Dziś jest środa, 28 czerwca 2017 roku. Imieniny : Florentyny, Ligii, Leona

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Polityka

Wyrocznia ostrzega!

Nie tak dawno temu, za górami i nad rzeką, zebrała się grupa osób, która bardzo zapragnęła rządzić. Mimo iż jej marzenie się spełniło i otrzymała stosunkowo silną władzę, to bynajmniej jej nie zadowalało – ciągle chciała więcej i więcej. Aż w końcu ambicje przerosły oczekiwania i grupa zaczęła popełniać coraz liczniejsze błędy. Z roku na rok źli ludzie wysuwali pod jej adresem okrutne i wyimaginowane – bo jakżeby inaczej! - zarzuty – a to o korupcję, a to o niegospodarność czy nadmierną biurokrację. Doszło nawet do dyskusji o wotum nieufności i odebraniu władzy. Nie chcąc dopuścić do spełnienia tego czarnego scenariusza, grupa postanowiła działać. Metodą najbardziej skuteczną i najlepiej sprawdzoną – przerzuceniem swoich błędów na innych oraz wcieleniem się w rolę wyroczni, władnej orzekać, napominać i karać. Po tym krótkim wstępie, myślę, że tożsamość owej grupy  nie powinna budzić większych wątpliwości. Rzecz bowiem o nikim innym, jak o naszej wszechwładnej Komisji Europejskiej.

Krytyka może przyjmować różne oblicza. Od pokornego zwrócenia uwagi na popełniony błąd, z zaleceniem jego naprawienia, po ostrzejszą reprymendę, z załączonymi doń restrykcyjnymi założeniami do spełniania, w celu przywrócenia subiektywnie postrzeganego, błędnego stanu rzeczy. Różna może być także motywacja wysuwania krytyki pod czyimś adresem, jednak z założenia przyjmuje się, że winna ona mieć na celu przede wszystkim nakłonienie podmiotu, do którego jest kierowana, do skorygowania popełnionych błędów. No, to teorii byłoby na tyle. Teoria rozsądku i granice jakiegokolwiek taktu kończą się bowiem tam, gdzie zaczynają się granice tak nośnego ostatnio „problemu” polskiej praworządności. Zakrawa bowiem o paradoks, że przestrzegania naszego własnego prawa chce nas uczyć obca instytucja – i to instytucja, która sama w zgodzie z literą prawa nie postępuje. Puste słowa? Dla rozgrzewki proszę bardzo:  1999 r. – zarzuty o korupcję i nepotyzm, co nieomal doprowadziło do rozwiązania Komisji, 2008 r. – zarzuty o zdominowanie grup eksperckich przez lobbystów i przedstawicieli grup nacisku, 2010 r. – zarzuty  brytyjskiego "Public Servant Magazine" o rozrzutność i niekontrolowany rozrost biurokracji, 2016 r. – wniosek o wotum nieufności za brak publikacji naukowych kryteriów dotyczących substancji, zagrażających zdrowiu ludzkiemu. Podawać więcej?

Krytyka sama w sobie, konstruktywna i w słusznej sprawie, może mieć pozytywne aspekty. Jednak nie w sytuacji, gdy błędy wytyka bezpodstawnie ktoś, kto sam nie radzi sobie z ich rozwiązaniem. Także nie w sytuacji, kiedy motywowana jest tylko i wyłącznie politycznie i podejmowana wybiórczo, bez szerszego oglądu kontekstu. Europejscy decydenci tak bardzo troszczą się o stan polskiej praworządności? Wzruszające! Co stało się jednak z ich troską, gdy niestrudzeni obrońcy polskiej demokracji kpili z niej, podsłuchując własnych obywateli? A gdy wyrzucali projekty, wyrażające wolę setek tysięcy tychże obywateli  do śmietnika? Bawili się najlepsze za pieniądze polskich podatników? Nie było ich wówczas? A może nie miał kto donieść na własną Ojczyznę?

Jak to dobrze, że mamy w Polsce ludzi, którym leży na sercu stan jej najświętszej cnoty - demokracji. Ludzi, którzy mimo jej braku w Polsce, mają demokratyczne prawo do demonstracji, demokratyczne prawo do pokazywania ich w mediach, a nawet tworzenia własnych środków przekazu. Ale przecież to jeszcze o niczym nie świadczy, absolutnie.

Nie po to wielcy Rodacy przelewali krew za wolną, suwerenną Polskę, żeby teraz ich potomkowie mogli szafować nią wedle własnych interesów. Nie po to nasza Ojczyzna wyznaczyła nam wśród zawiłych ścieżek swojej historii drogę, jaką mamy podążać, żeby współcześnie moderniści uzurpowali sobie prawo przeobrażania jej pod dyktando samozwańczych decydentów tego świata. W XVIII w. Polacy również szukali sprawiedliwości u zewnętrznego podmiotu, wysuwając hasła „obrony zagrożonej wolności”. No ale w końcu „naród, który nie zna swej historii skazany jest na jej powtórne przeżycie”…

 

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, współpracownik portalu Prostozmostu.Net, blogerka, historyczka z zamiłowania.

Jakość przywództwa

O jakości przywództwa narodowego świadczy zawsze jego zdolność prawidłowego rozpoznania wyzwań, to znaczy narodowych szans i zagrożeń, oraz adekwatna i we właściwym czasie dana na te wyzwania odpowiedz. Dziś Polska stoi w obliczu zasadniczych wyzwań dotyczących naszego bezpieczeństwa. Dominacja Stanów Zjednoczonych, na których gwarancjach opieramy swoje poczucie bezpieczeństwa, jest dziś zakwestionowana przez rozwój innych ośrodków siły, a zwłaszcza Chin. W tej zasadniczej, rozgrywce geopolitycznej, stawką jest geopolityczna przyszłość świata. A to oznacza że stoimy przed wyzwaniem czy przetrwa, czy też nie przetrwa system międzynarodowy, który gwarantuje nam niepodległość. I czy w tym nowym porządku światowym, który już się tworzy, będzie miejsce dla niepodległej Polski. W tej rozgrywce jesteśmy drugorzędnym czynnikiem, ale to wcale nie oznacza, że mamy być tylko przedmiotem rozgrywek możnych tego świata. Możemy być także podmiotem, którego polityka będzie realizowała polskie, a nie interesy naszych międzynarodowych mocodawców. Od zdolności do rozpoznania i realizowania polskich interesów zależy w znacznej mierze szansa na takie ukształtowanie przyszłego systemu międzynarodowego w którym Polska będzie podmiotem, a nie tylko pionkiem rozgrywanym przez zewnętrzne siły.

Pierwszym warunkiem odzyskania podmiotowości politycznej, to zdolność do samodzielnego rozpoznania zasadniczych wyzwań stojących przed naszym krajem i do samodzielnego definiowania własnych interesów. Do tej pory, to nie Polska, a instytucje zagraniczne i państwa decydujące o ich polityce decydowały o zasadniczych celach polskiej polityki. To właśnie "koncepcja powrotu do Europy", koncepcja budowania gospodarki rynkowej w oparciu o dominację kapitału zagranicznego, koncepcje naszego miejsca w NATO i w Unii Europejskiej, to narodowy konsensu, że to właśnie te instytucje i państwa wyznaczają cele polskiej polityki. Ta postawa i niezdolność do samodzielnego definiowania własnych wyzwań i odpowiedzi na te wyzwania to dowód intelektualnej peryferyjności i intelektualnej niesamodzielności. Nasza międzynarodowa przedmiotowość, ma przede wszystkim źródła w naszej intelektualnej niesamodzielności. Dlatego zasadniczym celem jest wyzwolenie się z tej intelektualnej peryferyjności dominującej zarówno w głównym dyskursie medialnym jak i politycznym. Intelektualna peryferyjność, to podążanie za koncepcjami wypracowanymi nie tylko za granicą, ale przede wszystkim działającym w interesie państw obcych. Odzyskanie podmiotowości politycznej zdolnej do skutecznej obrony naszych podstawowych interesów, to zdolność do samodzielnego rozpoznania własnych interesów, a nie postrzegania ich w perspektywie naszych aktualnych sojuszników. To także zdolność rozróżnienia rzeczywistych celów narodowych od propagandy partyjnej. Nasze interesy są inne, niż interesy amerykańskie, czy niemieckie i dlatego, to nie oni , a my sami powinniśmy je definiować. Inne jest nasze położenie geopolityczne i inna jest cena, jeżeli przegramy naszą walkę o utrzymanie polskiej suwerenności. Bo bez samodzielności intelektualnej nie jesteśmy zdolni do prowadzenia samodzielnej polityki.

Kolejnym warunkiem skutecznego przywództwa narodowego jest likwidacja "partii zagranicy', która realizuje w Polsce zamówienia polityczne zagranicznych mocodawców zainteresowanych utrzymaniem przedmiotowości naszego kraju. Warunkiem własnej podmiotowość jest zdolność do prowadzenia własnej a nie cudzej polityki, to znaczy polityki, która nie jest dezintegrowana poprzez zamówienia zagranicznych mocodawców zainteresowanych utrzymaniem naszego satelickiego statusu. Rezygnacja z podmiotowej polityki i zawierzanie naszej niepodległości na naszych sojusznikach, oznacza faktyczną rezygnację z obrony własnej niepodległości. W tym kontekście "partia zagranicy", to partia, która oddaje zagranicy odpowiedzialność za naszą niepodległość. "Partia zagranicy" odwołuje się do zagranicy jako fundamentalnego rozjemcy spraw polskich. W tym sensie jest ona zasadniczym czynnikiem utrudniającym, czy wręcz uniemożliwiającym uzyskanie politycznej podmiotowości. "Partia zagranicy', to podstawowe zagrożenie dla przyszłości naszego kraju w osiągnięciu własnej podmiotowości, czyli w zdolności do prowadzenia samodzielnej polityki. Likwidacja "partii zagranicy", to podstawowy warunek uzyskania samodzielności politycznej Polski.

Wreszcie zasadniczym warunkiem przywództwa narodowego jest zdolność do konsolidacji własnego narodu w prowadzeniu polityki narodowej. Konsolidacja, to unikanie niepoważnych konfliktów i wyznaczanie narodowych celów i zdolność do ich obrony zarówno wobec polskiej opinii publicznej, jak i zagranicznej. Niepoważne konflikty, jak obecny o Trybunał Konstytucyjny, to nie tylko dzielenie narodu, ale to przede wszystkim umożliwianie "partiom zagranicy', osłabianie własnego narodu. To nie likwidacja, a budowanie "partii zagranicy". To nie przejaw dobrego przywództwa, a tylko kontynuacja osłabiania własnej pozycji w płaszczyźnie międzynarodowej poprzez fałszywe rozpoznanie wyzwań narodowych, czy raczej traktowanie celów partyjnych, jako celów narodowych. Konsolidacja własnego narodu, to także zdolność do przeciwstawienia się takiej polityce, która osłabia zdolność naszego państwa do skutecznego działania w płaszczyźnie międzynarodowej. Przykładami polityki która prowadziła do osłabienia naszej pozycji, to choćby traktat lizboński i pakiet klimatyczno-energetyczny. Nazywając klęski w polityce zagranicznej, naszymi sukcesami, tylko demoralizuje się własny naród osłabiając jego potencjał moralny.

Polską politykę charakteryzuje nie tylko intelektualna peryferyjność w rozpoznaniu wyzwań, ale też niezdolność do myślenia kategoriami narodowymi: interes partii jest ważniejszy niż interes państwa. Dlatego partie polityczne nie myślą o przyszłości własnego państwa, nie wyznaczają kierunku jego rozwoju, a co najwyżej jedynie odpowiadają na wyzwania bieżącej opinii publicznej. Na zasadnicze wyzwania nie odpowiadają kiedy one się pojawiają, jak na przykład zagrożenie katastrofą demograficzną, a dopiero wówczas, gdy to zagrożenie staje się nieodwracalne. Przywództwo państwowe nie przewodzi, a ciągnie się za wyzwaniami, którym już nie można skutecznie zapobiec.

Dlatego najgorszą postawą społeczną w dążeniu do stworzenia optymalnego przywództwa narodowego, jest postawa bezkrytycznego poparcia dla polityki zarówno partii rządzącej jak i partii opozycyjnych. Te partie są bowiem mentalnie partiami społeczeństwa postkomunistycznego, to jest społeczeństwa, które wyszło z komunizmu bez własnych elit, społeczeństwa intelektualnie zaściankowego, społecznie i patriotycznie zdemoralizowanego, społeczeństwa mentalnie satelickiego. Dlatego zasadniczym warunkiem poprawy jakości polskiego przywództwa, to odrodzenie patriotyzmu, ale nie tylko tego emocjonalnego i tożsamościowego z jakim mamy dziś do czynienia, ale przede wszystkim odrodzenia patriotyzmu kulturowego i politycznego. Bez odrodzenia patriotyzmu politycznego nie ma bowiem możliwości stworzenia optymalnego przywództwa narodowego. Patriotyzm polityczny, to przede wszystkim zdolność narodu do wyłonienia autentycznego przywództwa narodowego, wyznaczającego realistyczną koncepcję jego rozwoju. To zdolność do skutecznej odpowiedzi na wyzwania czasu i taki udział w międzynarodowej grze, która pozwoli na ukształtowanie takiego systemu międzynarodowego, który da szanse na nasz narodowy rozwój. Czy będzie nam dany na to czas w obliczu przemian współczesnego świata? Czy też jak w II wojnie światowej i teraz będziemy realizować cudze interesy i przegramy swoją walkę o godne miejsce Polski we współczesnym świecie?

 

Marian Piłka
historyk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej

Była sobie Europa

Podobno istniała kiedyś Europa, która na zagrożenia zewnętrzne odpowiadała w inny sposób niż malowaniem kredkami po ulicach i łzami dyplomatów podczas konferencji. Piszę „podobno”, bo ja takiej nie znałem. Urodziłem się w Europie słabej. Wyrzekającej się swoich korzeni. Odrzucającej zdrowy rozsądek na rzecz poprawności politycznej i uznającej, że świat nagle stał się lepszym miejscem do życia, bo tak sobie wymyśliliśmy. Teraz Europa śni swój koszmar i nie zamierza się zbudzić. Gwałcona jest przez wojowników, którzy nie mają możliwości odwrotu. Teraz Europa śni swój koszmar, w którym radykalizują się grupy mogące w bliższej lub dalszej przyszłości zbudować kapitał polityczny na zwykłym populizmie. Moją Europą nie jest Europa uprawiająca politykę strachu. Moją Europą nie jest też kontynent populistów niezdolnych do wnikliwej analizy współczesności.

 

Gdy Hitler i Stalin podpalali Stary Kontynent, świat widział jak człowiek gotuje człowiekowi piekło. Już wcześniej przekraczano granice przyzwoitości i już wcześniej pogardzano życiem człowieka. Skala nazistowskiego i komunistycznego terroru skruszyła jednak fundamenty charakteru cywilizacyjnego Europy. Patrząc na ilość ofiar, odczuwając na własnej skórze okrucieństwo wojny, przeżywając czas upadających wartości, pogrążaliśmy się w szoku i niedowierzaniu, że spełniają się scenariusze triumfu zła i nienawiści. Bo mimo zakończenia wojny to ten triumf rzeczywiście nastąpił. Koniec wojny nie oznaczał, że człowiek zapomni o krzywdach wyrządzonych jego człowieczeństwu i koniec wojny nie oznaczał też wyzwolenia z sideł totalitaryzmów.

 

Odpowiedzią na przetrącony kręgosłup Starego Kontynentu stał się chory kult pacyfizmu. Cieszę się, że tak dużo ludzi kocha pokój, bo również należę do tych, którzy nie widzą piękna w strzelaniu do drugiego człowieka, bombardowaniu miast i łzach istot ludzkich. Tak, chciałbym żyć w świecie opanowanym przez dobro i wzajemny szacunek. Marzy mi się świat, gdzie człowiek jest człowiekowi bratem, a nie wrogiem. Ale … w takim nie żyję. I to, że mam takie pragnienia nie oznacza, że wszyscy takie mają. A to już powinno mi wystarczyć do tego, by na zagrożenia nie odpowiadać miałkimi hasełkami o koniecznej solidarności, równości i braterstwie. Moje umiłowanie pokoju nie może zakładać klapek na oczy i nazywać czarnego białym, a białego czarnym. To, że chcę żyć w świecie dobrych ludzi nie oznacza, że wśród takich żyję. Dlatego nie mogę być bezbronny. Dlatego nie mogę, nie chcę i nie ulegnę poprawności politycznej. To, że chcę bronić swojego kontynentu – swojego kontynentu! Bo to jest mój kontynent! Tak jak i Twój, Czytelniku. Jestem Polakiem – ale jestem też Europejczykiem. Jestem Polakiem, miłującym ziemię ojczystą miłością szczerą i czystą, uznającym swoje powinności wobec narodu, ale jestem też zwykłym człowiekiem, który w godzinie śmierci nie będzie przedstawiał paszportu i dokumentów świadczących o swojej narodowości czy obywatelstwie. I właśnie dlatego nie jest mi obojętne to, co stało się z Matką Europą. Nie przechodzę neutralnie patrząc na gruzy cywilizacji europejskiej. I winą za to obarczam nienawiść i chore umysły z lat 30. i 40 XX wieku. Winą za to obarczam uśpionych i zszokowanych ideologów czasów powojennych. Tym, którzy na własne oczy ujrzeli wojenną pożogę i postanowili bronić się przed powtórzeniem tych chwil przy użyciu piór i kartek papieru – wybaczam. Tym, którzy przyszli na świat kilkadziesiąt lat po wojnie i uwierzyli, że świat nie zna już siły i zrezygnował z wojen – wybaczyć nie mogę. Choć zastali Europę nagą, to powinni ją przyodziać, a nie wystawiać na targ, by inne cywilizacje z niej kpiły i szydziły.

 

Łzy szefowej unijnej dyplomacji staną się symbolem upadku poprawności politycznej, wtedy, gdy upadną europejskie instytucje. Gdy inne cywilizacje będą zajmowały bastion po bastionie Starego Kontynentu. Mimo swojej wiary w rozum człowieka, jestem pełen pesymizmu, że cokolwiek może nas przed tym ochronić. Skoro europejskich liderów nie budzą łzy rodzin i krew ofiar zamachów terrorystycznych. Skoro jedyną odpowiedzią i wyrazem solidarności są zmiany zdjęć profilowych na portalach społecznościowych, marsze żywych trupów nieświadomych swej agonii i puste słowa oraz modlitwy za ofiary, to dla takiej Europy ratunku nie ma. Swoją drogą, do kogo modlą się ci, którzy po zamachach wznoszą modły za „Paryż”, „Brukselę”? Do jakiego Boga kierują swe myśli? Do tego Boga, którego się wyparli? Do tego Boga, którego zdjęli z krzyża, by nie urazić uczuć religijnych innowierców? Zatrważająca jest ta moralna pustka i intelektualna zapaść społeczeństwa współczesnej Europy.

 

Przeżywamy teraz Wielki Tydzień. Przed nami czas kontemplowania największej tajemnicy i największego wydarzania w dziejach świata. Chciałbym wierzyć, że wraz ze zmartwychwstałym Chrystusem obudzi się Europa i obudzi się nasza cywilizacja. Jednak do tego potrzebujemy chłodnej refleksji i pracy nad odbudową moralnego i intelektualnego charakteru Europy. Przed zamachowcami nie obronimy się wyjałowionymi sercami i umysłami. Nie pomoże nam konsumpcjonizm i hedonizm. Pomoże nam właśnie ta odbudowa cywilizacji. Refleksja nad kulturą, społeczeństwem i myślą polityczną. Budowa europejskiej tożsamości. W ten sposób jesteśmy w stanie obronić się przed zagrożeniem zewnętrznym, ale w ten sposób ustrzeżemy też Europę przed grupami, które oprócz okrzyków na ulicach nie są zdolne do jakiejkolwiek zadumy i chłodnej oceny. Które jeden terror mogą zamienić na drugi. Dlatego ja – zamiast „za Paryż i Brukselę” modlę się o mądrość dla Europejczyków. Wolnych i dumnych. Wolnych od ideologicznego ucisku i wolnych od nienawiści. Dumnych z osiągnięć przodków i dumnych ze swoich dokonań. Bo tylko z tego możemy być dumni. Kolor skóry nie jest naszą zasługą. Naszą zasługą może być zachowanie człowieczeństwa w czasach, gdy upada Wieża Eiffla i chwieje się Łuk Triumfalny.

 

 

Michał Patyk – student, współpracownik portalu Prostozmostu.Net i kwartalnika Myśl.pl 

Petru aprilis

Polska to specyficzny kraj. Święta mijały w atmosferze przypominającej prima aprilis. Mało tego, dostrzegłem chętnych, aby ponownie nabrać się na stary żart. Wałęsa, Platforma ratująca Polskę, a teraz czas na kolejnego wybawiciela. Został nim Ryszard Petru.

Dla każdej racjonalnie myślącej osoby z ambicjami do decydowania o losach wspólnoty, nagłe wparowanie .Nowoczesnej na scenę polityczną powinno wydać się podejrzane. Nieistniejąca partia z nierozpoznawalnym liderem dostaje dwucyfrowy wynik w sondażu. Nie wiem jaka była metodyka badań, ale pachnie zjawiskami nadprzyrodzonymi. Czas mijał, a lider nowej partii nie wychodził ze studiów telewizyjnych. Promowano go na wszystkie możliwe sposoby. Natomiast partii przyprawiano miano złożonej wyłącznie z ekspertów. Wystarczyło to na solidny wynik w wyborach. Przez coraz bardziej wyczuwalną słabość ze strony PO, to właśnie na nich postawił obecny establishment, a przynajmniej spora jego część. Nachalne kreowanie lidera i jego ugrupowania powinno dać każdemu do myślenia. Tym bardziej, że propaganda wynikająca z nagłej potrzeby nie była zbyt subtelna. Warto przyjrzeć się z bliska działaniom wyżej wspomnianego środowiska.

Ryszard Petru zarzucił rządowi brak inicjatywy. Mocne słowa jak na lidera partii z zerową liczbą projektów ustaw i największą ilością wniosków o przerwę na pierwszej „sejmowej” prostej. Pomocnik Balcerowicza chyba zapomniał za co jest opłacany przez podatników. Nie za występy w stacjach telewizyjnych, ani nie za sesje zdjęciowe. Praca posła również nie polega na wyjazdach na skargę do Brukseli. Cała sytuacja jest tym dziwniejsza, że „jedynki” miały obowiązek wpłacania pieniędzy na rzecz partii. Jednak nie działają na rzecz dobra wspólnego. Chodziło wyłącznie o promocję własnej osoby? Brzemię partii eksperckiej jest chyba zbyt duże. Eksperci - teoretycy brzmi lepiej. Ryszardowi Petru nie można odmówić ambicji. Z osoby kompletnie nierozpoznawalnej, w około pół roku staje się jedną z twarzy protestu, chcącego wywrócić kraj do góry nogami. Przełamuje stereotypy, jakoby w Polsce trudno było osiągnąć sukces.

„Wzywam ludzi, żeby wychodzili na ulice”. Takie słowa już na początku kariery politycznej? Czego możemy spodziewać się w przyszłości? Jest to człowiek o wielu talentach. Szturmem wziął krajowe podwórko i już zaczął ekspandować za granicę. Zapragnął walczyć w Brukseli o polską demokrację. Donald Tusk drży w obawie przed utratą posady „Króla Europy” obserwując tempo rozwoju kariery nowej „gwiazdy”. Potencjalny konkurent sprawia wrażenie osoby wypranej z tożsamości narodowej, co niewątpliwie ułatwi sukces w instytucjach unijnych. Słynna wypowiedź o sześciu królach mogła być drobnym przejęzyczeniem, albo wiele mówi o środowisku w którym wychował się lider Nowoczesnej. Co jest kwestią dość ważną, gdy taka osoba ubiega się o funkcje publiczne. W ostatecznym rozrachunku debata była strzałem w stopę. Beata Szydło wypadła poprawnie, dostała solidne wsparcie z sali. Nie licząc krytyki ze strony, bądź co bądź nietypowych okazów, głównie euro-federalistów i zielonych. Jednak opozycjoniści nie poprzestali na jednej kompromitacji. Platforma postawiła Rządowi ultimatów odnośnie Trybunału Konstytucyjnego, grożąc głosowaniem przeciwko Polsce w Parlamencie Europejskim. Lider .Nowoczesnej stara się sprytnie dystansować od tak marnych pomysłów, chowając się za plecami zdesperowanych polityków PO. Ale to tylko pozory. Groteskowości dodaje spotkanie z premierem Holandii i opowiadanie „w Polsce jest opozycja, która jest skłonna przejąć władzę”. Przypuszczam, że premier takiego kraju zdaje sobie sprawę z roli opozycji. Brak aspiracji na wyjście z politycznego marginesu wywołałoby zdziwienie. Nawet w kraju tak tolerancyjnym jak Holandia.

Petru to człowiek orkiestra. Łączy obowiązki opozycjonisty i jednocześnie bawi się w dyplomatę za granicą. Chodzą słuchy o zmianach w nauczaniu historii w szkołach. Nie ma nic lepszego jak obcowanie na żywo z pozostałościami dawnych czasów. Okazja jest jednak jeszcze lepsza. Bez przenoszenia w czasie możemy obserwować „Targowicę”. Twarze inne ale przedstawienie znajome. Świetny pretekst do organizowania wycieczek szkolnych. Petru wraz z KOD-em może zrewolucjonizować edukację historyczną. Człowiek orkiestra wpływa nawet na pogodę. Mało zimowa aura na święta nie była zasługą globalnego ocieplenia. To słońce Petru grzało niemiłosiernie. Z tego powodu posłanka Pawłowicz wraz ze swoim wachlarzem nie powinna budzić zdziwienia. Ze spraw mniej zabawnych przerażająca jest łatwość z jaką ludzie dają sobą manipulować oraz wodzić za nos przez człowieka wyciągniętego z kapelusza, który karierę polityczną zaczyna od kotłowania w kraju wraz z partią zmuszoną do oddania władzy. Wypranie z tożsamości i pamięci historycznej zbiera żniwo. Część społeczeństwa nie wystawia sobie najlepszej oceny. Powiedzenie o zamiłowaniu historii do powtarzalności nabiera nowych kolorów. Pod koniec XVIII wieku ludzie podobnego sortu zwracali się z prośbą do carycy Katarzyny o interwencję zbrojną. Oczywiście często argumentując to troską o ojczyznę. Dzisiaj jesteśmy w lepszej sytuacji. Jednak wypadałoby przemyśleć czemu historia Polski wciąż zatacza koło i co zrobić aby za kolejne dziesiątki albo setki lat nowy „Petru” nie szukał pomocnej ręki za granicą. Upokorzenia zbrzydły już (prawie) wszystkim. Historia Polski to nieustanny wyścig z czasem o zreformowanie państwa przy oporze części elit realizujących swoje interesy kosztem wspólnoty. Czy tym razem się uda?

Alek Krasuski

Spóźniona decyzja

Prace nad wprowadzeniem programu 500+ wchodzą w decydującą fazę. Wszystko wskazuje na to, że zgodnie z rządowymi zapowiedziami program wystartuje 1 kwietnia. Będzie to program, w przeciwieństwie do wszelkich poprzednich form wsparcia rodziny, nie socjalny a właśnie prorodzinny. To znaczy że posiadanie dzieci nie traktuje, jak w przypadku polityki socjalnej, jako problem, a właśnie jak przystało na rzeczywistą politykę rodzinną, jako wartość. Nie ulega wątpliwości, że po latach braku skutecznej polityki prorodzinnej, wreszcie będziemy mieli program realnie wspierający materialnie polskie rodziny. Bowiem dotychczasowe wsparcie miało charakter zdecydowanie niedostateczny i w żaden sposób nie odpowiadało na wyzwanie jakim jest katastrofa demograficzna. Ten program traktuje bowiem dzieci nie jako obciążenie, nie wydatek budżetowy, a właśnie jako inwestycję w przyszłość, co więcej, jako inwestycje o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłości naszego narodu. Do tej pory bowiem, poza nielicznymi instrumentami polityki rodzinnej, takimi jak dłuższe urlopy macierzyńskie czy duża ulga podatkowa, rodzinę traktowano tylko jako przedmiot opieki społecznej, a wielodzietność jako swoistą patologie. Efektem takiego podejścia, oprócz innych przyczyn, jest dramatyczny spadek urodzeń. Od początku lat 90-tych pokolenie dzieci nie odtwarza pokolenia rodziców, a w ostatnich kilkunastu latach poziom urodzeń jest mniejszy o około 40% od pokolenia rodziców. To jest sytuacja wręcz katastrofalna. W dłuższej perspektywie czasowej, prowadzi nie tylko do załamania systemu emerytalnego, na który po prostu nie będzie komu pracować, ale także do głębokiego kryzysu ekonomicznego. Starzenie się społeczeństwa staje się najważniejszą barierą rozwojową. Już dziś Polska potrzebuje milionów pracowników, żeby utrzymać rozwój gospodarczy. Spadek ludności i brak pracowników prowadzi do zmniejszania się rynku wewnętrznego i w praktyce oznaczać będzie długotrwałą i głęboką recesję ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu. Nie mówiąc już o spadku pozycji Polski na płaszczyźnie międzynarodowej. Sytuacje jeszcze bardziej pogarsza fakt, że Polska stała się krajem emigracyjnym. Młode pokolenie masowo opuszcza nasz kraj przenosząc się do państw zachodnich w nadziei znalezienia lepiej płatnej pracy. Kryzys demograficzny tylko te procesy będzie potęgował. Nic też dziwnego, że w końcu dostrzeżono ten problem. Już rządy PO zaczęły podejmować prorodzinne rozwiązania, takie jak wydłużenie urlopów macierzyńskich czy wprowadzenie jednorocznych zasiłków dla matek nie posiadających dochodu .Ale oczywiście te rozwiązania, podobnie jak poprzednie były spóźnione i niedostateczne i nie były w stanie zmienić postaw rodzicielskich.

Program 500+ jest pierwszym realnym wsparciem dla polskich rodzin, zdolnym do odwrócenia tendencji demograficznych. Nie ulega wątpliwości, że to będzie wsparcie rzeczywiste i społecznie odczuwalne. Nie mniej według danych podanych w uzasadnieniu projektu ustawy, wpływ tego programu na wzrost dzietności polskich rodzin będzie minimalny. Autorzy programu szacują, że nastąpi wzrost urodzeń od 11 tysięcy w roku bieżącym do około 35 tyś za dziesięć lat. Ten wzrost urodzeń, choć bardzo potrzebny, nie rozwiązuje jednak zasadniczego problemu jakim jest katastrofa demograficzna. On go tylko nieznacznie łagodzi. Według autorów ustawy w ciągu następnego dziesięciolecia poziom urodzeń nie przekroczy 400 tys. dzieci. A to oznacza że nie unikniemy w przyszłości konsekwencji ekonomicznych i społecznych tej zapaści demograficznej. Dopiero przekroczenie poziomu 500tyś urodzeń dawałoby rzeczywistą szansę na przezwyciężenie katastrofy demograficznej i szanse na skuteczne złagodzenie jej ekonomicznych konsekwencji. Dlatego w polityce prorodzinnej nie można ograniczać się tylko do tego programu. Jest on bardzo istotnym elementem, ale zdecydowanie niewystarczającym. Potrzebne są bowiem jeszcze działania zmierzające do zmiany kodu kulturowego propagującego model rodziny wielodzietnej i dalsze wsparcie rodziny, przede wszystkim poprzez wydłużenie urlopów macierzyńskich do trzech lat, przynajmniej od trzeciego dziecka. Tak aby statystyczna polska rodzina decydowała się na co najmniej trójkę potomstwa. Bez osiągnięcia tego celu nie będzie można mówić o sukcesie polityki rodzinnej w Polsce.

Jakie są trudności z osiągnięciem tego poziomu? Przede wszystkim trzeba pamiętać, iż obecnie mamy już do czynienia z wkraczaniem w wiek reprodukcyjny pokolenia niżu demograficznego urodzonego w latach 90-tych. To są roczniki znacznie mniej liczne, niż roczniki urodzone w latach 80-tych, a zwłaszcza na przełomie lat 70-tych i 80-tych, gdy poziom urodzeń przekroczył 700tyś. Lata 90, to systematyczny spadek urodzeń. Pomimo tego spadku, państwo polskie nie zareagowało w swojej polityce na to demograficzne zagrożenie. Kluczowym czynnikiem blokującym była postawa wicepremiera Leszka Balcerowicza w okresie koalicji AWS-UW, gdy podjęto pierwsze inicjatywy polityki prorodzinnej (min wydłużenie urlopów macierzyńskich). Ta blokada, a następnie cofnięcie wszystkich, nieznacznych przecież instrumentów polityki rodzinnej przez rząd Leszka Milera spowodowały utrwalenie bardzo niskiego poziomu urodzeń w naszym kraju.

Wydawało się , że dojście do władzy PIS w 2005 roku stwarza nadzieje na skuteczną reakcję na narastający kryzys. Tym bardziej, że w wieku reprodukcyjnym były jeszcze roczniki wyżu demograficznego początku lat 80-tych. Program wyborczy PISu, bowiem zawierał już wówczas propozycję zwaną dziś 500+. Niestety, jak się okazało, cały program wyborczy PISu w zakresie polityki rodzinnej, okazał się tylko wyborczym sloganem. Autor propozycji 500+ dr Cezary Mech został bardzo szybko odwołany z funkcji wiceministra finansów a sam program wyrzucony do kosza. Wszelkie próby wdrożenia innych instrumentów polityki rodzinnej skutecznie były blokowane. Polityka ekonomiczna i społeczna została oddana pani Zycie Gilowskiej i minister Kluzik-Rostkowskiej, które aktywnie walczyły przeciwko wprowadzeniu polityki prorodzinnej . Zgodziły się tylko na jej pozorowanie, jakim było wydłużenie urlopów macierzyńskich tylko o 2 tygodnie i tzw. małą ulgę podatków. Tego typu działania obliczone były tylko na propagandę wyborczą, na powiedzenie wyborcom, że coś się w tym temacie robi, czyli innymi słowy na manipulację nastojami własnego elektoratu, ale nie na sprostanie wyzwaniu jakim jest kryzys demograficzny. Duża ulga podatkowa uchwalona w 2007 roku, została uchwalona przy sprzeciwie PIS-u

Dziesięć lat temu, gdy struktura wiekowa polskiego społeczeństwa była bardziej korzystna i pokolenie wyżu z przełomu lat 70tych i 80-tych było jeszcze w okresie reprodukcyjnym, to osiągnięcie pozytywnych skutków demograficznych, po wprowadzeniu ówczesnego programu wyborczego PIS, byłby znaczący. Bowiem samo wprowadzenie dużej ulgi podatkowej spowodowało w ciągu trzech następnych lat wzrost urodzeń, o około 30 tyś w porównaniu z urodzeniami w 2007 roku, czyli osiągnięto wynik znacznie lepszy, niż obecnie prognozuje się przy użyciu środków pięciokrotnie wyższych. Wprowadzenie wówczas tak znaczącej pomocy materialnej mogłoby doprowadzić już wówczas do osiągnięcia poziomu urodzeń 500 tyś rocznie. I to by spowodowało, że dziś bylibyśmy w zupełnie innej sytuacji i demograficznej i ekonomicznej. Co więcej wprowadzenie wówczas tak znaczącego wsparcia materialnego dla młodych rodzin, radykalnie ograniczyłoby emigracje zarobkową młodych ludzi, oraz poprawiłoby, poprzez zwiększenie możliwości podażowych polskiego społeczeństwa, dynamikę rozwoju gospodarczego.

Niestety zarzucenie tego programu pogłębiło zapaść demograficzną. W miarę pogarszania się struktury wiekowej polskiego społeczeństwa związanego z wkraczaniem w wiek reprodukcyjny roczników niżu demograficznego osiągnięcie znaczącej poprawy poziomu urodzeń będzie coraz trudniejsze i coraz bardziej kosztowne. I choć dziś ten program ma też cechy wyborcze, wiązania elektoratu z PIS, na co zwraca uwagę Paweł Kukiz, nie zmienia to faktu, iż wsparcie rodzin jest konieczne. To jest ostatnia deska ratunku dla naszego narodu .Bowiem pozwoli on złagodzić skutki katastrofy demograficznej. I dlatego dziś nie można się ograniczać tylko do programu 500+, ale należy rozszerzyć program polityki rodzinnej, tak aby był bardziej skuteczny w maksymalizowaniu poziomu urodzeń. Chodzi tu zarówno o dalsze wydłużanie urlopów macierzyńskich , zwłaszcza na drugie i trzecie dziecko. Bowiem kobiety znajdujące się na urlopie macierzyńskim bardziej są skłonne rodzić kolejne dziecko, niż kobiety, które nie korzystają z tego typu urlopu. Należy też wprowadzić inne działania zmierzające do materialnego wsparcia wychowania dzieci, a także w zakresie polityki mieszkaniowej,
i zwłaszcza małej i średniej przedsiębiorczości, poprawiającej kondycje materialną polskich rodzin. Potrzebna też jest odpowiednia polityka kulturowa propagująca model rodziny wielodzietnej.

Kwestia polityki rodzinnej nasuwa jedną zdecydowaną refleksję. A mianowicie, że obecna katastrofa demograficzna, to efekt braku rzeczywistego przywództwa narodowego w okresie po odzyskaniu wolności w 1989 roku. Przywództwo państwowe, bowiem było przez lata ślepe na narastający kryzys demograficzny. Polskie państwo ma swoje przywództwo, ale główną troską tego przywództwa było zawsze okupowanie stanowisk państwowych, a nie odpowiedz na zasadnicze wyzwania stojące przed naszym narodem. Rzeczywiste przywództwo narodowe zawsze bowiem stara się zdiagnozować długofalowe wyzwania stojące przed narodem, zarówno szanse, jak i zagrożenia. A także wypracować skuteczne odpowiedzi na te wyzwania, po to aby zagrożenia zminimalizować, a szanse zmaksymalizować. Obowiązkiem przywódców jest bowiem dostrzeganie rzeczywistości, która przyjdzie za kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat i w tej perspektywie kształtować politykę własnego państwa. Do tej pory mamy tylko przywództwo, które troszczy się tylko o najbliższe wybory, o to jakie zastosować hasła i jak pozyskać wyborców, aby wygrać następne wybory, a nie odpowiadać na długofalowe wyzwania. Takie przywództwo reaguje na wyzwania, tylko wtedy, gdy zapobieżenie negatywnym skutkom wyzwań jest najczęściej już za późno. To jest forma zdegenerowanego przywództwa. I tak jest w przypadku katastrofy demograficznej. Wprowadzana obecnie polityka rodzinna jest konieczna, ale zdecydowanie spóźniona. Zaprzepaszczony bowiem został moment, kiedy jej wprowadzenie mogło skutecznie odwrócić niebezpieczne tendencje. Obecnie z każdym rokiem będzie bardziej kosztowna, jeżeli chcemy uniknąć zupełnej katastrofy, ale już jest za późno na uniknięcie wielu niekorzystnych konsekwencji dla naszego życia narodowego, ekonomicznego i społecznego. Przywództwo ma wyprzedzać i odpowiadać na rysujące się wyzwania, a nie tylko reagować, kiedy są one już w stadium krytycznym. Gdyby dziesięć lat temu ta polityka była zastosowana, to dziś bylibyśmy w zupełnie innej sytuacji. Dlatego witając wdrożenie programu 500+ z nadzieją , nie należy się łudzić, że ten program zapobiegnie w sposób skuteczny zagrożeniu jakim jest katastrofa demograficzna. Może on go złagodzić, jeżeli oprócz tego programu zostaną wprowadzone dalsze rozwiązania prorodzinne, tak aby doprowadzić do wzrostu urodzeń, na poziomie 500 tyś dzieci. I dopiero ten poziom urodzeń będzie świadczył o jej sukcesie. Ten program, to dobra decyzja, ale o dziesięć lat spóźniona.

 

Marian Piłka
historyk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy