Dziś jest czwartek, 17 sierpnia 2017 roku. Imieniny : Anity, Elizy, Mirona

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Polityka

Unijne szlachtowanie polskiej energetyki i polskiego górnictwa

W cieniu wywołanych przez lenno-poddańcze wobec Brukseli decyzje naszego (nie)rządu dzięki, którym pogrzebana została kolejna szansa na postawienie Polski w pozycji lidera państw naszej części UE Bruksela wsadziła kolejna bombę z opóźnionym zapłonem dla naszej gospodarki.

Oto po cichutku, z ukrycia ministrowie środowiska przyjęli reformę systemu handlu emisjami CO2 (ETS) która zamraża 900 mln uprawnień zdejmowanych z rynku w tzw. procesie backloadingu co w konsekwencji oznacza większe koszty dla przemysłu energochłonnego. Wyższe ceny certyfikatów mogą spowodować pogorszenie pozycji konkurencyjnej naszego przemysłu, a w skrajnym przypadku jego przenoszenie poza UE. Jaki to będzie miało wpływ na kondycje całego polskiego przemysłu nie trudno się domyśleć. Jakoś w tej kwestii państwa tzw. starej Unii nie specjalnie przejmują się solidarnym rozłożenia kosztów  przyspieszenia wprowadzenia w życie MSR . Przy tym nie ma dla nich znaczenia, ze w ten sposób łamią własne ustalenia dotyczące polityki klimatycznej na tę dekadę.

Po raz kolejny obłuda i hipokryzja brukselskich urzędników pokazuje się w pełnej krasie ukazując, ze nie zawahają się oni przed żadnym świństwem aby przerzucić koszty własnej niefrasobliwości we wprowadzaniu w życie absurdalnych pomysłów lobby ekologicznego na swoich słabszych partnerów.

Dr Bartosz Józwiak - Prezes UPR, lider listy sejmowej KWW „Kukiz’15” w okręgu 37 (powiaty: koniński, kolski, turecki, gnieźnieński, wrzesiński, słupecki, średzki i śremski)

Strategia „wielokulturowości” Mazowsza

8 września  Sejmik Województwa Mazowieckiego głosami radnych PO i PSL przyjął „Strategię Rozwoju Kultury Mazowsza 2015-2020”. Przeciw byli radni Prawa i Sprawiedliwości i Prawicy Rzeczypospolitej.

Strategia  została opracowana  na zlecenie Zarządu ( w grudniu 2012 roku) przez Fundację Nowej Kultury Bęc Zmiana. Strategia ma charakter ideologiczny, w duchu założeń „nowej lewicy”. Nie wiadomo jakie środki z budżetu województwa mazowieckiego zostaną przeznaczone na realizację tego programu. Na początku tego roku, na posiedzeniu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, urzędnicy podawali kwotę 7 milionów złotych.

W celu strategicznym  „Nowoczesna wspólnota” autorzy Strategii piszą, że wyczerpała się idea wspólnoty opartej na jednolitości kulturowej: „Dziś zamiast tradycyjnej „wspólnoty ludzi jednakich” potrzebne jest budowanie nowoczesnej wspólnoty: nieskończenie zróżnicowanej kulturowo i spojonej poczuciem dobra wspólnego ponad tym zróżnicowaniem ”. Cel tego programu to „wspieranie projektów przepracowujących pojęcie wspólnoty”.

Takie ujęcie eliminuje z możliwości skutecznej aplikacji o środki finansowe na realizację programu te organizacje pozarządowe, które w corocznym konkursie zgłoszą projekty edukacyjno-kulturowe nie uwzględniające „przepracowania” pojęcia wspólnoty. Termin „wspólnota ludzi jednakich” sformułował, w opozycji do pojęcia wspólnoty narodowej,  Zygmunt Freud,  guru „nowej lewicy”.

Celem innego  celu strategicznego „nasze tożsamości” ma być promowanie wzajemnego poznawania się grup odmiennych kulturowo. Adresatem są „grupy społeczne, co do których można mieć uzasadnione przypuszczenie, że kultywują stereotyp na temat grupy, jaka zamierza się zaprezentować”.

Zasadniczym wyrazem Strategii jest „przepracowanie pojęcia wspólnoty” i „przełamywanie wzajemnych stereotypów”. Tym samym zapisy Strategii wykluczają z możliwości uzyskania finansów przez  organizacje pozarządowe, które realizują tradycyjne zasady kulturowe oparte na poszanowaniu polskiej tożsamości narodowej.

Odrębnym zagadnieniem jest wdrażanie i zarządzanie realizacją Strategii. Kluczową rolę pełni w tym procesie Koordynator do spraw Strategii Rozwoju Kultury, który ma wspomagać Zarząd Województwa.  Koordynator, zapewne osoba wskazana przez Fundację, ma działać w strukturze właściwego departamentu i realizować swoje zadania za pomocą wyznaczonej do tego  komórki organizacyjnej. Niezależnie Koordynator może wnioskować o powołanie innych struktur („grup tematycznych, grup roboczych, ciał konsultacyjnych, stałych zespołów” itp.) z uwzględnieniem zgłoszonych przez niego propozycji osobowych. Koordynator ma uszczegóławiać programy zawarte w Strategii oraz opracowywać inne programy realizujące przyjęte priorytety. W razie potrzeby programy te będą poddawane konsultacjom eksperckim.

Prezesem Fundacji Nowa Kultura Bęc Zmiana  jest Bogna Świątkowska, przewodnicząca Społecznej Rady Kultury przy Prezydencie m. st. Warszawy H. Gronkiewicz-Waltz. W skład zarządu wchodzi również Edward Krzemień (mąż Bogny Świątkowskiej) , od 1989 roku dziennikarz Gazety Wyborczej, obecnie szef jej portalu internetowego. W Radzie Fundacji zasiada Jakub („Kuba”) Wojewódzki.

Przyjęta przez PO i PSL Strategia „wielokulturowości” na Mazowszu to przykład  „marszu przez instytucje” realizowanego w ostatnich dziesięcioleciach przez „nową lewicę” w krajach zachodniej Europy. Proces ten  doprowadził do eliminacji z publicznego obszaru kulturowego  opinii narodowej i katolickiej.

Przyjęta Strategia Rozwoju Kultury Mazowsza 2015-2020 sprzeczna jest z ustawą o samorządzie województwa z 1998 roku, która określa (art.11), że strategia rozwoju województwa powinna uwzględniać w szczególności „pielęgnowanie polskości oraz rozwój i kształtowanie świadomości narodowej, obywatelskiej i kulturowej mieszkańców”.

dr Krzysztof Kawęcki - Wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej, radny Sejmiku Mazowieckiego

 

Pomoc za wszelką cenę?

Rozważania dotyczące sprawy imigrantów podejmują już chyba wszystkie większe brukowce i portale internetowe. Jest to przykład odwiecznej walki stron prawicowych i lewicowych, która kończy się wygraną ekipy rządzącej - centrolewicy. Pomimo starań opozycji, dalej rozkazy UE, nawet te najbardziej nas krzywdzące, będą świętością w oczach obecnych rządzących. Co na to polskie społeczeństwo?

Idąc przez krakowski rynek coraz częściej widzę młodych i starszych w patriotycznych koszulkach. Prawica wbiła się nie tylko w mentalność ale i podbija ogólnopolskie trendy, a samo noszenie symboli narodowych napawa dumą. Ideologia lewicowa, która przeszyła kraje zachodnie, zaczyna kłóć w płuca, a flegma skutków coraz trudniejsza do wykrztuszenia. Polacy opowiadają się przeciw przyjmowaniu imigrantów ekonomicznych z wielu powodów.

 

Jednakże czy pomoc uciekającym od wojny nie jest czymś dobrym? Pewnie wielu odpowiedziałoby twierdząco, ze mną włącznie. Nieraz pracując w wolontariacie przekonałem się o mocy pomocy potrzebującym, dlatego może na początku mógłbym wspomóc akcje Caritas czy Czerwonego Krzyża dla uchodźców, na szczęście nie zdążyłem tego uczynić. Jeśli człowiek poświęca swoje dobro dla innych a w zamian słyszy, że owa pomoc została wyrzucona do śmieci albo wylana na ziemie ze względu na etykietę, czy znaki charakteryzujące inną religie czy kulturę, to co jako zwykły człowiek mam o tym myśleć? Choćby to, że taki człowiek będzie stawiał prawo religijne nad moralnym! (choć może bardziej trafnym stwierdzeniem będzie postawienie znaku tu równości). Dając przykład: to co się dzieje w krajach muzułmańskich jest równocześnie problemem kulturowym, jak i religijnym. Europejczyk wychowany na wartościach chrześcijańskich, będących najlepszą opcją dla ateistów, ze względu na możliwość wyboru wiary, gdzie w islamie tego wyboru nie ma, będzie narażony na konflikty, które mogą zdestabilizować nasz ład społeczny. Zwłaszcza Polacy posiadający zakorzenione poczucie niezależności, wolności i chrześcijańskiej wartości nie pozwolą, aby pojawiło się zagrożenie kolejnego zaborcy. Do negatywnego nastawienia również zaliczamy odgórne nakazy Unii Europejskiej, która każdego dnia zyskuje coraz więcej sceptyków.

 

Często piszę o Polakach, jakby każdy z nich dzielił moje zdanie. Tak niestety nie jest. Żyjemy w czasach, gdzie większość obcokrajowców ma lepsze zdanie o Polsce niż sami nasi rodacy. Wielu młodych jest zafascynowanych kulturą zachodnioeuropejską czy amerykańską. Przejawia się ta ciekawość w zespołach muzycznych czy w innych artystach, którzy w obecnym czasie manifestują swoją odrębność i promują formy życia wielokulturowego. Czasem można się spotkać ze stwierdzeniami, iż sami turyści mówią o polskim społeczeństwu jako „nudnym”, ponieważ u nich jest mieszanka ludzi z różnych zakątków świata, co daje pewną różnorodność. Osobiście do turystów czy obcokrajowców nic kompletnie nie mam. Niech turyści zwiedzają nasze dobra narodowe, a obcokrajowcy szukają miejsc pracy i odprowadzają jak każdy inny podatki. Przyjmowanie kogokolwiek na zasadzie imigracji ekonomicznej jest potwornie obciążające nasz ledwo zipiący budżet. Nie mówiąc już o problemach rodowitych Polaków, mających trudności z utrzymaniem rodziny, a kilku tysięcznym utrzymaniem ludzi szukających zasiłku. Dodając do tego polskie rodziny, które - tak jak uchodźcy - uciekali kiedyś przed zbrodniczym reżimem i wojną, nie dostają wystarczającej pomocy ze strony naszego rządu. Solidarność Europejska lecz dla innych. Nie dla nas. Czy będzie się to zmieniać? Według Rafała Trzaskowskiego, sekretarza stanu ds. europejskich i jednego z liderów PO, przyjęcie dwóch tysięcy Polaków z powrotem do Polski w przeciągu 25 lat jest dużą liczbą i wymagało to wielkiego wysiłku. Za to przyjęcie koło 10 tysięcy muzułmańskich imigrantów ekonomicznych w przeciągu dwóch lat jest już zwykłą formą odpowiedzialności i solidarności z Europą.

 

Paweł Zalewski - student administracji na Uniwersytecie Jagiellońskim, członek Ruchu Narodowego

Ośrodki dla imigrantów

Pani premier Ewa Kopacz zadeklarowała przyjęcie imigrantów. Oczywiście w liczbie "symbolicznej", bo co to jest kilkanaście tysięcy na początek, przymusowo przydzielone Polsce przez Unię Europejską. A fala imigrantów dopiero się rozkręca i napiera coraz szerszym strumieniem, a otwarta raz śluza ich napływu pod dyktando kanclerz Merkel i Martina Schulza będzie płynęła coraz szerzej. Jasne jest że, nie wystarczą dotychczasowe ośrodki przyjmujące uchodźców. Trzeba budować ich coraz więcej.

Do tej pory były one przeważnie skoncentrowane w Polsce wschodniej i centralnej. Ale wiadomo, że w tych regionach przeważa ludność o przekonaniach prawicowych, czyli jakby to ujęła Gazeta Wyborcza "ksenofobicznych', zdecydowanie niechętna "ubogaceniu" kulturowemu jaki niesie Islam. Te regiony nie zapewnią przybywającym imigrantom "życzliwości, otwartości i przyjaźni" charakterystycznej dla liberalno-lewicowego elektoratu. Dlatego przybywający muzułmanie nie powinni być osadzani w rejonach, które nie gwarantują im entuzjastycznego przyjęcia. Wprost przeciwnie, powinni być osadzeni w regionach, które akceptują politykę rządu Ewy Kopacz podporządkowania się unijnym dyspozycjom w sprawie otwarcia na muzułmańską imigrację.

Nowe ośrodki dla muzułmanów powinny być budowane, tam gdzie polityka obecnego rządu cieszy się największym poparciem. Proponuję wybrać te gminy, w których PO, w nadchodzących wyborach otrzyma największe poparcie. To z jednej strony najbardziej racjonalne rozwiązanie - imigranci tam spotkają się z największą życzliwością, z drugiej zaś strony- jest to rozwiązanie najbardziej sprawiedliwe. Bo jeżeli popiera się politykę PO, to należy także ponosić jej konsekwencje, czego wszystkim wyborcom Platformy Obywatelskiej serdecznie życzę. 

 

Marian Piłkahistoryk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej

 

Męczące święto demokracji

Mówi się, że wybory to święto demokracji. Zaiste, mają one w sobie coś ze święta - określony ściśle czas, ustalony ceremoniał, a także celebransów - polityków wzywających wyznawców-wyborców do wzięcia udziału w obrzędach. Do tego wybory budzą emocje, których następstwem bywa chwilowy rozwód ze zdrowym rozsądkiem i tak jak przed świętami ludzie wpadają w irracjonalny szał zbędnych zakupów, tak przy okazji wyborów część z nich wpada w swoisty amoku, który z czasem ustąpi kolejnemu rozczarowaniu. Co więcej, tak jak bardziej absorbujące od samych świąt są przygotowania do nich, tak bardziej wciągającą zdaje się być kampania wyborcza niż sam akt głosowania. I podobnie jak to z okresem przedświątecznym bywa, już sam okres kampanii wyborczej wystarczy, żeby mieć tego wszystkiego serdecznie dosyć.

Dotychczasowa kampania wyborcza - przyznajmy, że emocjonująca - upływa bowiem przede wszystkim w atmosferze absurdu, populizmu i ludzkich upadków. Zaczynając od tego ostatniego (personalia podobno zawsze są najciekawsze), transfery z partii do partii w tym sezonie wprawiły w osłupienie nawet doświadczonych obserwatorów sceny politycznej. Ludwik Dorn oraz Grzegorz Napieralski, czyli "trzeci bliźniak" i nadzieja polskiej lewicy na listach PO to żywe dowody, że coś takiego jak poczucie wstydu jest obecnej klasie politycznej zupełnie obce. Patrzy człowiek na tego typu wolty i naprawdę zastanawia się, o co tutaj chodzi. Czy naprawdę szansa zdobycia mandatu na jeszcze jedną kadencję jest warta tego, żeby poświęcić swoją polityczną przeszłość i przyszłość wskakując na pokład tonącej Platformy, na którą zresztą wcześniej się tak ochoczo pluło? Czy perspektywa zajęcia się czymś, co powszechnie nazywa się uczciwą pracą jest na tyle przerażająca, że trzeba iść na każdy układ tylko po to, żeby zachować swoje miejsce w wygodnych parlamentarnych ławach? Ach, szkoda to w ogóle komentować, ale kiedy porównam sobie zachowanie tej pary zawodowych polityków z działalnością ludzi, którzy angażują się na płaszczyźnie społeczno-politycznej nie mając z tego żadnych profitów, poświęcając swój czas i pieniądze dla idei, które uznają za słuszne, to naprawdę zbiera mnie na wymioty.

No, ale to nie jest aktualnie najistotniejsze. Najważniejszym jest teraz stanowisko polskich władz w kwestii imigrantów, których kolejne fale zalewają Europę. Na ten temat wiele zostało już powiedziane i napisane. Przede wszystkim, problem tylko pośrednio dotyczy Polski, bo to nie do nas kieruje się rzeka przybyszów, ale do bogatych krajów Zachodu. Poza tym, w przeciwieństwie do tegoż Zachodu, nasz kraj nie ma moralnego obowiązku przyjmowania muzułmańskich imigrantów, bo to nie my zdestabilizowaliśmy sytuację w krajach pochodzenia tych ludzi i to nie nas obciąża wstydliwe kolonialne dziedzictwo. Nie jest też naszym obowiązkiem wspomaganie Niemiec, których nieodpowiedzialna (albo perfidna, jeszcze zobaczymy) polityka stała się katalizatorem masowej wędrówki muzułmanów do i przez Europę. Politycznie, po tym jak dano Polsce do zrozumienia, że nie jest pożądanym partnerem przy stole rokowań dotyczących konfliktu ukraińskiego oraz po podpisaniu umów dotyczących budowy gazociągu Nord Stream 2, nie mamy także interesu w tym, aby pozować na lidera europejskiej solidarności. A ostatecznie, choćbyśmy nawet jako kraj chcieli, to zwyczajnie nie mamy finansowych i organizacyjnych możliwości, żeby jakąkolwiek znaczącą liczbę imigrantów przyjąć. O problemach, które przy okazji możemy sobie zafundować, lepiej nawet nie wspominać.

Tymczasem obserwując zmasowaną pro- imigracyjną propagandę w zaprzyjaźnionych z rządem mediach nie można było mieć żadnych wątpliwości co do tego, że rząd intensywnie przygotowuje opinię publiczną na to, że Polska zgodzi się przyjąć imigrantów w liczbie narzuconej przez Brukselę. Obstawiam, że tylko świadomość, iż poddanie się w tej sprawie dyktatowi Niemiec byłoby dla Platformy politycznym samobójstwem zapobiegło scenariuszowi, który jako pewnik zdążyła opisać niemiecka prasa . W tym wypadku kampania wyborcza zadziała akurat na korzyść społeczeństwa powstrzymując rządzących przed podejmowaniem szkodliwych dla Polski decyzji. Zyskaliśmy cenny czas, w którym zdecydowany głos sprzeciwu wybrzmiał ze strony Pragi, Budapesztu i Bratysławy, a Angela Merkel porzucić przesyconą humanitaryzmem frazeologię i z dnia na dzień zamknąć granicę swojego kraju. Wszystko to sprawiło, że rząd Ewy Kopacz nie tyle mógł, co wręcz musiał zająć sztywne stanowisko co do propozycji automatycznego i przymusowego rozdziału imigrantów między kraje UE, co naturalnie niczego jeszcze nie przesądza.

Tym bardziej zastanawiające jest to, że idący po władzę PiS nie próbował uderzyć w Platformę Obywatelską od tej strony. Teoretycznie pojawiła się znakomita szansa dla opozycji, by szermując niezwykle popularnymi społecznie hasłami mocno przyprzeć rząd Ewy Kopacz do muru. Dlaczego PiS tego nie zrobił? Podejrzewam, że powody są dwa. Po pierwsze, w istocie obie partie się w tym względzie specjalnie się od siebie nie różnią, a po drugie, szykujące się do przejęcia władzy Prawo i Sprawiedliwość postawione przed konkretnym, palącym problemem nie ma na jego rozwiązanie żadnych dobrych pomysłów. Zamiast więc spierać się o niewygodny dla obu stron temat imigrantów, obie partie poszły w stronę festiwalu obietnic bez pokrycia, dystansując przy tym nawet lewicę, która ze swoją propozycją pensji minimalnej na poziomie 2,5 tys. złotych wypadła na ich tle wyjątkowo blado. Słuchając Beaty Szydło, która na sobotniej konwencji zabójczymi dla budżetu państwa obietnicami sypała jak z rękawa, lakonicznie i niejasno wskazując przy tym rzekome źródła finansowania tego rozdawnictwa, naprawdę byłem załamany. Nawet nie tym, że budżet tego nie wytrzyma, bo nie wierzę w realizację tych obietnic, ale tym, że jeżeli takie zapowiedzi padają, to duża część społeczeństwa zapewne w nie też wierzy. Partia, która najprawdopodobniej wygra wybory operuje przekazem ekonomicznym na takim poziomie, że jak dla mnie, nawet goszcząca na scenie Emilka z II B (jeśli przestała wierzyć w św. Mikołaja) musiała się połapać, że to wszystko ściema. I kiedy już myślałem, że poprzeczka populizmu została ustawiona tego dnia wystarczająco wysoko, premier Ewa Kopacz przeskoczyła ją jednym susem mówiąc o likwidacji składek na ZUS i NFZ. Dopiero potem wyjaśniono, że premier nie powiedziała tego, co powiedziała, a przynajmniej nie o to chodziło i jej wypowiedź została nieopatrznie zrozumiana. Okazało się, że pomysł PO prowadziłby do zwiększenia obciążeń dla części społeczeństwa, a tak w ogóle, choć interesujący, dałoby się go wprowadzić najwcześniej za dwa lata, a zatem patrząc na obecną sytuację polityczną rządu temat należy uznać za niebyły.

Jak widać po podsumowaniu ostatnich dni kampanii, gorączka przedwyborcza trwa, a że do wyborów jeszcze kilka tygodni wszystko wskazuje, że temperatura jeszcze wzrośnie. I jakkolwiek by nas ten spektakl momentami nie odstręczał, zniesmaczał, irytował… i tak będziemy śledzić go z zapartym tchem. Byle nie zwariować.

 

Rafał Bąk- absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, pasjonat historii Polski ze szczególnym uwzględnieniem okresu II Rzeczpospolitej. Współpracownik fundacji Centrum im. Władysława Grabskiego.

 

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy