nie miałem. Na wiosnę dostałem kartę powołania do Ludowego Wojska i to jeszcze do KBW. Miałem wujka z przedwojnia, komunistę, który znał gen. Duszyńskiego. Jak przyszli Sowieci to tym komunistą przestał być(śmiech). Został mianowany starostą i jak zobaczył z jakimi ludźmi ma współpracować to zrezygnował. W każdym razie znał tego Duszyńskiego i udało mi się dostać do Oficerskiej Szkoły Piechoty zamiast do KBW. Po jakimś miesiącu, posłali nas robić propagandę przed wyborami, żeby głosować „trzy razy tak”. Nasza drużyna poszła się do jakiejś wioski, okopała przy jej brzegu, przy jakiejś stodole, a ja poszedłem rozmawiać z ludźmi. Do księdza, nauczyciela, paru nauczycieli. Powiedziałem: „zostawcie nas w spokoju, to my was zostawimy w spokoju. A poza tym to głosujcie jak chcecie”(śmiech).

Nie zdążyliśmy wrócić z tego zadania, a mnie w Komorowie już aresztowali i przewieźli do Warszawy do więzienia Zarządu Informacji Pierwszej Warszawskiej Dywizji Piechoty. Właściwie to ja byłem oskarżony, że „mógłbym” różne rzeczy zrobić. Mógłbym uśmiercić oficerów, mógłbym założyć jakiś oddział partyzancki. Ja nic nie zrobiłem, ale z ich punktu widzenia, to jest naturalnie bardzo logiczne, trzeba pozbyć się ludzi, którzy mogliby być niebezpieczni. Dostałem wyrok ośmiu lat więzienia. Miałem szczęście, bo po paru dniach jeden z wartowników, Milewski się nazywał, zaofiarował się, że zawiadomi mamę i może coś pomoże. Zacząłem otrzymywać surową cebulę, kawałki słoniny zapakowane w szmatki. Siedziałem w celi z otworem komina. Wychodka w celi nie było, za potrzebą wyprowadzali nas na zewnątrz, gdzie można było znaleźć różne ciekawe rzeczy. Znalazłem kawałek tektury, włożyłem w otwór i tam trzymałem to wszystko. Doszło do tego, że rozmawiałem z moim ojcem. Ja byłem po jednej stronie muru, ojciec po drugiej, a wartownik udawał, że nie patrzy. Cela była 1,8x,1,8x1,8, niewygodna deska, ale powiedzmy, nie było najgorzej. Towarzystwo było urozmaicone, dostałem jednego kolegę do celi, drugiego naprzeciwko. Obydwoje byli z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte, więc dla zabicia czasu pracowaliśmy nad projektem pierwszego, polskiego, nowoczesnego czołgu. To był dobry temat, bo można było dyskutować jaki silnik, ile członków obsługi, a jakie mamy teksty itd. Wiele się nauczyłem, dowiedziałem. Szczęśliwie, dość szybko zamienili mi wyrok z ośmiu lat na pięć miesięcy.

Po wyjściu, znowu mnie wysłali do 3. Berliński Pułk i zostałem tam pisarzem w kwatermistrzostwie. Dobre zajęcie, oficerem mundurowym był tam Godus, taki polski Żyd. Nie lubił Rosjan, był w ogóle zesłany. Bardzo obrotny chłopak, bo każdy żołnierz przychodził pół-nagi, wszyscy przychodzili z minimum wyposażenia, a wszyscy wychodzili ubrani od stóp do głów. Mieliśmy w pewnym momencie 200 płaszczów za dużo.

Sielanka się skończyła, kiedy oficer informacyjny kazał do mnie przyjść i w zamian za to, że oni mnie tak dobrze traktowali, zaczęli czegoś ode mnie wymagać. Trzeba było zyskać czas, żeby jakoś zwiać. Powiedziałem, że żaden z tej prawdziwej opozycji nie będzie ze mną rozmawiał, bo ja już siedziałem – to jasne, że ciągnie się za mną ogon. W końcu pułk miał wyjeżdżać na Akcję „Wisła”, wtedy mój dowódca por. Asman miał awanturę z kwatermistrzem i uznał, że jest skończony. Okazało się, że pułk miał wyruszać w pole, a tu nie ma tego, nie ma tamtego. W takiej sytuacji oskarża się o sabotaż, no więc co robić? Trzeba zwiać. Złożyło się tak, że miałem naszego magazyniera zawieźć do sądu w Warszawie. Poszedłem do uzbrojenia i powiedziałem, że muszę o 6 rano aresztanta zawieźć, więc mi potrzebna broń. Następnego dnia opuściliśmy koszary w Ciechanowie, a przed bramą czekała dziewczyna tego magazyniera i zagroziła: albo mnie zabierzecie, albo was wydam. Jako człowiek przewidujący, przygotowałem sobie wcześniej rozkaz wyjazdu. Pojechaliśmy do Karpacza, bo tam mieszkał przy granicy ojciec tego Asmana. Przeszliśmy przez granicę, w Czechosłowacji weszliśmy do jakiegoś domku i powiedzieliśmy gospodarzowi, że zwialiśmy. Czechosłowacja była wtedy tak pół na pół jeszcze, między wschodem, a zachodem. Ten Czech powiedział nam, że teraz nie może nas pomóc, ale za tydzień kupi nam bilet w Pradze i pojedziemy sobie do granicy z Niemcami. Mamy tydzień czasu, jesteśmy głodni i bez pieniędzy – wróciliśmy do Polski. Nie mogliśmy wjechać do Warszawy, więc wysłaliśmy dziewczynę tego magazyniera do Warszawy. Dostaliśmy od mojego ojca trochę dolarów, koron i wziął mi nieco ważnych informacji, które schowałem. Zarówno ojciec jak i matka przyszli na podwarszawską stację skąd mieliśmy ruszać i porozmawialiśmy trochę. Wsiedliśmy z powrotem, do tego Czecha. Kupił nam bilety, wsiedliśmy do pociągu i trafiliśmy do Niemiec, na stronę aliantów.

Amerykanie wsadzili nas do więzienia, ale było ono bardzo przytulne. Jedyne miejsce w Niemczech, gdzie dawali za darmo jeść, nie najgorsze jedzenie, nie najgorsze łóżka. Siedziało trochę uchodźców ze strony radzieckiej. Siedzieliśmy tam parę dni, później sprawa sądowa. Wyrok polskiego sądu, te 8 lat, przetłumaczył adwokat i to pozwoliło nam zostać. Trafiliśmy do obozu uchodźców, jakoś tam egzystowaliśmy. Zostałem później wezwany do oficera łącznikowego na przesłuchanie. Opowiedziałem co robiłem, interesowałem się artylerią i opowiedziałem mu o oryginalnym celowniku w jednym z dział, jakie widziałem w Polsce. Żadnych wniosków nie wyciągnęliśmy, nic z tego nie wyszło i rozstaliśmy się bez słowa. Później dostałem w kopercie dokumenty z usuniętą pierwszą literą z mojego nazwiska. Ze Snarskiego stałem się Narskim. Gdy dostałem te dokumenty wyjechałem do Holandii.

W jaki sposób został Pan współpracownikiem wywiadu holenderskiego? Jakie metody stosowały zachodnie służby?

Trafiłem do takiego obozu demobilizacyjnego, wszystko dobrze zorganizowane. Zacząłem uczyć się holenderskiego i szukać pracy. Znałem już niemiecki, trochę angielskiego, więc szybko mi szło. Nie chciałem pracować w kopalni, ani na taśmie produkcyjnej, więc chciałem znaleźć coś w budownictwie. Trochę sobie odpoczywałem, opalałem się, bo nie było takiej pracy tam. Kiedyś siedziałem sobie w takiej świetlicy w tym obozie i zacząłem liczyć jakieś łączenia statyczne i ktoś stanął za mną i mówi: „tak, zrobił to Pan dobrze, ale to można zrobić inaczej”. I to był ktoś, kto szukał pracowników. Powiedział, żebym stawił się do urzędu miasta, do służb technicznych. Rozmowa wyglądała tak: zaczął ze mną rozmawiać po łacinie, później po angielsku, a ostatecznie po niemiecku. Nie pytał mnie się co potrafię, co mam robić i tak dostałem pracę jako urzędnik samorządowy. Miałem biurko, rysownicę i na te warunki dobrą pensję. To wszystko po miesiącu pobytu w Holandii.

No i kiedyś napisałem taki artykuł do pisma wojskowego holenderskiego i poprosił mnie redaktor, żebym się do niego pofatygował. Był tam ktoś z wywiadu i powiedział mi, że to bardzo interesujące, żebym pisał, ale „oni nie będą nic publikować”, bo to jest „zbyt interesujące”. Dzięki temu dostałem możliwość korzystania z różnych archiwów wojskowych holenderskich. Pisałem o wszystkim, takie opracowanie o sowieckiej broni pancernej napisałem.

Były też operacje dywersyjne, ale to dla Amerykanów. Przygotowywaliśmy np. drogi przerzutowe we wschodniej Turcji do Związku Radzieckiego. Naszą pracą było przygotować lądowisko, rozeznać teren, magazyny żywności, paliwa, broni. Wspaniała okolica, ja ten teren sobie nawet teraz przypominam. Współpraca zanikła koło roku 1956-1956.

Co Pan sądzi o obecnej sytuacji politycznej w Polsce? III RP w ogóle?

Polska powstała jako skutek porozumienia wschodu i zachodu, a Polacy nie mieli nic do powiedzenia. Do pewnego stopnia obowiązuje to do dziś. Kiedyś rozbiory były takie, że dzielono terytoria, a teraz dzieli się sektory ekonomiczne, polityczne. Tak się stało z Polską – banki, supermarkety, rynek usług przejął zachód, a handel strategicznymi surowcami wziął wschód.

Czy o taką Polskę Pan walczył?

Naturalnie, że nie. Trzeba tylko wziąć poprawkę na to, że w trakcie mojego życia świat się zmienił. Globalizacja posunęła się tak daleko, że krajów kompletnie suwerennych i niezależnych jest naprawdę mało. Problem jest tylko taki, że nie możemy być ofiarą. Trzeba ze wszystkimi współpracować, czasem ustąpić, ale nie można ustępować każdemu i we wszystkim.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Ostatnie słowo należy do Pana.

Chciałbym powiedzieć, że żeby cokolwiek zrozumieć, trzeba dużo wiedzieć. Stale się uczyć i rozwijać. Ja chciałbym się swoją wiedzą podzielić.

Rozmawiał Przemysław Stolarski i Wojciech Niedzielko.

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy