Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Polityka

Okręgowy zawrót głowy

W niedzielę 6 września odpowiemy na pytania referendalne. Co do tego, że referendum to było zabiegiem kampanijnym prezydenta Komorowskiego, mało kto ma wątpliwości. Stąd wiele głosów nawołujących do bojkotu kosztującego ok. 100 mln zł plebiscytu. Warto jednak pochylić się na chwilę nad poruszanymi w nich kwestiami, szczególnie ordynacja wyborczą.

Oczywista oczywistość

Ostatnie pytanie referendum, dotyczące rozstrzygania wątpliwości podatkowych na korzyść podatnika, to cytując klasyka „oczywista oczywistość”. Ciężko znaleźć kogoś o zdrowych zmysłach, kto by wolał , by wątpliwości podatkowe wobec jego osoby były rozstrzygane na korzyść państwa. In dubio pro reo, czyli w razie wątpliwości na korzyść oskarżonego, to podstawowa zasada prawa na całym świecie, wywodząca się jeszcze z czasów rzymskich. Na dodatek, ustawę, mówiącą o stosowaniu tej zasady w sprawach podatkowych przyjął już sejm (przy sprzeciwie rządu i PO), więc pytanie jest bezprzedmiotowe.

Pytanie nr 2 jest wysoce nieprecyzyjne. Likwidacja budżetowego finansowania partii jest niezwykle atrakcyjna. Mało kto chce, by z jego podatków politycy, szczególnie partii których nie lubi, mieli darmowe przejazdy, wykwintne posiłki czy wydawali miliony na kampanie. Jednak pytanie jest nieprecyzyjne, bowiem nie ma mowy o tym, czy partie mają finansować się same, czy przez obywateli w inny sposób. Najsensowniejszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie możliwości odpisu podatku na rzecz wybranej partii, przez co wyborcy finansowaliby świadomie tych, których popierają. Zapobiegłoby to jednocześnie oligarchii, gdzie partie finansowane przez najbogatszych realizowałyby już tylko i wyłącznie ich interesy. Pytanie referendalne jednak może prowadzić zarówno do sytemu z odpisem, jak do całkowitego zakończenie finansowania publicznego.

Paradoks JOWów

Najważniejsze wydaje się jednak pytanie nr 1, o jednomandatowe okręgi wyborcze. Jest też nieprecyzyjne, bo na jego podstawie można wprowadzić zarówno tylko okręgi jednomandatowe jak i system mieszany, gdzie część posłów wybierana jest w okręgach jednomandatowych a część w systemie proporcjonalnym. Wtedy głosuje się np jak w Niemczech na listę i na kandydata, co ma zapobiegać monopolowi wielkich partii, do czego prowadzi de facto system JOW. Jest to paradoksem, gdyż Paweł Kukiz i inni zwolennicy JOW chcą właśnie walczyć z partyjniactwem. Ruch na rzecz JOW-ów postuluje, by kandydować mógł każdy, biorący 15 podpisów i po zapłaceniu kaucji, zwracanej przy wyborze. Teoretycznie więc kończy się wtedy monopol partyjny, gdzie to liderzy partyjni decydują, kto ma tzw. miejsce biorące. Tu jednak dochodzimy do sedna sprawy. Dlaczego miejsce pierwsze na liście przekraczającej próg wyborczy najczęściej gwarantuje dostanie się do sejmu? Czy tam są osoby uczciwsze, bardziej kompetentne? Praktyka pokazuje, że rzadko. Są to najczęściej osoby o znanych nazwiskach. Wyborcy nie podejmują trudu sprawdzenia, czy być może kandydaci z dalszych miejsc, nie są bardziej kompetentni, uczciwsi etc. Czy będą wobec tego zadawać sobie trud, by w okręgach jednomandatowych śledzić, czy bardziej godny wyboru jest lokalny działacz, czy przysłana z Warszawy „gwiazda”? Odpowiedź wydaje się oczywista, gdy zobaczymy, jak działają systemy JOW w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Ten ostatni przykład,, wytykany Pawłowi Kukizowi przez Janusza Korwin-Mikkego podczas debaty prezydenckiej jest szczególnie dobitny. Występuje tam system dwupartyjny. Partia Niepodległości Nigella Farage’a, nastawiona antyunijnie, ciesząca się sporym poparciem, lecz wyłamująca się z tego modelu, zdobyła natomiast 1 mandat. Mówimy przy tym o społeczeństwie brytyjskim, gdzie system demokratyczny jest o wiele bardziej utrwalony niż w Polsce i istnieje większa świadomość obywatelska. Mimo to nie przebijają się tam kandydaci niezależni, a małe partie są eliminowane ze sceny politycznej. Tym bardziej może mieć miejsce to w Polsce, gdzie poparcie dla PO i PIS dzieli Polskę na wschód, gdzie niemal w każdych wyborach z ostatnich lat wygrywa partia Jarosława Kaczyńskiego i zachód, popierający PO. O wyniku wyborów decydowałoby kilka okręgów, gdzie poparcie dla głównych partii się zmienia, podobnie jak to ma miejsce w USA (tzw. swing states). Jednomandatowe okręgi obowiązują w Polsce w wyborach do senatu gdzie od lat mamy bezwzględną dominację zwycięskiej partii. Zwolennicy ordynacji większościowej zwracają jednak uwagę, że kandydaci niezależni muszą uzbierać ogromną liczbę podpisów na swój komitet, co często uniemożliwia im sam start.

De facto wybieramy więc między dżumą a cholerą. Sam system okręgów jednomandatowych, teoretycznie ma dawać wyborcom większą możliwość kontroli swoich przedstawicieli i pozwolić wybierać osoby, które coś sobą reprezentują, a nie są partyjnymi zsyłkami. W rzeczywistości partyjnym władzom jeszcze łatwiej będzie decydować, kto startuje w okręgi jednomandatowym. Przy tak wielkim sugerowaniu się przez wyborców, nie tylko polskich, barwami partyjnymi, partie zyskają jeszcze większą władzę i jeszcze bardziej umocnią swoje pozycje.

 

Czy wobec tego nie ma alternatywy między obecną ordynacją proporcjonalną, przy metodzie liczenia głosów d’Honta i tak premiującej duże partie, a w praktyce betonującą scenę polityczną jeszcze bardziej ordynacja większościową? Mówi się o ordynacji mieszanej na wzór niemiecki. Jednak i tam do władzy dochodzą jedynie socjaliści, lub „chadeckie” CDU. Różnica z Wielką Brytanią polega jedynie na tym, że czasem trzeba im dokooptować jeszcze koalicjanta, również ze stałej listy.

Jedyna szansa

Prawdziwą szansą na odpartyjnienie systemu są za to okręgi wielomandatowe. Tylko taka ordynacja bierze pod uwagę skłonność ludzi do głosowania na wielkie partie, a jednocześnie nie zabija szans choćby kandydatów bezpartyjnych. Nie jest też zbytnio skomplikowana. Tymczasem Paweł Kukiz stawia na JOW ze względu na prostotę, a osobiście preferuje naprawdę skomplikowany system australijski. O okręgach wielomandatowych nie ma mowy. Tymczasem sprawa jest prosta. Z każdego okręgu można wybierać kilku kandydatów. Ordynacja taka przed laty obowiązywała w wyborach do senatu. Jednak wciąż była zarówno bariera podpisów, które musieli zdobyć kandydaci, jak i niedoinformowanie wyborców, przyzwyczajonych do głosowania na 1 osobę. Niemniej jednak łatwiej doinformować wyborców, że mogą zagłosować na kilku kandydatów, niż przekonać ich, by nie kierowali się przy wyborze kluczem partyjnym. Przy obecnej polaryzacji społeczeństwa, i kształtującym się u nas od 10 lat system de facto dwupartyjnym, gdyż od 2005 r. nie wygrała wyborów partia inna niż PO lub PiS, tylko taka ordynacja może dać szansę osobom, nie uwikłanym w partyjne rozgrywki. Przeciętny wyborca dajmy na to PiS, oprócz kandydata partii (jak pokazują wybory samorządowe w okręgach jednomandatowych, partie stawiają na jednego kandydata, gdyż rozbicie głosów przekreśla szanse całkowicie), może zagłosować też na zasłużonego działacza społecznego. Do parlamentu mogą dostać się obydwaj. W JOWach w zdecydowanej większości dostanie się jedynie kandydat największej partii.

Dlaczego ordynacja, która rzeczywiście może choć nadwyrężyć pozycję głównych partii, nie jest wcale brana pod uwagę przez antysytemowców i krytyków partyjniactwa? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Natomiast pytanie z referendum w rzeczywistości to wybór między władzą partii a jeszcze większą, oligarchiczną władzą największych partii. Z pozorem odpartyjnienia, które JOWy mogłyby przynieść jedynie, gdyby nasze społeczeństwo w świadomości obywatelskiej przeskoczyło Brytyjczyków i Amerykanów.

 

Damian Zakrzewski- absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej, retoryki stosowanej i historii KUL, doktorant w Instytucie Historii KUL, członek redakcji portali parezja.pl i mysl24.pl

 

Sprzedane Westerplatte

Zastanawiałam się ostatnio, co by się stało, gdyby od nowa napisać historię. Gdyby z odpowiednim dystansem spojrzeć na pewne wydarzenia i cofając się o kilkadziesiąt lat znaleźć się na miejscu tych ludzi, którzy stanęli w obliczu najważniejszego być może w swoim życiu zadania – podjęcia decyzji, od której zależeć będą losy nie tylko własnych rodzin, ale i kolejnych pokoleń. Którzy stanęli przed dylematem wyboru partykularnych interesów i małostokowych ambicji a poświęcenia ich dla dobra ogółu tworzącego społeczność narodu. Gdyby wreszcie to nam – Polakom XXI wieku, przyszło żyć w czasach wojny, a naszym obecnym władzom kazano wcielić się w rolę ówczesnego, z takim zamiłowaniem krytykowanego przez współczesnych specjalistów od wszystkiego dowództwa. Wówczas przemyślanie te zastąpiła inna, gorzka refleksja – jakim językiem byśmy się dzisiaj porozumiewali i pod czyimi sztandarami walczyli.

 

Dokładnie 76 lat temu spokojne życie wielu polskich rodzin, beztroskie dni dzieciństwa najmłodszych Polaków przygotowujących się na nowy rok szkolny, pełne nadziei i entuzjazmu marzenia młodzieży, odważnie i  z pasją spoglądającej w przyszłość – zniszczyła bezpowrotnie bezprawna agresja niemieckiego najeźdźcy na polskie granice. W jednej chwili to, co dla wielu było sensem życia i powodem, dla którego co dnia budzili się rano i pełni nadziei podejmowali codzienne zmagania, legło przywalone gruzami zbombardowanych na Westerplatte koszar. Pomimo tego – oszukani przez okrutny dla nich los oraz przywódców świata, którzy pamiętni tragicznej w skutkach I wojny obiecywali nie dopuścić do równie bezsensownego przelewu krwi – mężnie stanęli na wysokości zadania. Gotowi poświęcić własne życie i wszystko, co najcenniejsze, zeszli do koszar, by pod rozkazami dowódców walczyć o swoje. O Ojczyznę. Rozpaczliwie. Do ostatniej kropli krwi. Czy nie było innego wyjścia? Dla nich nie. A według nas...?

 

Chyba każdy z nas słyszał o stereotypie Polaków na co dzień oddanych zajadliwym kłótniom i podziałom, lecz w obliczu zagrożenia potrafiących porzucić wszelkie waśnie i dokonać zjednoczenia na rzecz wspólnej walki w obronie idei. Coś pięknego! Jakkolwiek dotychczasowa historia naszego narodu zdawała się potwierdzać  ten niemal z dumą powtarzany mit, czas pięknych uniesień oraz gotowości do poświęceń w imię wyższego celu niewątpliwie minął, a jego obrzędy żałobne dopełniły się przy okrągłym stole. Bo teraz przecież nie ma zagrożeń, złoty okres w historii! Zalewająca nas w nieodległej perspektywie fala imigrantów, roszczenia żydowskie oraz będące już niemal na porządku dziennym praktyki szkalowania naszego narodu – narodu wyrosłego na krwi tysięcy poległych – to przecież nic takiego. Niczym są również rosnące zakusy obcokrajowców na polską ziemię oraz coraz bardziej nieprzychylne reakcje obcych krajów wobec naszej Ojczyzny. Kto by się tym przejmował, przecież osobiście nas to nie dotyka. Mamy władze warszawskie, niech one się tym zajmują.

 

W zasadzie jednak nie ma się czemu dziwić. Jak cię widzą – tak cię malują. Dlaczego inni mieliby okazywać nam szacunek, skoro nas samych nie stać na to minimum przyzwoitości wobec siebie samych? Nikt nie będzie bawił się w samarytanin, bo polityka nie zna miłosierdzia, a cywilizacji europejskiej coraz dalej do chrześcijańskich korzeni, na których wyrosła. Żyjemy w czasach względnie wolnych od tradycyjnie pojmowanej wojny, dlatego tworzymy ją sobie sami. Wojenkę wielkich słów i patetycznych uniesień, której zwycięstwo - proporcjonalnie do poziomu – mierzone ilością lajków pod najbardziej obrażającym, nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością komentarzem samozwańczych specjalistów od wszystkiego. Proponowałabym jednak zmienić nazwę. Konkurs dla internetowych Konradów - cierpiących za pozostałych, błądzących w mrokach ciemności i niewiedzy użytkowników - oraz obrońców przed judaszowymi zdrajcami. Wystarczy, czy może jeszcze trochę patosu?

 

Miło szaleć, kiedy czas po temu! Dobrze jest używać pięknych, wzniosłych słów, kiedy wszystko idzie zgodnie z oczekiwaniami. Trudno jednak wciąż, niezmiennie, odłożyć na bok małostkowe, przysłaniające zdrowy rozsądek ambicje i dojść do porozumienia. Nie oczekuję bynajmniej jedności wśród wszystkich, gdyż to byłoby zbyt idealistyczne i utopijne podejście. Jak jednak wytłumaczyć sytuację, gdy ludzie o podobnych poglądach i wspólnym celu nie umieją się porozumieć? Gdy zasłonięci partykularnymi interesami sami pod sobą dołki kopią? Odpowiedź nasuwa się jasno i wydaje się logiczna – cele wcale nie są takie same, a pojęcie dobra Ojczyzny nader relatywizowane. Szkoda tylko, że w tym przypadku cel nie uświęca środków, a przez bezsensowne kłótnie, każda ze stron jedynie odpycha elektorat, o który w tak rozpaczliwie walczy. Ten elektorat zagłosuje na ugrupowania systemowe, które przynajmniej wiedzą, o co im chodzi, bądź nie zagłosuje wcale, bo ma już dość tych przepychanek zwanych górnolotnie polityką.

 

Nie tego uczą Żołnierze Września. Nie tego uczą Wyklęci. Zapyta ktoś może, dlaczego naród polski jest tak okrutnie doświadczany? Bo nie umie wyciągnąć wniosków z najbardziej oczywistych lekcji. Ma podane na tacy pewne rozwiązania, lecz woli się mądrzyć i bawić we własną politykę. Politykę, która prowadzi do unicestwienia narodu, bo państwo istnieje już przecież tylko teoretycznie. Sprzedaliśmy Westerplatte – siedem dni chwalebnej walki, świadectwa honoru i wierności naszych wielkich rodaków. Wierności, która sięgnęła aż po grób i woła, próbując rozpaczliwie o sobie przypomnieć, lecz ginie stłumiona dzisiejszymi krzykami ideowców, którzy nawet ją potrafią użyć jako narzędzia do podsycania politycznych sporów. Ale w zasadzie nie ma się czym przejmować, kolonia nie jest ostatecznie najgorszą perspektywą. Wykarmią, może nawet obronią. Tylko rozpacz Poległych odbija się echem, ale umarli przecież głosu nie mają…

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorka portalu ProstozMostu.net, blogerka, historyczka z zamiłowania, rekonstruktorka, animatorka ŚDM 2016.

Refleksja o 1 września

76 lat temu na Polskę nie napadli naziści. 1 września 1939 roku napadli na nią Niemcy. Owszem, w przygniatającej większości byli nazistami, bo lubili i chcieli nimi być. Dlatego jednomyślnie poparli i wynieśli do władzy zbrodniczy system. Dopóki "żarło" kochali Hitlera i jego sadystyczną świtę wyjątkowo namiętnie. Uwierzyli, że są rasą panów. Wielu z nich wierzy w to do dzisiaj.

Rozpętując 1 września 1939 roku wojnę otworzyli puszkę pandory. Z niemiecką precyzją i systematycznością przystąpili do mordowania milionów Europejczyków, w tym europejskich Żydów. To, czego nie mogli ukraść, niszczyli. Byli jak Hunowie. Z tą różnicą, że ci ostatni nie wydali z siebie filozofów, czy geniuszy muzyki. Europę zdziesiątkował i spustoszył naród kulturalny i cywilizacyjnie, wydawałoby się, wiodący.

1 września pokazał jednocześnie, jak słabym państwem była Polska. I nie chodzi tu o tragiczną politykę Józefa Becka czy dyletanctwo pomajowych "trepów", którzy powierzyli sobie nawzajem rządzenie państwem. 1 września pokazał, że Polska jest sama i nie ma przyjaciół. Żadnych. Nikt na dodatek jej nie lubi, bo jest kłopotem. Że jak przychodzi co do czego, musi liczyć tylko na siebie.

Europa wyciągnęła wnioski z drugiej wojny światowej. Jest dzisiaj miejscem bezpiecznym, choć z tlącymi się konfliktami militarnymi w jej obrębie. Mimo, że zjednoczona, wciąż jest kontynentem państw narodowych, twardo realizujących swoje partykularne interesy. To zupełnie zrozumiałe i naturalne. Można jednak odnieść wrażenie, że w przypadku Polski - patrząc na tych co rządzą i do rządzenia się wybierają - nie jest to już takie oczywiste.

 

Maciej Eckardt- politolog i samorządowiec. Publicysta  „Myśl.pl” i portalu Prawica.net. Założyciel i prezes Towarzystwa Kamrackiego, dumny ojciec trojaczków.

Wyższość narodu nad państwem

Częstokroć w szeroko pojętym środowisku patriotycznym możemy zaobserwować dyskusje na temat charakteru i kształtu owej miłości do ojczyzny. Co do zasady, konkurują ze sobą dwa nurty, mianowicie, nurt patriotyzmu państwowego i patriotyzmu narodowego. Ażeby prawidłowo podejść do powyższego zagadnienia oraz poprawnie odpowiedzieć na postawiony problem, należy przypomnieć jedną podstawową tezę, warunek sine qua non właściwego bytowania cywilizacji łacińskiej. Otóż, jest to uznanie prymatu ducha nad materią, wieczności nad doczesnością, uniwersalności nad skończonością.

Patriotyzm państwowy jest poszanowaniem instytucji władzy, oddaniem należytego szacunku ludziom sprawującym urzędy (zarówno te, szczebla krajowego, jak i ich delegatury regionalne), respektem w stosunku do stanowionego na jego terytorium prawa. Wszystkie wyżej wymienione aspekty, ale nie tylko te, są niezbędnymi do stworzenia chociażby najsłabszych podwalin konstrukcji państwowej. Jednakże ta forma miłości do ojczyzny zawiera w sobie pewną, znaczącą niedoskonałość. W sytuacji, kiedy dane państwo jest w tarapatach, kiedy jest rządzone przez nieudaczników, kiedy geopolityka zaczyna układać się niekorzystnie, kraj traci częściowo suwerenność, lub w ogóle przestaje być podmiotem prawa międzynarodowego, państwowy patriotyzm przestaje być użyteczny. Staje się wydmuszką. Jego przejawy sprowadzają się do miotania na przemian kilkoma sloganami, najczęściej dotyczącymi konieczności odbudowania jego niegdysiejszego majestatu. W przypadku silnej agitacji narodowej, prowadzonej przez obcy dla ludności danego kraju element, co w historii Polski określa się mianem rusyfikacji i germanizacji czy widocznej w ostatnich latach, intensywnie prowadzonej, nazwijmy to „zachodniej” propagandy, siejącej ferment w zdrowych jeszcze umysłach Polek i Polaków, patriotyzm państwowy przestaje być użyteczny.  Bo dokąd zwrócić ma się zagubiona ludność danego kraju, gdy państwo nie reprezentuje jej interesów? W czym ma mieć oparcie, gdy instytucji niewzruszone są na wołania niedomagającego narodu?

Odpowiedź znajdujemy w jego narodowym przejawie, utożsamianym niejednokrotnie, zresztą słusznie, z ideą narodową bądź nacjonalizmem. Nurt ten, istniejący w polskich realiach, zgodny jest z naczelną zasadą cywilizacji śródziemnomorskiej, którą zawarłem na początku tego artykułu. Idea narodowa za główny cel swoich działań bierze to, co nieuchwytne gołym okiem. To, czego żadnym przyrządem zmierzyć nie można, a więc sferę duchową, moralność, poczucie identyfikacji narodowej, sprowadzonej najpierw do stanu jednostki, jej relacji z najbliższą rodziną, społecznością lokalną, a uzyskującą pełen rozkwit w stosunkach z całą wspólnotą narodową. Co najlepiej odzwierciedla maksyma przedwojennych narodowców: „przez zwycięstwo w sobie do zwycięstwa w narodzie”.

W związku z powyższym, narodowiec, zgodnie z trzecim i czwartym punktem Kodeksu Wszechpolaka winien za największego wroga obrać bierność, egoizm, prywatę oraz szanować owoce pracy ludzkiej a gardzić materializmem. Te elementy są fundamentem dalszego konstruowania wszelkich trwałych struktur, w których to człowiek pełni rolę budulca. Ani charakter ustroju ekonomicznego, ani ilość wybudowanych dróg, ani liczba nowopowstających mieszkań, ani tym bardziej poziom PKB nie będzie stanowił o dobrze funkcjonującym narodzie. Żadna władza nie powinna mieć wpływu na jakość panujących tam stosunków społecznych, gdyż jest ona ogniwem wtórnym, wypływającym z narodu, nie odwrotnie. Instytucje państwowe czy prawo stanowione nie mogą być celem uwielbienia mas społecznych. Są pochodną, więc stanowią owoc, nie zaś obiekt miłości.

Rząd dusz, jedność postrzegania i myślenia, tożsamość idei, a wszystko to oparte na uniwersalnych wartościach są tymi pierwiastkami, o których istnienie należy walczyć. Jeżeli to zostanie osiągnięte, to utworzenie sprawnie pracującego państwa będzie kwestią czasu, a co najważniejsze powstanie w sposób naturalny, oddolny, prawidłowy par excellence.

Patriotyzm państwowy rozumiany jako uwielbienie instytucji, i stawienie sobie ich za cel życia zbiorowego jest czymś zgoła obcym cywilizacji łacińskiej. Obcym nie dlatego, że nie ma w niej szacunku do państwa, ale z uwagi na jego materialny, doczesny charakter. Organizacja państwowa jako instytucjonalne odzwierciedlenie aktualnych dążeń narodu musi cieszyć się ze strony nacjonalistów ogromnym poszanowaniem, ale ze względu na źródło, z którego wypływa – duchowej sfery życia narodowego. Narodowiec będzie walczył o zręcznie działający aparat państwowy aż do momentu, w którym wspólnota zostanie w pełni nim usatysfakcjonowana, a zdrowa tkanka narodowa zachowana. Prymat sfery duchowej nad materialną znajduje swoje odbicie w wyższości narodu nad państwem.

 

Szymon Wiśniewski – student rusycystki na Uniwersytecie Warszawskim, działacz Młodzieży Wszechpolskiej i Ruchu Narodowego.

Złodzieje

Miłościwie panująca nam Platforma Obywatelska* zaskoczyła mnie po raz kolejny, tym razem w materii marketingu politycznego. Asumptem do przedmiotowego zaskoczenia stała się najnowsza akcja promocyjna umiłowanych przywódców pod hasłem „Kocham Polskę”.

Akcja dodajmy z wszech miar udana, co akurat nie dziwi. W końcu jej autorami są naprawdę utalentowani i błyskotliwi ludzie. Oczywiście nie chodzi mi o Misia Kamińskiego, Adama Szejnfelda czy innych spin-doktorów Platformy. Prawdziwymi autorami tej akcji są Marek Bosak i Jakub Szymczuk, moi dawni Koledzy z Młodzieży Wszechpolskiej.

Dla jasności nic mi nie wiadomo, aby obaj panowie zaczęli z dnia na dzień pracować dla ciemnej strony mocy**. Przedmiotowa kampania powstała jakieś 10 lat temu (może nieco wcześniej, nie ręczę za swoją pamięć) i od tego czasu jest cykliczną akcją Młodzieży Wszechpolskiej, powtarzaną rokrocznie każdego 14 lutego. Prawdziwość moich słów łatwo sprawdzicie Państwo w sieci. Tak samo łatwo mogli sprawdzić to przedstawiciele partii rządzącej. Pytanie: nie chciało się, czy jednak sprawdzili i stwierdzili, że nie ma problemu? Obstawiam to drugie.

Jeśli ktoś ukradnie radio samochodowe jest złodziejem. Ten kto obrabia osiedlowy sklepik jest złodziejem. Złodziejem jest też ten kto wyrwie staruszce torebkę i zniknie w ciemnej uliczce. To wszystko są ZŁODZIEJE.

Jak więc nazwiecie Państwo tych, którzy przywłaszczyli sobie cudzą kampanię marketingową?

 

Przemysław Piasta – historyk i przedsiębiorca, prezes stowarzyszenia „Tak dla Poznania”, w latach 2005-2006 wicemarszałek województwa wielkopolskiego.

 

 

*Pełną nazwę partii umiłowanych przywódców wymieniam nieprzypadkowo. A to dlatego, że nazwa „Platforma Obywatelska” jest wyjątkowo trafna. Nieodmiennie kojarzy mi się z Milicją Obywatelską. Przy czym przedmiotowe porównanie może być krzywdzące tylko dla historycznej formacji.

**Zdecydowana większość Wszechpolaków, niezależnie gdzie rzuci nas los, wyznaje pewne kluczowe wartości. Ścieżkę właściwą dla najstarszego zawodu świata obrali tylko nieliczni, choć nie powiem, że nieznaczący byli członkowie MW. Kto od czasu do czasu ogląda wiodące media rządowe wie kogo mam na myśli.

 

 

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy