Dziś jest czwartek, 17 sierpnia 2017 roku. Imieniny : Anity, Elizy, Mirona

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Polityka

Mniejsze zło nie istnieje

Kończy się kampania wyborcza. I należałoby rzec, dzięki Bogu. Bo ani to rzeczywista kampania, ani konfrontacja programów. To tylko pranie brudów tzw. III Rzeczpospolitej. Zdominowane przez dwie największe partie życie polityczne, zbudowane na ubecko-nomenklaturowych fundamentach uwłaszczonego peerelu, nie jest w stanie wyprowadzić kraju na choćby namiastkę w kierunku wolności.

Wielki teatr politycznych marionetek zasłania bowiem to, z czego zdaje sobie sprawę coraz więcej z nas. Całe 26 minionych lat to w zasadzie bicie w propagandowy bęben raz z jednej, raz z drugiej strony zwaśnionych wspólników z Magdalenki i Okrągłego Stołu. Każdy sobie wygrywał swoje, by dojść do momentu kiedy z tej kreowanej przez łże-media krainy szczęśliwości coraz więcej ludzi chce uciekać. Nie wyjeżdżać, lecz uciekać. Pamiętam starsze fale emigracji – tam w zasadzie każdy w taki czy inny sposób z ciężkim sercem podejmował decyzję o opuszczeniu kraju. Dziś, ta najmłodsza fala ostatnich lat traktuje wyjazd z Polski jako oczywistą oczywistość. Powszechnie znany cytat –„ch…,d… i kamieni kupa” dla osoby myślącej wystarczy, by zdać sobie sprawę, że te pseudo-elity rządzące tu od 26 lat, wychowane na realnym socjaliźmie, nauczone podziału świata na Pana i nas, po raz kolejny spowodowały utratę bezcennego czasu, utratę jednego, dwóch pokoleń. Odrabiać ten okres trzeba będzie bardzo długo, o wiele dłużej niż minione ćwierćwiecze.


Za tydzień będzie po wyborach, w których jak wszystko na to wskazuje III Rzeczpospolita obroni swoje fundamenty państwowe, zamieniając jedną partię okrągłostołową na drugą. Wypowiedzi polityków największej partii opozycyjnej wskazują na kontynuację ostatnich dwudziestu pięciu lat. I wielu z nas zadaje sobie pytanie czy warto w tym „cyrku” brać udział?


Zawsze warto. Zawsze trzeba – tylko o jednym powinniśmy pamiętać. Określenie „mniejsze zło” na podstawie którego wielu z nas podejmuje swoje decyzje wyborcze jest ułudą, jest pójściem na łatwiznę. Głosujmy na swoich , na Tych , którzy zdecydowali się jako członkowie i sympatycy Ruchu Narodowego wejść na listy jednego z komitetów wyborczych. Nie były to decyzje łatwe. Nie mamy żadnego „mniejszego zła” w zanadrzu, każda inna decyzja to w rzeczywistości głos za kontynuacją okrągłostołowej republiki.


I pamiętajmy, że jesteśmy na początku drogi, że choć wielu się zniechęci, czy schłodzi swój entuzjazm, to Ruch narodowy będzie istniał dalej, bo z tej drogi nie wolno nam zrezygnować. Jeżeli jedna porażka miałaby spowodować załamanie działalności, to cóż warta jest taka inicjatywa.

 

Dariusz Strzelczyk, emigrant, członek Rady Politycznej Ruchu Narodowego, pełnomocnik RN na powiat tarnowski.

List gówniarza do Adama Michnika

Ciężko jest pisać list do osoby, która każdy przejaw krytyki uzna za język nienawiści, dzielenie Polaków i sianie faszystowskich poglądów. Jeszcze trudniej jest rozmawiać z kimś, kto swoich rywali uznaje za podludzi – za obywateli gorszej kategorii. Jednak za wiele pokoleń i za dużo grup społecznych milczało, gdy cynicy pluli im w twarz. Bierność cechowała mnóstwo osób, które widząc obłudę III RP stwierdzały, że z jej przedstawicielami nie warto nawet rozmawiać.

 

Jednak sprawami społecznymi i politycznymi coraz bardziej zaczynają interesować się osoby, które urodziły w tej „wolnej od komuny” Polsce. Pokolenie, do którego należę nie ma kompleksów i nie zachłysnęło się ochłapami wolności, które rzucono naszym rodzicom na pocieszenie. Dla nas wolność nie oznacza pełnych półek w sklepach i możliwości oglądania zagranicznych seriali. Dla nas wolność to stan ducha i poczucie dumy z bycia Polakami. Dumy, której Pan – Panie Adamie nie odczuwa. Polskość po prostu Pana boli. Bo Pan jest przecież Europejczykiem. Pan jest obywatelem świata. A my – młodzi, którzy myślimy i mówimy po polsku jesteśmy niewdzięcznikami niedoceniającymi tego, co wy nam daliście.

 

Tak często mówicie, że młodzież jest przyszłością narodu. Przekonujecie o ogromnej roli jaką mamy do odegrania. Tylko szkoda, że chcecie nas wykorzystywać do legitymizowania swoich działań. Młodzi są wam potrzebni, by pokazać nowoczesność i pasję w waszych programach – żeby lepiej wyglądać na zdjęciach. Ale jeśli młodzi chcą iść własną drogą, jeśli młodzi chcą myśleć i czuć po polsku – to ci sami młodzi nagle stają się gówniarzami, którym nie możecie oddać Polski. No i Panie Adamie… kto tu dzieli? Kto tu komu ubliża? Kto kim pogardza? Kto tu używa mowy nienawiści? Polska nie jest i nie była wasza. Polska należy do tych, którzy widząc Orła Białego mają łzy wzruszenia w oczach. Do tych, którzy rozmawiając z obcokrajowcem, rozmawiają jak równy z równym. Nie wiem, może wy lubicie klęczeć. Może ta uległość wobec innych rodzi w was czasami złość i na polskim gruncie musicie sobie poużywać? Pokazać, że wcale nie jesteście paniami na telefon, tylko elitą. Elitą, którą trzeba szanować, tylko dlatego, że miała czelność elitą się nazwać. Ale symbolem Polski dla was jest czekoladowy orzeł, więc o czym my mówimy? Wy potraficie zrównać sprzątanie po psie z patriotyzmem i dodacie do niego przymiotnik „nowoczesny”. Robicie farsę ze wszystkiego, co wielkie i wzniosłe. I jeszcze jesteście tak bezczelni, że uznaliście, że macie monopol na prawdę. I jedyne co was odróżnia od komunistów, to inteligencja. Bo oni byli łajdakami, ale inteligentnymi. A wy swój kontakt z inteligencją macie tylko wtedy, gdy ją zwalczacie.

 

Młodość ma to do siebie, że nie pozwala zamknąć się w szufladzie. I naprawdę – możecie nas wyzywać od najgorszych, ale to już na nikim nie robi wrażenia. Polska za niedługo zapomni o myśli politycznej Adama Michnika i jego kolegów. Wasze kompleksy i wydumany faszyzm odejdą na śmietnik historii, bo tam jest miejsce maluczkich, którym zachciało się budować pomniki innym maluczkim. Mydlenie oczu ludziom opanowaliście do perfekcji. Walkę z zagrożeniami, które sami stworzyliście również prowadzicie doskonale. Naprawdę – doceniam wasz kunszt, bo nie każdy potrafi być takim manipulatorem.

 

Panie Adamie. Dla mnie zawsze będzie Pan symbolem medialnego zakłamania. Jest Pan dla mnie osobą, która bezpośrednio odpowiada za tak silne podziały polskiego społeczeństwa. Nie będę naiwny i nie będę oczekiwał przeprosin, ale niech ma Pan świadomość, że ja i moi rówieśnicy – odrzucamy Pana jako nauczyciela i mentora. Nigdy nie będzie Pan autorytetem dla ludzi, dla których Ojczyzna to słowo najświętsze. Chciał Pan upodlić wszystko to, co ma w sobie pierwiastek polskości, ale najbardziej upodlił Pan honor. Bo człowiek honorowy, to człowiek, który umie powiedzieć dość i potrafi przyznać się do błędów. A Pan jest w amoku. Krew Pana zalewa, że młodzi zrobią wszystko, by o Michniku świat nie powiedział dobrego słowa. Bo po prostu – Pan na to nie zasługuje. Dzień, w którym wyemigruje Pan do Izraela, będzie początkiem nowej ery. Tylko niech Pan zabierze ze sobą swoich uczniów, bo będą mogli czuć się nieswojo, gdy zostaną opuszczeni przez wodza.

 

Panie Adamie. Już czas. להתראות

 

 

Michał Patyk – gówniarz, bo po co pisać więcej? 

Ustawą wprowadzić bogactwo!

Wprawdzie poruszanie po raz n-ty jakiejkolwiek kwestii związanej z partią rządzącą jest już nudne, a wywody są często z góry przewidywalne, to jednak od pewnego czasu nurtuje mnie zawartość spotu Platformy Obywatelskiej. Bowiem po jego obejrzeniu nasunęło mi się kilka spostrzeżeń, które doprowadziły do konkluzji, że owe obietnice mają z logiką tyle wspólnego, co wiara Piotra Szumlewicza w możliwość zniesienia ubóstwa drogą legislacyjną. Ktoś powie, że przecież to oczywiste. No właśnie nie oczywiste! W moim mniemaniu partię rządzącą powinno być stać na lepszą propagandówkę. Co takiego głupiego zatem nam zafundowała premierzyca Kopacz tym razem?

Polska zawsze była dla mnie najpiękniejsza na świecie – zaczyna lektor Kopacz. Nie wiem, czy to prawda, istnieje takie prawdopodobieństwo, w końcu polityka wyraźnie pro-niemiecka („ustawa 1066”, „miękki” opór przed niemieckimi żądaniami dot. uchodźców, mało stanowcze negocjacje dot. choćby pakietu klimatycznego czy spraw ukraińskich) nie musi być tożsama z prywatnymi upodobaniami, słuchamy więc dalej. Gdy patrzę jak się zmienia i rozwija – czuję dumę. W tle pokazane mosty, jakieś przedsiębiorstwa i kombajn w polu. No to ja bardzo przepraszam, pani Kopacz może się cieszyć z tego, ale jakim prawem zbija/traci (niepotrzebne skreślić) kapitał polityczny na takich rzeczach? Czy ten jeden kombajn albo to jedno przedsiębiorstwo są obrazem tego, jak to Polska jest wspaniała dzięki polityce rządu? Być może tak, ale zadajmy sobie teraz to pytanie w inny sposób: czy przypadek tego jednego kombajnu oraz tego jednego przedsiębiorstwa, które wzrosły dzięki poczynaniom rządu, mogą stanowić wzorcowy, stereotypowy przypadek sukcesu powstałego w wyniku tejże polityki? Czy aby na pewno działania rządu nie przyczyniły się do tego, że ów kombajn i owe przedsiębiorstwo pozostaną jako tylko nieliczne przykłady firm, które nie upadły wskutek podwyższania podatków oraz kolejnych regulacji rządowych? A może te firmy działają dzięki rządowym subsydiom? Czy to w takim razie sprawiedliwe, że jedne firmy mogły liczyć na państwowe subsydia, a inne nie? Czy w konsekwencji tego rynek może być elastyczny i dostosowany do popytu, skoro jedna podaż jest wspierana a inna nie?

Zastanawiam się, ile można tłumaczyć, że obiekty publiczne nie są miarą rozwoju państwa. Czy to, że gdzieś powstała jakaś nowa droga, wpłynie na to, ile przeciętny Kowalski może kupić bułek za swoją pensję? Czy to, że gdzieś powstał jakiś kolejny most, wpłynie na to, na utrzymanie ilu dzieci będzie stać przeciętnego Nowaka? Czy to, ile innych dóbr publicznych powstanie za pieniądze państwowe wpłynie realnie na podwyższenie warunków życia przeciętnego obywatela? Pani premierzyca wymienia: Drogi, mosty, „orliki”, silna gospodarka, 400 miliardów z Unii Europejskiej. Oczywiście nie neguję, że powyższe obiekty infrastruktury drogowej czy sportowej nie są potrzebne. Ale czy naprawdę wszystkie spośród nich, a szczególnie np. na siłę tworzone ronda w małych miejscowościach, za ogromne pieniądze, są potrzebne? Czy to nie jest czasem na zasadzie: zbudujmy tu rondo/drogę/most, niech wyborcy widzą, że coś ładnie wyglądającego powstaje. Zastanówmy się tylko, czy taka polityka - nazwijmy ją, „polityka widocznych efektów”, jest polityką pro-społeczną? No bo faktycznie – jest to rondo. Ale co mogłoby powstać, gdyby nie to rondo? Może byłyby pieniądze np. na remont jakiejś przychodni czy szpitala? Ale po co wydać pieniądze mądrze, skoro ów cel pozostanie niezauważony. Lepsze w propagandzie jest nowe rondo, bo jest nowe i ładne. Lepsze są nowe słupki pomiędzy pasami ruchu, które absolutnie nic nie dają, ale są lepsze, bo ładnie wyglądają. To, że powstały tylko w celach propagandowych i/lub wskutek nepotyzmu, można (a nawet – z punktu widzenia władzy – należy) sprzątnąć pod dywan. (Dla jasności – nie jestem przeciwnikiem wszystkich „luksusowych” inwestycji, np. orlików, ba, uważam nawet, że to posunięcie było akurat dobre, pytania tylko są dwa: czy jest jeszcze dużo podobnych i równie pożytecznych sukcesów tego rządu oraz czy fakt, że orliki są państwowe, a nie np. prywatne, jest na pewno korzystny – ale to zupełnie inny temat).

Obiekty publiczne nie są wyznacznikiem rozwoju, jest nim za to bogactwo obywateli. Ale nie bogactwo mierzone w cyfrach (na przykład pieniądzach z Unii, notabene zabranych nam przecież wcześniej w podatkach – chyba każdy się zgodzi, że pieniądze spaść z nieba nie mogły, czyż nie?), tylko bogactwo mierzone w ilości posiadanego kapitału. Ale kapitałem nie są tylko pieniądze. Jest nim każdy posiadany przez nas obiekt. Nawet tani długopis z kiosku – on też się składa na posiadany kapitał (głupcem byłby ktoś, kto ignorowałby długopisy z kiosku – wszakże czterocyfrowa liczba takich długopisów to już całkiem przyzwoite oszczędności).

Pani Kopacz mówi: czas wyjść na wyższy poziom, pensje Polaków muszą wzrosnąć. I dobrze pani mówi, z tym, że z ekonomii wiemy, że płace zachowują się identycznie jak ceny produktów, czy tego chcemy, czy nie. Czy w takim razie nie lepiej jest po prostu mniej zabierać w podatkach, niż wprowadzać płacę minimalną? Co komu z tego, że dostanie więcej banknotów, skoro kupi mniej bułek, bo ceny produktów wzrosną wskutek spadku produktywności przedsiębiorstw wytwarzających te bułki oraz zmniejszenia się konkurencyjności producentów bułek wskutek upadku małych, najmniej wydajnych, często lokalnych producentów (z powodu przymusu płacenia większej pensji)? Co komu z tego, że nawet, jeśli będzie fizycznie więcej zarabiał pieniędzy, to zwiększy się możliwość utraty przez niego zatrudnienia (bo wzrost bezrobocia i szarej strefy jest naturalną konsekwencją podwyższania płacy minimalnej na siłę, wbrew rynkowi)? Obawiam się, że wyścig szczurów w szarej strefie (która się zwiększy wskutek nieopłacalności płacenia podatków za pewnych pracowników przez ich pracodawców) się nie zmniejszy, ale rozszerzy, stanie się maksymalnie niezdrowy. I co z tego będzie miał przeciętny Kowalski i Nowak, prócz ujemnych zysków? Z pewnością więcej nerwów.

Polacy muszą więcej zarabiać. Tak, pani premierzyco, muszą. Ale wyższych płac nie wprowadzimy przysłowiową ustawą. A w każdym razie nie bez skutku. Każde posunięcie czymś poskutkuje. I to nie tylko teraz, ale przede wszystkim w przyszłości. A takie posunięcia poskutkują w ostatecznym rozrachunku tylko i wyłącznie relatywnym zubożeniem większości społeczeństwa, nawet jeśli część tego społeczeństwa zyska. W interesie Rzeczypospolitej Polskiej jest bowiem to, żeby wszystkich Jej obywateli było stać na jak najwięcej jak najlepszych dóbr, a nie, żeby zarabiali jak najwięcej papierków zwanych pieniędzmi, które posiadają tylko wartość umowną. Umowną – bo rynku, wbrew zapewnieniom legendarnych władców PRL, nie da się regulować legislacyjnie. W praktyce to rynek tworzy tą wartość umowną, a my powinniśmy po prostu ten fakt jak najlepiej wykorzystać. Niech nam tylko szanowny rząd nie przeszkadza.

 

Michał Osika - student muzykologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, uczeń Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. M. Karłowicza, członek stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej.

Medialny sługa

Myślałam, że już od tego odwykłam i to na mnie nie działa. Sądziłam również, że  w większości przypadków wiedza o jakimś wykroczeniu bądź kłamstwie powinna zaoszczędzić nam  będącego ich konsekwencją rozczarowania czy złości, za próby zaszufladkowania nas w naiwnych widzów, którym można wcisnąć każdą bajeczkę i  którzy jeszcze przyklasną na koniec w dowód uznania i wdzięczności za ciężką pracę. Przygotowanie każdego materiału i jego obróbka w sposób ukazujący jedyną, słuszną i najprawdziwszą prawdę oraz presja ze strony mocodawców, połączona z panicznym lękiem przed niedostatecznym ich zadowoleniem, z pewnością do łatwych bowiem nie należą. Ponownie przekonałam się jednak, jak bardzo się myliłam. A wszystko to dzięki jednemu przyciskowi, włączającemu cieszący się współcześnie największą popularnością odbiornik bajek. Telewizor.

 

Istnieje wiele różnych sposobów okłamywania społeczeństwa. Można czynić to za pomocą nauki, próbując przeforsować pod jej przykrywką własne poglądy i w ten sposób podnieść je do rangi powszechnie uznawanego autorytetu. Można organizować wiece i manifesty, wykrzykując z trybun podniosłe hasła i przyciągać charyzmatyczną osobowością. Można jednak uczynić to w inny, dużo łatwiejszy sposób. Sięgająca zaledwie kilkadziesiąt lat wstecz historia utrzymywania się ustroju komunistycznego pokazała, jak wielkie zasługi położyła na tym polu propaganda. A jak propaganda, to oczywiście media. Skąd ta przewaga? Istnieje co najmniej kilka oczywistych odpowiedzi, jak chociażby łatwość odbioru, ogólna dostępność, niewymagający wysiłku, wręcz wyłączający konieczność samodzielnego myślenia proces. No i rzecz najważniejsza – wolność słowa, wolne media, wolny przekaz. Coś pięknego.

 

Dziennikarstwo z definicji jest służbą prawdzie. Jak jednak widać w przełożeniu na polskie realia, zależy o jakiej prawdzie mowa i kto jest jej cenzorem. Jakkolwiek nie jestem zwolenniczką takich określeń jak „obiektywizm” czy „całkowita bezstronność”, jednak jeżeli coś takiego rzeczywiście istnieje, to właśnie to powinno charakteryzować kreatorów opinii publicznej. Tymczasem jest zdecydowanie przeciwnie, o ironio! Trudno bowiem określać niezależnym sługą prawdy dziennikarza, który cały czas antenowy, w godzinach największej oglądalności, przeznacza na przekazanie obywatelom materiału ukazującego - wymyślone zresztą czy przyśnione, tego już nie sposób rozstrzygnąć  – sukcesy ekipy rządzącej, mierzone ilością „fajek” postawionych przy zrealizowanych obietnicach. Na wszelkie afery, kłamstwa, ośmieszenia tak wewnątrz kraju, jak i na arenie międzynarodowej, podsumowujące miniony okres dobrobytu, lata mlekiem i miodem płynące, czasu już nie ma. Najważniejsze przecież w końcu, że dzieci nie będą grubaskami. Poza tym trzeba w końcu z czego wygospodarować to kilkanaście sekund dla prezydenta, obradującego gdzieś w NATO czy ONZ. Co za różnica.

 

Zadziwiająca aktualność przekazywanych informacji i szybkie ich zmiany, stosownie do zmieniającej się rzeczywistości, to kolejna zaleta współczesnych mediów głównego nurtu. Nie można zbyt długo prezentować tego samego stanowiska w palących kwestiach, by nie zanudzić odbiorców, dlatego trzeba jakoś urozmaicać przekaz. A jeśli przy okazji mija się to z konsekwencją głoszonych poglądów? Co tam, przecież nikt nie zauważy! Jeszcze nie tak dawno mogliśmy słuchać entuzjastycznych głosów, zachęcających do pomocy biednym, prześladowanym imigrantom oraz rozczulać się na obrazami bezbronnych, umierających dzieci przez nieczułość zimnych europejskich serc. Dziś natomiast widzimy już obraz zamykających granice Niemiec oraz rozprzestrzeniania się radykalizmów na kontynencie, jako konsekwencje niekontrolowanego napływu fali migracji. Jednak to nie nią trzeba się teraz martwić, a tym, że skrajnie prawicowe partie narodowe rosną w siłę, idąc w ślad Frontu Narodowego czy Jobbiku. Klęska żywiołowa! Idąc dalej tą narracją niedługo usłyszymy, że fala imigrantów to ich spisek, by w ten sposób zniszczyć biedną Unię Europejską. Rozumiem, że Berlin wydał rozkaz, ale mniej przewidywalności!

 

Z bólem serca piszę te słowa. A to dlatego, że zbyt idealistyczny obraz dziennikarza w sobie nosiłam. Dziennikarza, jako funkcjonariusza publicznego. Sługi społeczeństwa, który ma przekazywać mu prawdę i kształtować jego poglądy. W sposób możliwie jak najbardziej bezstronny. Nie natomiast sługi przełożonych, mających na celu manipulować odbiorcami, do tego stopnia, by ci tańczyli tak, jak zagrają decydenci. Bo życie to nie bajka, a dziennikarzowi do bajkopisarza daleko. W definicji. 

 

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorka Wzrastania, blogerka, historyczka z zamiłowania, rekonstruktorka, animatorka ŚDM 2016.

Samorozwój w życiu nacjonalisty

„Samorozwój”, „samodoskonalenie” – bardzo kontrowersyjne słowa. Wiele osób widzi w nich zarzewie egoizmu. Zwłaszcza jedno określenie związane ze wspomnianymi zjawiskami budzi wiele emocji. Chodzi mi mianowicie o słowo „samorealizacja” (oznacza ono trochę coś innego niż dwa wspomniane wcześniej słowa, ale o tym później). Jest ono pewnego rodzaju „kluczem” do rozpoczęcia szerokiej dyskusji. Dotyczy to właściwie wszystkich środowisk społeczno - politycznych. W niniejszym artykule postaram się skupić na wspomnianych pojęciach i ustosunkować się do ich znaczenia w kontekście światopoglądu nacjonalistycznego - narodowego, który reprezentuję.

Zacznijmy od kwestii podstawowej. Mam na myśli samo rozumienie wspomnianych pojęć. Pozwolę sobie na traktowanie słów: „samorozwój” i „samodoskonalenie” jako synonimów. W mojej nomenklaturze oznaczają one pracę nad samym sobą, gwarantującą podnoszenie swoich możliwości i kwalifikacji, skutkującą coraz wyższą wartością w kontekście poszczególnych sfer życia. Brzmi to bardzo zawile, natomiast w rzeczywistości jest wyjątkowo proste. Im lepszy jestem w danej czynności, tym moja osoba posiada większe możliwości w sferze, której owa czynność dotyczy. Dzięki temu ogólny poziom mojej osoby ulega podniesieniu.

Pamiętajmy, że sam Naród (celowo z dużej litery) to zbiór jednostek. Im dana jednostka jest lepiej rozwinięta, tym Naród, do którego przynależy, wkracza na wyższy poziom. Ja, jako obywatel Rzeczpospolitej Polskiej i członek Narodu Polskiego, jestem (w przybliżeniu) 1/38000000 Narodu Polskiego. Im ja będę lepiej rozwinięty, tym Naród będzie lepiej rozwinięty o poziom tej 1/38000000. Wydaje się to oczywiste. Na wysokich kwalifikacjach danej jednostki wchodzącej w jego skład zyskuje Naród.

Popatrzmy, że w statutach większości organizacji narodowych jest mowa o rozwoju: duchowym, intelektualnym i fizycznym. Nie przez przypadek. My wszyscy, Polacy, jesteśmy częściami Narodu Polskiego. Poziom każdego z nas (każdego Polaka), jest składową poziomu Polaków (jako narodu).

Aby samorozwój przynosił odpowiednie efekty, należy starać się zaszczepić pragnienie do samodoskonalenia w umysłach ludzi od wczesnego dzieciństwa. Dlatego (o czym już pisałem w poprzednich tekstach) ważne jest, by szkoła wzmagała w uczniach kreatywność, ponieważ kreatywność motywuje do samorozwoju. Dzięki kreatywności człowiek dostrzega kolejne możliwości, które przed nim się „otwierają”. Powinno to dotyczyć wszystkich sfer życia: duchowej, intelektualnej i fizycznej. Nie powinno się zaniedbywać żadnej z nich, ponieważ wszystkie trzy są bardzo ważne i skutkują rozszerzeniem horyzontów zarówno w życiu wspólnotowym, jak i w osobistym.

Obiecałem, że powrócę w tym tekście do pojęcia samorealizacji. Czym jest ona w istocie? W mojej opinii samorealizacja to po prostu rozwój osobisty, z którego czerpiemy wewnętrzną satysfakcję. Może to dotyczyć relacji międzyludzkich (tak ważnych dla narodu), sfery zawodowej, sportu, zajęć intelektualnych oraz szeroko pojętych kwestii duchowych. Zauważmy jednak, że nawet najwięksi wrogowie „samorealizacji” w istocie sami się samorealizują. Ciężko znaleźć czynność lub zajęcie, w którym będziemy dobrzy, w którym będziemy chcieli się rozwijać, a które nie będzie sprawiało nam osobistej satysfakcji. W mojej opinii osobista satysfakcja jest czymś jak najbardziej pożądanym i przy odpowiedniej formacji nie powinna skutkować zwykłym egoizmem (który bez wątpienia jest zjawiskiem godnym potępienia). Osobista satysfakcja jeszcze bardziej motywuje do zajmowania się czymś co wpływa pozytywnie na całą społeczność, dlatego według mnie jest tak pożądana. Popatrzymy, że Pismo Święte każe nam rozwijać talenty, co jest w dużej mierze równoznaczne z samorealizacją, musi ona jednak być dobrze ukierunkowana.

Jestem zdania, że każdy człowiek powinien dbać o „samorozwój” i „samodoskonalenie”, a także  „samorealizować” się (w tym znaczeniu o którym napisałem), a dzięki temu (na skutek rozwoju własnej osoby) przyczyniać się do wzrostu Narodu. Dlatego jestem zdania, że nacjonalista powinien do pojęć, którymi rozpocząłem mój artykuł, przywiązywać dużą wagę, a dzięki temu wpływać pozytywnie na ogólny poziom swojego Narodu.

 

Mateusz Pławski – wiceprezes warszawskiej struktury Młodzieży Wszechpolskiej, prezes MW Warszawa-Południe, członek partii Ruch Narodowy.

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy