Dziś jest czwartek, 17 sierpnia 2017 roku. Imieniny : Anity, Elizy, Mirona

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Polityka

Referendum wrogiem demokracji – spowiedź

Przychodzą czasem takie dni, kiedy człowiek młody (chociaż nie wiek jest tutaj wyznacznikiem) ma dość mowy politycznej, wielkich i pięknych słów. Po prostu – nie chce być kolejnym kawałkiem zakłamanej rzeczywistości. Ktoś powie, że to niedojrzałość emocjonalna. Inny stwierdzi, że brak ogłady i perspektywicznego myślenia. Jednak ten młody człowiek żyje w świecie idei i wie, że to nie napuszone słowa zmieniają ten świat, a słowa szczere – słowa prawdziwe. I być może temu młodemu człowiekowi rzeczywiście brakuje ogłady i perspektywicznego myślenia, ale jeśli te cechy przybierają postać cynicznego politykierstwa, to wspomniany młody człowiek zdecydowanie odrzuca sztuczną pozę.

 

Drodzy Czytelnicy, publikuję swoje myśli na tym portalu od prawie dziewięciu miesięcy. W tym czasie, napisałem wiele słów, które swoim pesymizmem przytłaczały także i mnie. W swoich artykułach starałem się nie obrażać innych ludzi, bo wiem, że każdy ma prawo do swoich poglądów. Zachęcałem do kulturalnej debaty, w której to argumenty miałyby największą moc, a nie personalne wycieczki, jałowe kłótnie i spory. Chciałem również wskazać w swoich artykułach, że nie uważam, iż mam prawo do nieomylności i nie popełniam błędów.

 

Wielokrotnie pisałem o trudnej – nie ukrywajmy tego – sytuacji Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Rozumiem, że ostatnie lata mogą być latami sukcesów dla określonej grupy społecznej i rozumiem, że grupa ta nie odczuwa potrzeby niczego zmieniać. Mam również świadomość, że szeroko rozumiana „opozycja” nie jest pozbawiona wad i nie twierdzę, że ów „opozycja” przyniesie Polsce zbawienie. Jasne jest, że zbawienie dla Polski może nadejść tylko wraz z rozwojem kultu wspólnej pracy każdej grupy społecznej, która nasz naród tworzy. KAŻDEJ GRUPY SPOŁECZNEJ. Bo narodem nie jest jedna, czy kilka grup, które tym mianem się określają. NARÓD, TO KAŻDA JEDNOSTKA, KTÓRA PO POLSKU CZUJE, PO POLSKU MYŚLI I DLA POLSKI DZIAŁA. Zawłaszczanie narodu przez kogokolwiek jest zbrodnią popełnioną na tym narodzie. I dopóki nie zrozumiemy, że od naszego codziennego życia, od naszej postawy zależą losy naszego narodu, dopóty przez kraj przetaczać się będzie pusty, pozbawiony sensu stan wojny domowej. Jeśli Polak nie zrozumie, że siła jego Ojczyzny zależy od pracy rąk jego, to Polak ten służyć będzie Rosjanom, Niemcom, Amerykanom. Będzie szkodnikiem, który śnił o Wielkiej Polsce, ale nie był zdolny Wielką Polskę budować.

 

Czyż to nie pycha nami kieruje? Czyż to nie chora duma odbiera nam klasę i godność? Czy nie zatraciliśmy się w tej gonitwie donikąd i nie zgubiliśmy swojego człowieczeństwa? Czy my w ogóle mamy prawo mówić o Polsce i o naszych przodkach, którzy przypuszczam – z politowaniem obserwują nasz coraz szybszy upadek? Z politowaniem i rozczarowaniem, że nie byliśmy w stanie sprostać naszym czasom.

 

Drodzy Czytelnicy. Niech każdy odpowie sobie na pytanie, czy jesteśmy społeczeństwem obywatelskim? Czy dojrzeliśmy do demokracji? To czy w Polsce powstała demokracja i kiedy powstała – to temat na osobny artykuł. I można było kpić z ludzi, którzy mówili, że przez te 25 lat widzieliśmy demokrację jak świnia niebo, ale w momencie, gdy mądre, oświecone głowy zaczęły mówić, że referendum jest zagrożeniem dla naszej demokracji, należało przestać kpić i zacząć się zastanawiać. Obywatele mają wybór? Głos obywateli się liczy? Naprawdę? A co z milionami podpisów zmielonymi przez Sejm? A co z faktem, że przez 25 lat odbyły się w Polsce –uwaga!- 4 referenda! 4 referenda przez 25 lat! Zatem jaki mamy wybór? Wybieramy co kilka lat polityków, którzy prezentują dno moralne, kulturalne i intelektualne. Słuchamy dziennikarzy, którzy mają nas za gówno, które tylko ma odbierać, a nie tworzyć i broń Boże! – nie może myśleć!

 

Wybaczcie, ale może rzeczywiście jesteśmy ciemną masą, która wszystko kupi. Przestańmy wreszcie obwiniać wszystkich i wszystko, ale stańmy przed lustrem i powiedzmy wprost – za obecną sytuację Polski po części odpowiadamy także i my. Oczywiste, że II wojna światowa i komunizm wyrządziły ogromne krzywdy naszemu narodowi. Nie ulega żadnym wątpliwościom, że elita naszego kraju została wybita i naród pozostał sam sobie. Ale co zrobiliście – wy, ludzie wolności? Ludzie Solidarności? Co zrobiliście z Polską? A co robimy – my? Ludzie młodzi. My – przyszłość tego kraju? Pogrążamy się w bucie i naiwnemu myśleniu o elitarności. Na tych fundamentach nie zrodzi się Wielka Polska… Na tych fundamentach Wielkiej Polski – nie będzie. Zostanie tylko karzeł śniący o swej potędze.

 

Michał Sebastian Patyk -  student Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, sekretarz redakcji i publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.

 

Jaka jest realna siła prezydenta RP?

W zeszłym tygodniu mieliśmy do czynienia z bardzo ważnym wydarzeniem związanym z funkcjonowaniem naszego państwa. Chodzi mi oczywiście o zaprzysiężenie nowego Prezydenta RP. W przypadku Polski mamy do czynienia z systemem parlamentarno-gabinetowym zracjonalizowanym. Różni się on w pewien sposób od klasycznego systemu parlamentarno-gabinetowego. W modelu zracjonalizowanym, z którym mamy do czynienia we współczesnej Polsce, pozycja prezydenta jest wzmocniona w stosunku do zwykłego porządku parlamentarno-gabinetowego. Prezydent RP posiada obok stricte reprezentacyjnych funkcji pewne uprawnienia, które sprawnie wykorzystane mogą zapewnić mu realny wpływ na władzę. Na tym zamierzam skupić się w moim artykule.

Jak zaznaczyłem w moim poprzednim tekście, jestem zwolennikiem systemu prezydenckiego. W naszym kraju póki co, niestety nie jest on modelem obowiązującym. Nasza konstytucja, co wydaje się oczywiste biorąc pod uwagę okoliczności jej tworzenia, jest pewną syntezą rozwiązań ustrojowych z całego świata. Bardzo wielu ludzi zadaje sobie pytania , "Kto właściwie jest w naszym kraju najważniejszy?", "Kto rządzi Polską?". Tego typu dylematy zajmowały momentami bardzo dużo miejsca w debacie publicznej. Było to bardzo wyraźnie widać w czasie gdy Prezydentem RP był śp. Lech Kaczyński, a Prezesem Rady Ministrów Donald Tusk. Wówczas spory dotyczące podziału kompetencji dotyczących zarządzania pantwem pomiędzy premierem a prezydentem były "chlebem powszednim". Przez ostatnie lata ta kwestia nie była często poruszana - z dwóch prostych przyczyn. Pierwszą z nich był fakt pochodzenia prezydenta i rządu z tej samej opcji politycznej, przez co nie dochodziło do zjawiska koabitacji. Po drugie, Bronisław Komorowski jest osobą wyjątkowo mało charyzmatyczną, i generalnie należy go zaliczyć do tak zwanych jednostek "słabych". Abstrahując od jego działań politycznych, był on raczej osobą mało ekspansywną.
W czasach prezydentury Lecha Kaczyńskiego, oraz Donalda Tuska pełniącego funkcje premiera, spór o kompetencje przybierał czasami groteskowe wręcz oblicze. Świetym przykładem był "spór o stołki", który pewnie większość z nas pamięta.

Spójrzmy jednak na tę kwestię bardzo poważnie. Dzisiejszy system polityczny jest w Polsce pod tym względem bardzo "niewyraźny". Stwarza on wielkie pole do interpretacji, jest niejasny. Z jednej strony Prezydent RP, jest zdecydowanie potężniejszy niż dla przykładu prezydent Czech, z drugiej strony ma dużo mniejsze uprawnienia niż prezydent Francji. Mimo, że jestem zdecydowanym zwolennikiem silnej władzy prezydenckiej, postaram się dowieść, że w momencie gdy na stanowisku Prezydenta RP znalazłaby się mocna jednostka, mogłaby ona "zawłaszczyć" sporo władzy w państwie, lub wręcz mieć realny wpływ na politykę. Przejdźmy więc do rzeczy.

Prezydent RP posiada wiele uprawnień wymagających kontrasygnaty, oraz tak zwane prerogatywy, które jej nie potrzebują. Niestety prerogatywy prezydenckie, dotyczą generalnie rzeczy nie posiadających wielkiego wpływu na politykę państwa. Jest jednak jedno uprawnienie prezydenta, które posiada rzeczywiscie dużą moc. Chodzi o weto ustawodawcze. Można je co prawda odrzucić, natomiast wymagana jest do tego większość 3/5. Taka przewaga w głosowaniu zdarza się bardzo, ale to bardzo rzadko w polskim parlamencie.
Kolejnym posiadającym spory potencjał uprawnieniem Prezydenta RP jest możliwość inicjowania ustaw. W połączeniu ze wspomnianym wetem, daje ono całkiem spore pole do działania. W dodatku, prezydent może wygłaszać orędzia do narodu. Każde z tych uprawnień rozpatrywane z osobna, daje stosunkowo małe możliwości do działania, jeżeli jednak połączymy je w przemyślany sposób, można przy ich pomocy coś "wycisnąć".

Wyobraźmy sobie następujacą sytuację. Prezydent zwołuje Radę Gabinetową, i infomuje Radę Ministrów o projekcie ustawy, który zamierza złożyć w parlamencie. Załóżmy ,że rząd się wzbrania, i informuje ,że koalicja nie poprze tego projektu. W tym momencie prezydent "grozi" rządowi, że w takim razie zawetuje kolejnych 5 projektów ustaw przez Radę Ministrów zainicjowanych. Parlament oczywiście może to weto odrzucić (choć rzadko ustawa ma aż takie poparcie, zależy to jednak od rozdziału sił w sejmie), natomiast wtedy prezydent może wygłosić orędzie, w którym napiętnuje zachowanie rządu (zwłaszcza w przypadku ustaw niepopularnych w społeczeństwie), co spowoduje wyraźny spadek poparcia dla koalicji. Wyobraźmy sobie kwestie np. wieku emerytalnego. Myślę, że orędzie prezydenta przeciwko rządowi w takim wypadku, mogłoby zaszkodzić mocno rządzącej koalicji. Widać więc bardzo wyraźnie, że prezydent w Polsce, mimo że krajem nie rządzi (zarządcą jest zdecydowanie premier), to przy odpowiednim nastawieniu jest w stanie wpływać na wiele ważnych kwestii politycznych. Może w pewien sposób "terroryzować" rząd.
Podobnie z aktami prawnymi, które może wydawać Prezydent RP z kontrasygnatą Prezesa Rady Ministrów, lub danego ministra. Wówczas wspomniany "szantaż" mógłby zadziałać w podobny sposób. Wyobraźmy sobie sytuację, w której prezydent wygłasza w orędziu nastepujące słowa, "Chciałem wydać rozporządzenie, które zapewniłoby xxxxxxx(wstawmy cokolwiek co cieszy się dużym poparciem społecznym), rząd mi tego odmówił. Jak widać obecnej koalicji nie zależy na dobru Polaków!". Myślę, że mało kto, odważyłby się na dalszy opór. W dodatku prezydent posiada zdecydownie największą ze wszystkich organów w Polsce legitymizację społeczną. Nie jest to spowodowane jedynie bezpośrednim wyborem, ale także największą frekwencją w przypadku wyborów prezydenckich, w porównaniu do innych elekcji. Jest to kolejny argument, którego w danym momencie można użyć.

Żeby było jasne, jestem wielkim zwolennikiem zwiększenia władzy prezydenta w Polsce. Chcę jedynie pokazać, że nawet ten model, z którym mamy do czynienia teraz, daje pewne mozliwości, oraz pole do działania głowie państwa.

Przez ostatnie lata Prezydentem RP był Bronisław Komorowski, który w mojej opinii był bardzo słabym prezydentem. Był jedynie figurantem, "przyklepującym" wszystkie projekty rządu.

Mimo, że Andrzej Duda, niedawno zaprzysieżony nowy Prezydent RP, to nie jest osoba z mojej opcji politycznej, mam nadzieję, że będzie prezydentem lepszym niż wcześniej wspomniany poprzednik. Życzę tego jemu i Polsce.

 

 


Mateusz Pławski - wiceprezes warszawskiej struktury Młodzieży Wszechpolskiej, prezes południowo-warszawskiego koła MW, członek partii Ruch Narodowy

 

System prezydencki najlepszym rozwiązaniem ustrojowym

Myślę, że absolutnie nikt nie ma wątpliwości, że system polityczny (określony w konstytucji, oraz potwierdzony w praktyce prawnej), jest jedną z najważniejszych kwestii w państwie. Na całym świecie istnieje mnóstwo różnego rodzaju modeli, które w bardzo różny sposób wytyczają ramy funkcjonowania poszczególnych organów konstytucyjnych.

Ostatnio bardzo często słyszy się słowa krytyki pod adresem obecnego porządku ustrojowego w Polsce. Coraz więcej osób, dostrzega jego niewydolność, oraz słabą kompatybilność poszczególnych organów i instytucji. Wyjątkowo obszerną dyskusję wywołuje zagadnienie jego naprawy. W jakim kierunku polskie prawo ustrojowe powinno iść? Słyszymy różne koncepcje, począwszy od systemu prezydenckiego, aż po kanclerski. Stosunkowo duży ,,wachlarz” pomysłów dotyczących tej tematyki, pokazuje bardzo wyraźnie jak szerokie jest wspomniane zagadnienie.

Osobiście, jestem wielkim zwolennikiem systemu prezydenckiego. Uważam, że ta forma rządów jest najskuteczniejsza, i najbardziej przejrzysta. Bardzo często można usłyszeć krytykę pod adresem tego modelu ustrojowego. Wielu ludzi zarzuca temu modelowi ustrojowemu niedemokratyczność. W moim artykule podejmę polemikę z najczęstszymi zarzutami kierowanymi w stronę wspomnianej formy rządów.

Zacznijmy od kwestii samej ,,demokratyczności”. Przeciwnicy systemu prezydenckiego, bardzo często sugerują, że jest on ,,niedemokratyczny”. Ich zdaniem poważne zagrożenie wynika z bardzo mocnej pozycji osoby pełniącej w tym przypadku funkcję głowy państwa. Warto jednak zwrócić uwagę, że to właśnie w tym systemie, obywatele mają bezpośredni wpływ na to, kto będzie stanowił w kraju władzę wykonawczą. W pozostałych modelach, obywatele wybierają jedynie reprezentantów, którzy z kolei (wewnątrz parlamentu) wyłaniają rząd z premierem na czele. Powoduje to sytuację, w której szefem rządu może zostać osoba posiadająca bardzo niskie personalne poparcie społeczne. Wówczas legitymizacja takiego premiera, jest bardzo słaba, czyli tak naprawdę mało demokratyczna.
Krytycy systemu prezydenckiego odpowiedzą w takiej sytuacji , że owszem, wybór głowy państwa jest wówczas bardzo demokratyczny, natomiast już sama kontrola władzy wykonawczej jest bardzo słaba lub wręcz znikoma. Warto jednak zauważyć, że tak jak w przypadku Stanów Zjednoczonych Ameryki, można przyjąć model ewentualnej odpowiedzialności prezydenta poprzez procedurę impeachment'u, czyli możliwość bycia ,,oskarżonym'' przez parlament. Dzięki takiemu rozwiązaniu, kontrola sprawowana przez zgromadzenie nad władzą wykonawczą nie różni się zbytnio poziomem i intensywnością od tej, z jaką mamy do czynienia w np. systemie parlamentarno-gabinetowym.
Warto też zwrócić uwagę na zależność, którą zamierzam ,,roboczo” nazwać ,,proporcjonalną legitymizacją”. Zgodnie z nią, organ posiadający największą legitymizację, powinien posiadać szerokie kompetencje. Dzięki temu, odpowiedzialność przed wyborcami, oraz przed ,,historią” jest bardzo konkretna. Wiadomo kto tę funkcję w danej chwili pełnił, i kogo w takim wypadku, za konkretne decyzje i działania należy winić. W przypadku obecnej sytuacji w Polsce jest zupełnie na odwrót. Prezydent (organ wybierany w wyborach powszechnych) ma stosunkowo ,,skąpe” kompetencje, natomiast realnym decydentem politycznym jest rząd, posiadający dużo słabszą legitymizację (w porównaniu do głowy państwa, wybieranej w tym przypadku bezpośrednio). Mam tu na myśli oczywiście jedynie polskie realia, pamiętajmy bowiem, że tryb wyboru poszczególnych organów może być bardzo różny (np. w USA, prezydent nie jest wybierany w wyborach powszechnych).

Kolejnym argumentem przeciwników prezydencjalizmu jest teza sugerująca, że czymś niewłaściwym, groźnym i bardzo niedemokratycznym, jest nagromadzenie dużej ilości kompetencji w rękach jednego człowieka. Na pozór wydaje się to całkiem zasadne spostrzeżenie, natomiast po głębszej analizie można dojść do wniosku, że mija się ono z prawdą. Historia pokazuje bardzo wyraźnie, że wcale nie duże nagromadzenie kompetencji w rękach jednej osoby prowadzi do dyktatury, lecz brak wyraźnego rozdziału pomiędzy poszczególnymi rodzajami władzy. To właśnie ,,wszechwładza parlamentu” jest czymś dużo bardziej niebezpiecznym. Dobrym przykładem jest fakt, że najgorsze dyktatury, tworzyły się właśnie w systemach parlamentarnych (np. dyktatura Hitlera w Niemczech), natomiast najbardziej znany ,,posiadacz” systemu prezydenckiego – USA, jest państwem demokratycznym. Znów odwołam się do Stanów Zjednoczonych Ameryki, którym można naprawdę wiele zarzucić, lecz absolutnie nie w kontekście sfery ustrojowej. Mamy tam do czynienia z rozdziałem władzy, a nie z podziałem władzy (jak w większości państw europejskich). Rozdział władzy jest często nazywany systemem konkurencji, podczas gdy podział, systemem kooperacji. W przypadku całkowitej separacji władz, mamy do czynienia z wzajemną oraz dynamiczną kontrolą. Ktoś mógłby zwrócić uwagę na fakt, że w USA mamy do czynienia ze specyficzną pozycją władzy sądowniczej, oraz z wieloma innymi charakterystycznymi warunkami. Jest to oczywiście prawda natomiast osobiście jestem zdania, że nie są one konieczne do prawidłowego działania systemu prezydenckiego. Konkurencja i wzajemne ,,ograniczanie się” różnych organów władzy, może opierać się na bardzo różnych mechanizmach.

Następnym bardzo częstym argumentem przeciwników omawianego rozwiązania, jest twierdzenie, że wprowadzenie systemu prezydenckiego w Polsce, byłoby kopiowaniem wzorców amerykańskich, które zakończyłoby się niepowodzeniem. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że ci sami ludzie nie mają nic przeciwko kopiowaniu wzorców niemieckich, brytyjskich, a w jakimś stopniu także francuskich. Trzeba pamiętać, że obecna konstytucja RP, jest właśnie pewną nieskuteczną syntezą wzorców zaczerpniętych z pozostałych europejskich modeli ustrojowych.

Kolejny zarzut brzmi następująco, ,,w polskiej tradycji nie ma silnej władzy wykonawczej, w naszej historii dominowała mocna pozycja parlamentu”. Tak, jest to bez wątpienia prawda. Popatrzmy tylko czy nie jest to przypadkiem argument za wprowadzeniem prezydenckiego porządku konstytucyjnego. Przecież wspomniany parlamentaryzm, w połączeniu ze słabą pozycją egzekutywy, doprowadził wielokrotnie w historii naszego kraju do tragedii.

Doświadczenia wielu państw, pokazują wyraźnie, że potężna egzekutywa skupiona w rękach prezydenta, skutkuje wysokim poziomem wydajności rządzenia, oraz przyspiesza proces decyzyjny. Dodatkowo, omawiany przeze mnie model, cechuje się bardzo dużą stabilnością władzy wykonawczej, czego nie możemy niestety powiedzieć o egzekutywie wewnątrz systemów parlamentarnych. W połączeniu ze wspomnianym wcześniej rozdziałem władz, pozwala to na skuteczne rządy, przy bardzo niskim poziomie zagrożenia dyktaturą (które zawsze sugerują przeciwnicy).

W mojej opinii, jedynie ustanowienie prezydenckiej formy rządów w Polsce, może podnieść poziom skuteczności i sprawności rządzenia. Dzięki takim rozwiązaniom, procedury prawne związane ze stanowieniem i wykonywaniem prawa byłyby dużo prostsze, bardziej przejrzyste i co już wspomniałem, po prostu skuteczniejsze.

Optymizmem napawa fakt, że coraz więcej osób w przestrzeni publicznej optuje za wprowadzeniem systemu prezydenckiego w Polsce.

 

 

Mateusz Pławski - wiceprezes warszawskich struktur Młodzieży Wszechpolskiej, prezes koła MW Warszawa – Południe. Członek partii Ruch Narodowy

Hwała bochaterom!

Gieroj. Kim jest gieroj? Gieroj to taki ktoś, kto się zasłużył na tyle, że stał się symbolem, pomnikiem cnoty, honoru albo czegoś równie znamienitego. Ale tylko na wschodniej słowiańszczyźnie. My w Polsce mamy bohatera – z grubsza jest to taki sam delikwent, tylko w polskiej wersji. W innych krajach też orbitują podobne postaci, ale z każdym narodem mamy i inne słówko, i inny charakter ów delikwenta. (No bo, dla przykładu, niemiecki Held będzie bardziej niemiecki, niż portugalski herói – i vice versa – chyba, że jeden i drugi będzie tymże samym egzemplarzem). Wniosek powyższy nie stanowi Himalajów dedukcji, dlatego zapraszam do kolejnego akapitu.


Grajewo. Przytulna miejscowość gdzieś na Mazurach. Nie byłem, ale z nazwy brzmi ładnie, tak polsko. Dawniej mieszkali tam nie Niemcy, tylko Polacy. Podobnie jak współcześnie. Na pewno w czasie wojny były jakieś walki, ktoś poległ, ktoś zwyciężył, szacunek się należy. Dodać wypada, że miasteczko wędrowało z rąk do rąk – od Niemca do Ruska, bo wojna była, zatem sporo ludzi przy okazji musiało być zamordowanych, pamięć się należy. A że wojna, to, tamto, zatem przyjąć można, że nie obyło się bez uszkodzeń, które pewnie musieli likwidować sami mieszkańcy, czym sobie na pokłon również zasłużyli. Można by dodać, że to stąd pochodzi ojciec ś.p. Prezydenta Kaczyńskiego, ale to taka ciekawostka tylko. Skoro zatem Grajewo ma tak trudną, lecz waleczną historię, to pewnie jego władze pamiętają o tych, którzy oddali życie za to miasto? A jakże! Ostatnio przeca pomnik postawili. Pomnik nie byle jaki, bo ku chwale Unii Europejskiej! No bo czego ta Unia nie zrobiła! Piniądz z nieba zrzuciła! Drogi pobudowała! Domy postawiła! Bijcie pokłony, przeca to wszystko dla dobra naszego! I nikt nie będzie chciał zwrotu, gdzieżby znowu! A ograniczenia? Jakie ograniczenia? Przecie piniądz dali, drogi pobudowali, domy nastawiali! Alleluja! I to na pewno z nieba spadło, no bo przecież skąd to? Nam zabrali? E tam! Przecież oni tylko dają! A że coś zabraniają, ujednolicają? A dobrze, niechaj wszyscy mamy równo, to takie realistyczne i sprawiedliwe przecież! Różnorodność? E, niech bogatsi robią na biednych, bo ich i tak stać na wszystko. Nie robią żadnych nowych miejsc pracy, tylko by zarabiać na biednych chcieli! Ot co, burżuje, kułaki jedne! Podnieśmy im jeszcze podatek jakiś, bo za dobrze mają!


Urrra! Tyrada! Bo przecież Unia taka dobra, socjalizm taki piękny! Ech, ci przedsiębiorcy, tylko wyzyskują uboższych! W dodatku są polscy, zatem beznadziejni, no bo przecież co polskie, to beznadziejne. Jak można w ogóle kupować na osiedlu? Lepiej jest przecież w galerii, to takie światowe! Ach! Ten Auchan, ta Biedronka! Nagródźmy ich za to bohaterstwo, w końcu nie płacą podatków i niszczą lokalnych handlarzy, chwała im zatem! Dajmy im medal, najlepiej taki z orzełkiem, o, Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP, może być. Wiwat Biedronka! Wiwat Pedro Pereira da Silvia! Co z tego, że nie Polak, przecież zasłużony może być każdy. Ludwik Węgierski był Węgrem, i co, nikt się nie burzy, że tron polski obejmował. Skoro mamy Unię, to co nas obchodzą jakieś racje stanu? A my mamy w ogóle jakiś stan? Co to stan? Po co nam stan? To chyba staromodne, jest Parlament w Brukseli, jest ten Tusk, w końcu nasz Tusk, to nie ma się o co spinać. Jest dobrze. W końcu tak w Telewizji Polskiej mówili, to tak musi być. Bo państwowe stacje nie kłamią, oj nie!


Ach, ale w tej Polsce jest fajnie. Pieniądze z Unii dają, bogatym zabierają, a biednym dają, biednym też w sumie zabierają, ale widać za dużo te kułaki mają i państwa nie wspierają. Bo to przecież państwo wie lepiej, co jest potrzebne obywatelowi i jak ów obywatel funkcjonować chce. Po co nam inna Polska? Przecież w tej jest tak dobrze, tak w telewizji mówili, to na pewno prawda.


Wszystko dzięki Unii i obecnej władzy!


Ruhm den Helden! Chwała bochaterom!

Michał Osika - student muzykologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, uczeń Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. M. Karłowicza, członek stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej.

Relacje polsko-ukraińskie w cieniu banderyzmu

Od dłuższego czasu zbierałem się do napisania tekstu o współczesnych stosunkach polsko-ukraińskich w cieniu UPA. Ostatecznie zmotywowała mnie rocznica sprzed kilkunastu dni, ale również slogan „Żaden Ukrainiec nie jest moim bratem”. Odnoszę wrażenie, że spór się zaognia i prowadzi w ślepą uliczkę. Niestety część winy znajduję po stronie polskiej...

 

Na początek chciałbym zająć się akcją o mocnym antyukraińskim zabarwieniu. Spotkałem się z próbami obrony, argumentowanymi „wysokim rachunkiem krzywd”. Jednak żaden rachunek nie może usprawiedliwiać zrzucania winy na naród po tylu latach. Do czego doprowadzi nas takie antagonizowanie? Oparte na błędnym i wręcz szkodliwym założeniu, zrównującym wszystkich Ukraińców. Nie wypada stawiać znaku równości między osobami świadomie identyfikującymi się z UPA, a zwykłymi, biernymi historycznie albo mającymi negatywny stosunek do (neo)banderowców? Czy wnoszenie podobnych tez nie obraża tej części narodu która przeprosiła i odcina się od strasznej przeszłości? Czy nie jest policzkiem dla Ukraińców ryzykujących swoje życie w obronie Polaków. Takowe hasła  bardzo szkodliwie wpływają na stosunek normalnej części społeczeństwa do Polaków. Pojawiały się głosy, że mamy  prawo odpowiadać w ten sposób ponieważ większość parlamentarna uchwaliła ustawę gloryfikująca UPA. Nie chce zrzucać wszystkiego na niską świadomość historyczną. (Zapewne jest niska, ale nie aż tak jak chcą nam wmówić).  Wstrzymywałbym się z obarczaniem narodu za wybory polityków. Czy chcielibyśmy brać odpowiedzialność za każdą decyzję naszego rządu? Obecnie gloryfikowanie UPA ma charakter antyrosyjski, to próba utrzymania i podbudowania spoistości w narodzie. Najmniej nie możemy zamykać oczu na lekceważący stosunek polityków zza wschodniej granicy do Polski - który może być wypadkową nastrojów społecznych. Jasne jest, że ukraińscy politycy przedkładają swoje interesy nad dobre samopoczucie Polaków.

 

U coraz szerszej grupy osób dostrzegalne jest przeświadczenie jakoby na granicy z Ukrainą zaczynały się wrogie Polakom ziemie wypełnione wyłącznie banderowcami. Osoby starające się patrzeć zdroworozsądkowo na sprawę zostają z łatwością skategoryzowane jako ukrainofile. Jakie są przyczyny? Zapewne z natłoku sensacyjnych informacji, nagłaśniania każdego pojedynczego wybryku po stronie ukraińskiej. Nie neguję, że mają tam poważne problemy. Ale czy  nie przesadzamy? Mógłbym zapytać ilu spośród zarzucających wrogie nastawienie do Polaków mieszkało lub przynajmniej spędziło tam wystarczająco dużo czasu aby wyrokować w ten sposób.

 

Zrównywanie wszystkich Ukraińców wpisuje się w lewicową logikę, że „każdy może zostać hitlerowcem”. Bez różnicy czy chodzi o niemieckiego nazistę, polskiego narodowca z dwudziestolecia międzywojennego czy współczesnych kontynuatorów myśli narodowej. Prowadzi to do spłaszczenia i spowszednienia zbrodni niemieckich nazistów przy ich jednoczesnym wybieleniu, a oczernieniu reszty. 

 

Chęć bycia w dobrych stosunkach ze wschodnim sąsiadem nie może przesłaniać patologii. Majdan, a następnie rosyjska agresja wzmogły zainteresowanie sytuacją na Ukrainie. Odsłaniając tym samym ogrom wypaczeń. Początkowo wmawiano nam, że kult UPA jest marginalny i zniknie wraz z końcem rewolucji. Rzeczywistość okazała się inna. To był tylko wierzchołek problemu. Dostrzegam cynizm wypływający z różnych środowisk. Polityczne elity traktują Polskę jak biednego klienta. Znamienna jest próba „wproszenia” się Poroszenki na pierwsze spotkanie z Andrzejem Dudą. Po przytomnym wymiganiu się prezydenta elekta oligarcha zignorował Komorowskiego. Było to kolejne upokorzenie po słynnej ustawie gloryfikującej czerwono-czarnych szowinistów. O czym świadczy „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” pod pomnikiem ofiar w rocznicę 11 lipca? Jednak najbardziej zaniepokoił mnie wywiad z synem Szuchewycza. Jego sposób myślenia jest znamienny dla części Ukraińców. Charakteryzuje się przerzucaniem winy, marginalizowaniem niewygodnych faktów i wyolbrzymianiu wszystkiego co mogłoby postawić drugą stronę w złym świetle. Szkoda tylko, że zapominają o faktach jak choćby o liberalnej polityce Henryka Józewskiego na Wołyniu. Marek Chodakiewicz nazwał takich ludzi „twardogłowymi”. Moim zdaniem jest to idealne określenie.

 

Ukraińcy muszą poradzić sobie z tymi problemami, nawet jeśli większość ich nie dostrzega. Budowanie martyrologii narodowej na doszczętnie skompromitowanej ideologii nie przyniesie niczego dobrego. Jakie wartości da się wynieść od bandytów mordujących wszystkie mniejszości narodowe, a także własnych rodaków? Czy tacy ludzie potrafiliby stworzyć nowoczesne i sprawne państwo? Zapewne zakończyłoby się terrorem i patologiami na każdym poziomie. Jednak nawet w tamtych strasznych czasach znaleźli się ludzie potrafiący trzeźwo ocenić sytuację.

 

Nie możemy pozwolić, aby nienawiść która była jądrem ideologii ukraińskich szowinistów tkwiła również po naszej stronie. Pamiętajmy o postaciach jak Taras Boroweć, który w liście otwartym do UON-B apelował o zaprzestanie mordów na Polakach jednocześnie wskazując potrzebę współpracy. Nie wolno nam zapominać o przeszłości jednocześnie musimy skupić się na budowaniu przyszłości. Akcje informujące Ukraińców o wydarzeniach z tamtego strasznego okresu byłyby pożyteczniejsze.  Dobre stosunki sąsiedzkie są kluczowe dla obu stron. Ale nie za wszelką cenę... Róbmy swoje bez zbędnego gniewu i uważnie śledźmy sytuacje za wschodnią granicą. Decyzje podejmowane przez ukraińskie społeczeństwo będą dla nas drogowskazem.

 

Alek Krasuski

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy