Dziś jest czwartek, 17 sierpnia 2017 roku. Imieniny : Anity, Elizy, Mirona

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Polityka

O co idzie gra z Iranem?

Na świecie jest osiem państw dysponujących arsenałem jądrowym. USA i Rosja mają ilości rakiet liczone w tysiącach, pozostałe - w setkach. Uzbrojone w broń nuklearną sa m.in., pozostające w ciągłym konflikcie, Indie i Pakistan - przy czym ten drugi jest krajem, gdzie olbrzymie wpływy posiadają islamscy fundamentaliści (ale zarazem współpracującym z USA).

 

Jedynym państwem na Bliskim Wschodzie, uzbrojonym w kilkaset rakiet zdolnych przenosić bomby atomowe, jest Izrael. Nad programem atomowym pracuje Iran. Jak twierdzi - w celach pokojowych. Nawet jeśli założymy, że jest to blef, w ciągu najbliższych lat nie będzie on w stanie zbliżyć się do poziomu uzbrojenia Izraela. 

 

Ten ostatni planuje jednak atak "prewencyjny" na Iran. O przygotowaniach do niego mówi artykuł opublikowany w tych dniach na jednym z mainstreamowych portali. Ciekawy jest tytuł, jakim opatrzyła go redakcja. "Strach przed wojną Izraelu", w zestawieniu z treścią, która w całości dotyczy planów napaści na państwo ajatollahów, jest co najmniej dziwny. To mniej więcej tak, jakby o przygotowaniach Niemców i Sowietów w sierpniu 1939 r. roku pisać "strach przed wojną w Berlinie/Moskwie". 

 

Pojawia się pytanie: dlaczego Iran nie miałby mieć broni jądrowej? Czy jest państwem niestabilnym? Z pewnością jest dużo bardziej stabilny niż choćby Pakistan. Czy jest państwem "niedemokratycznym"? Z pewnością możliwość konkurencji politycznej jest większa niż chociażby w Chinach. Czy dokonywał w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat agresji na inne państwa? Nie - w przeciwieństwie choćby do Izraela czy USA.

 

Odpowiedź na pytanie - dlaczego wpływowe, międzynarodowe lobby, oparte o tandem Waszyngton-Tel Awiw, nie chce dopuścić nawet do potencjalnej możliwości posiadania przez Iran broni jądrowej? - jest prosta. Ponieważ na Bliskim Wschodzie zaistniałaby wtedy atomowa "równowaga sił" pomiędzy Izraelem i wspierającymi go USA, a Iranem. A równowaga sił przekreśla możliwość bezkarnych "interwencji" i zbrojnej realizacji naftowych (USA) lub terytorialnych (Izrael) interesów. 

 

Wydaje się, że podsycanie wojny w Syrii (wsparcie logistyczne, propagandowe, szkolenie żołnierzy walczących z Assadem) trzeba z tej perspektywy widzieć jako "czyszczenie przedpola". Powie ktoś - no tak, ale trochę nieudane to czyszczenie, bo wojna domowa trwa, a zwycięstwo islamistycznej opozycji wcale nie jest przesądzone. Zgoda, natomiast obecna sytuacja w Syrii gwarantuje, że ten dotychczasowy sojusznik Teheranu nie będzie w stanie podjąć żadnych działań przeciwko Izraelowi, gdy państwo żydowskie zaatakuje terytorium Iranu. 

 

Jeśli zaś chodzi o media - no cóż, gdyby nie służyły jednostronnej propagandzie, zatytułowałyby artykuł: "Izrael szykuje się do wojny" albo "Izrael gotowy do ataku na Iran".

Robert Winnickikresowiak urodzony i wychowany na polskich Łużycach, wszechpolak, działacz stowarzyszeń katolickich, wieloletni student politologii, publicysta, szef Młodzieży Wszechpolskiej 

Kombatanci obok prezydenta w Marszu Niepodległości?

Kombatanci obok prezydenta w Marszu Niepodległości?

 

Nie powinno dziwić, że prezydent Bronisław Komorowski chce zdusić obywatelską inicjatywę Marszu Niepodległości. Zaskakuje natomiast, że – przynajmniej jak na razie – tak ochoczo stanęła po jego stronie niemała grupa organizacji kombatanckich. 

 

O tym, że prezydent chce patronować wielkiemu marszowi 11 listopada słychać było już w zeszłym roku, gdy grupa chuliganów zaatakowała policję podczas organizowanego przez środowiska narodowe Marszu Niepodległości. Bronisławowi Komorowskiemu wyraźnie nie spodobało się, że inicjatywa opozycyjna do prowadzonej przez niego i rząd Donalda Tuska polityki potrafi zebrać kilkadziesiąt tysięcy ludzi. 

Przypomnijmy też, że jeszcze kilka miesięcy temu minister w kancelarii prezydenta prof. Tomasz Nałęcz ekscytował się pomysłem prezydenckiego marszu niepodległości, rysując dość komiczną perspektywę, że oto pod patronatem Komorowskiego spotkają się prof. Jan Żaryn i lider lewackiego środowiska „Krytyki Politycznej” Sławomir Sierakowski. Dodajmy, że to właśnie ten ostatni stoi na czele całego peletonu, który z organizowanego przez narodowców Marszu Niepodległości usiłuje zrobić „ustawkę” i to nie tylko w sensie pojedynku werbalnego. Wszak to „Krytyka Polityczna” zaprosiła do Polski na Święto Niepodległości niemieckie bandy z „Antify”, które atakowały m.in. grupy rekonstrukcyjne na ulicach Warszawy. 

 

Wiele wskazuje zresztą na to, że upolitycznienie marszu niepodległości prezydent Komorowski planował skrupulatnie od dłuższego czasu. Nie przypadkiem przecież zgłosił do parlamentu projekt ustawy, która istotnie ogranicza prawo do zgromadzeń. Niedawno zaś dały się już słyszeć jasne sygnały, że ulicami Warszawy przejdzie jeden marsz niepodległości – prezydencki. I zachodzą poważne obawy, że urzędnicy, zgodnie z nowym prawem o zgromadzeniach, nie popełnią nadużycia jeśli zabronią wyjść na ulicę prawowitym pomysłodawcom marszu w Święto Niepodległości. 

Takie działania prezydenta Komorowskiego mogą, a nawet powinny, oburzać, ale na pewno nie zaskakiwać. Skoro w Polsce pod partykularny interes SLD napisano ustawę zasadniczą, to czemu nie można odebrać obywatelskiemu stowarzyszeniu jego inicjatywy dla zyskania poklasku i silniejszego poparcia elektoratu. 

Dziwi za to inna rzecz. Oto Komorowski zaprosił na spotkanie w sprawie marszu niepodległości organizacje kombatanckie. Chciałby bowiem, aby to one swoim autorytetem wsparły jego pomysł. Fakt, że po przykrych wypadkach z obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego przez media przetoczyła się fala przesadnego i zakrawającego na farsę, oburzenia, niewątpliwie pomógł tej inicjatywie. Problem jednak w tym, że na, rzekomo jednoczące, spotkanie z organizacjami kombatanckimi nie zastał zaproszony Związek Narodowych Sił Zbrojnych, czyli organizator Marszu Niepodległości. Wobec tego jasnym jest, że prezydent zaznaczył wyraźnie linię podziału i dziwi, że inne organizacje kombatanckie nie wykazały solidarności z narodowcami. 

Dlaczego mieliby tak postąpić? Od ludzi, którzy cieszą się wielkim autorytetem oczekuje się pewnego dystansu wobec aktualnych politycznych wojenek, nawet jeśli – co jest sprawą zupełnie zrozumiałą – mają oni określone polityczne sympatie. Znacznie bardziej właściwym 

byłoby więc, gdyby organizacje kombatanckie pełniły rolę swoistego bufora między środowiskami narodowymi, a chcącym ugrać polityczny sukces prezydentem Komorowskim. 

 

Czy jednak jest w tej sprawie możliwe jakieś modus vivendi? Trudno powiedzieć, wszak członkowie stowarzyszenia Marsz Niepodległości nie ukrywają, że idea marszu 11 listopada zbudowana została niejako w opozycji m.in. do polityki prezydenta Komorowskiego. Na pewno jednak można wykazać się pewną delikatnością i subtelnością. Tych jednak – co stwierdzam z prawdziwym smutkiem - nie widać, gdy spojrzeć jak kombatanci swobodnie maszerują na spotkanie z, chcącym ukręcić łeb obywatelskiej inicjatywie patriotycznej, Komorowskim. 

Jest też inny argument, który mógłby może skłonić organizacje kombatanckie do większej powściągliwości, należnej roli każdego arbitra. Otóż młodzi narodowcy, którzy tak wytrwale pracują nad tym, by Święto Niepodległości miało swój wielki, patriotyczny wymiar mają w sobie swoistą patriotyczną egzaltację, która kilkadziesiąt lat temu kazała dzisiejszym kombatantom ruszyć do ciężkiej a nierzadko beznadziejnej walki z hitlerowskim i sowieckim najeźdźcą. 

 

Czy warto więc jednoznacznie stawać pod stronie Bronisława Komorowskiego, który podobne patriotyczne uniesienia przeżywał wiele lat temu, za czasów PRL gdy był faktycznie dzielnym kontrrewolucjonistą? Obecny prezydent zaraz po 1989 roku zarzucił przecież bez zażenowania antykomunistyczne poglądy i wstąpił w salonowe podwoje. 

Dobrze więc by kombatanci pamiętali, że jednoznacznie opowiadając się po stronie Komorowskiego, zostawiają samych sobie młodych i pełnych pozytywnej emocji patriotów. Wiem, że taki argument brzmi emocjonalnie, ale wydaje się nie być pozbawiony racji. A nade wszystko warty jest rozważenia. 

 

 

 

Krzysztof Gędłek - student politologii, działacz organizacji studenckich. Publicysta portalu Polonia Christiana24.pl. oraz kwartalnika „Myśl.pl”.  Pasjonat polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, szczególnie w okresie po 1945 roku. 

Powstanie warszawskie 44

Porachunki wrześniowe w Powstaniu Warszawskim 44,  IV 

1 sierpnia i  1 września, jak corocznie obchodziliśmy smutne święta narodowe. Dwie klęski i dwa spektakularne dramaty. Warto zastanowić się co łączy, co dzieli te dwa wydarzenia i dwie rocznice.  Pamięć tych rocznic, sposób świętowania wiele mówi nam nie tylko o bohaterach tej pamięci, ale również o nas samych, o stanie naszych serc i sumień, o naszym pojmowaniu czym jest dobro wspólne.  Co łączy Powstanie Warszawskie 44 z kampanią wrześniową 39? 

Oczywiście Powstanie Warszawskie jest jednym z następstw wydarzeń września, jednak czasem warto się zastanowić nad tym, co być może bezpośrednio łączyło te dwa wydarzenia, zwłaszcza w sferze polityki polskiej ówczesnych czasów.  Wiesław Chrzanowski tak  odnosił się do tego związku: „…Czy pewnej roli nie odgrywała ta psychologiczna potrzeba rehabilitacji za klęskę wrześniową?.... Podzielam to przypuszczenie. Kręgi zawodowych wojskowych uważały organizowanie armii podziemnej za wielki sukces……………. Gdyby zrezygnować z powstania, to cały ten wysiłek pięciu lat, mógł stać się niewidoczny. A do tego myślenie kategoriami insurekcyjnymi w naszej historii miało utrwaloną pozycję.”  Opinia wyjątkowego świadka. Świadka, który nie tylko tak jak wielu młodych z konspiracji narodowej brał udział w powstaniu, ale należał do tych nielicznych, którzy jeszcze przed decyzją o wybuchu zastanawiali się nad trafnością tej decyzji, mało tego, próbowali ją zmienić.     „Przecież stanowisko środowiska stołecznego MW przeciwne wywoływaniu powstania,….. nie wiązało się z   przewidywaniem gigantycznych ofiar i zniszczeń. Tego nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić. Przekonani byliśmy, że dowództwo AK decydując się na powstanie, będzie miało dostateczne przesłanki, by sądzić, że w ciągu kilku dni Armia Czerwona wejdzie do Warszawy. Wtedy będą nas, zdekonspirowanych w trakcie powstania, wywozić na Wschód. Powtórzy się sytuacja Wilna.”   

Warto zwrócić uwagę na przytoczoną argumentację, dlaczego należy powstania nie robić. Te argumenty, wiedza, jaka wówczas posiadało nie tylko dowództwo wojskowe, jest przeważnie pomijana przez zwolenników decyzji o wybuchu powstania. Wypowiedź prof. Andrzeja Nowaka jest dość wymownym przykładem, jak traktuje się historię jako naukę oraz rolę i miejsce rozwagi, rzetelności w ocenianiu faktów, zdarzeń, czy sytuacji.   Prof. A Nowak Rzeczpospolita z 29 lipca  „Wyłączna odpowiedzialność za tę tragedię spoczywa na Niemcach i asystujących im swą morderczą bezczynnością Sowietach. Stawianie powstańcom zarzutów, że doprowadzili do zniszczenia Warszawy, wydaje mi się wyrazem głębokiego kompleksu.  Co to za kompleks? To kompleks strachu przed silniejszym, którego trzeba byłoby oskarżyć o zbrodnie na Polsce – i przeciwstawić mu się. Zamiast tego łatwiej obwinić rodaków o wszelkie nieszczęścia. Idąc tropem tego kompleksu, należałoby się godzić na obce panowanie, siedzieć cicho i liczyć na to, że jakieś niezależne od nas siły historii łaskawie zwrócą nam utraconą wolność. (...) Powstanie Warszawskie było podobne do zachowania kobiety zaatakowanej przez gwałciciela. Zaciekła obrona przed napastnikiem może spowodować większe obrażenia, ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie tłumaczyłby później, że kobieta jest sama sobie winna, bo się broniła”

Cały przeprowadzony przez prof. Nowaka dowód w sprawie jest mieszaniną ocen, faktów, a zwłaszcza kontekstów oraz fałszywych zestawień, jak „kompleks” czy „zgwałcona kobieta”.  Klasyczna polityczna „analiza” tez propagandowych, ale jeszcze istotniejsze jest to, że bardzo wiele tzw. poważnych osób tak właśnie myśli. Co gorsza wielu z nich dziś również jest gotowych decydować w ten sam sposób. Dla mnie przedstawiona argumentacja jest moralnie nie do zaakceptowania. Najbardziej przykre jest to,  że profesor historii  kwestionuje swój warsztat, a tym samym podważa swój autorytet. Zmusza nas do zastanowienia się, czy w innych przypadkach również nie chodzi tylko o uzasadnienia własnej tezy bez względu na fakty i zdarzenia jakie miały miejsce.

Zastanówmy się na tym konkretnym przykładzie do czego ma służyć posługiwanie się argumentem „kompleksu”. Prawdą jest, że  przytłaczająca większość z nas ma mocno rozwinięte kompleksy narodowe, nakazujące nam przyjmowanie pewnych poglądów i postaw na wiarę, jak np. postępowy i nowoczesny, kulturalny i cywilizowany, to z góry wiadomo, że progejowski, jak hetero i chodzi do kościoła to ciemnota i zacofaniec niewykształcony ludożerca itd. Tylko, że w tym konkretnym przypadku  mamy do czynienia z innym powszechnym zjawiskiem, a mianowicie z tworzeniem samousprawiedliwień i przerzucania odpowiedzialności za własne porażki i błędne decyzje np. przeciwników i konkurentów, na tzw. wrogą agenturę, za własne chciejstwo i lekkomyślność, wniosek: winę ponoszą inni. My nie, bo chcieliśmy dobrze. Konieczność wybielenia się, u jednych biorąca się z powodu gry o władzę, u pozostałej większości z potrzeby oswojenia kolejnej klęski.  O Powstaniu Warszawskim w tym kontekście debaty jeszcze nie było. Jak dalece obóz sanacyjny był gotów się posunąć, aby zachować zdobytą w maju 26 roku władzę i nie ponieść odpowiedzialności politycznej za wrześniową katastrofę? Może warto zajrzeć do studni naszej niewiedzy, niż dalej żyć w fałszywych przekonaniach. Wiesław Chrzanowski do  tej kwestii, odniósł się tak:   „trzeba jednak zdawać sobie sprawę, jak niebezpieczne może być przyznawanie pierwszeństwa nad dobrem wspólnym własnym ambicjom grupowym, identyfikowanie ich z tym dobrem. W swojej ostatniej książce „Suplement” w rozdziale „W imię czego ta ofiara ?” użył jeszcze dwóch wymownych komentarzy:  „Fałszywa historia jest matką fałszywej polityki’- Józef Szujski” oraz  „ Nie pomoże i męstwo, gdy przezorność mała, Samobójcze skłonności Polska zawsze miała” –Aleksander Fredro”. 

Czytając (jak co roku) komentarze internautów, należy dostrzec dość istotną zmianę treści. W porównaniu do lat poprzednich coraz więcej komentujących, zwłaszcza wielu młodych, zaczęło zadawać pytania i zgłaszać wątpliwości,  zastanawiając się nad  sensownością decyzji o wybuchu powstania, rozróżniając przy tym czyny bohaterów od intencji decydentów. Ta  zmiana jest już  wyraźnie widoczna. Dlatego znów pojawiają się opinie i nawoływania, aby w dniach rocznic, świąt nie dyskutować, nie prowadzić sporów i nie buczeć. W związku z takim  stawianiem sprawy mam pytanie, jeśli obchody rocznic nie są dobrym pretekstem do ogólnonarodowej dyskusji nad naszymi sprawami to kiedy i jak?  Myślę, że rocznice nie są tylko po to, aby pamiętać, ale również zastanawiać się, jak i co pamiętać. Rocznice warte naszej zbiorowej pamięci, powinny być również źródłem dyskusji refleksji nad teraźniejszością i przyszłością, zwłaszcza kiedy jeden ukryty obóz polityczny walczy z patriotyzmem a drugi uprawia narodową histerię.  Przy takim podejściu  znika istota przekazu z przeszłości, po co ta czy inna rocznica? W konsekwencji życie  bohaterów złożone na ołtarzu majestatu najjaśniejszej Rzeczypospolitej, traci swój sens, pozbawione zostaje treści skoro potomni wciąż są ślepi i głusi na głosy zza grobu. Za Chrzanowskim należy zapytać „ W imię czego ta ofiara?”  Z tej perspektywy argumentacja jaką żongluje profesor A. Nowak przywołując przykład zgwałconej kobiety, jej prawa do samoobrony jest równa manipulacjom  Antoniego Macierewicza, uchodzącego za pierwszego lustratora III RP i IV RP.  Na koniec przytoczę pełny komentarz internauty umieszczony pod wypowiedzią profesora A. Nowaka  @Zbych "To było nie do przewidzenia." - w 1944 roku nie było do przewidzenia? Po tym, jak Niemcy z Sowietami wymordowali już miliony ludzi? Oczywiście, że to było do przewidzenia. Gen. Pełczyński, jeden z głównych zwolenników powstania, spytany przez Delegata Rządu parę dni przed wybuchem, co się stanie, jeśli Sowiety nie przyjdą, odpowiedział: "Wtedy Niemcy nas wyrżną". I tak się stało. Po Katyniu i innych masowych mordach, wywózkach, rozbrojeniu AK na Kresach, każdy wiedział, że Stalin życzy nam jak najgorzej. To było jak najbardziej do przewidzenia.” 

Zestawiając treść tej wypowiedzi z cytowanymi argumentami Pana Marszałka mamy najlepszy dowód, że nie chodzi o tajemną wiedzę z perspektywy obserwatora post factum . Tak powoli prawda o nas i naszych wyborach  przebija się. Czy w związku z tym, nasze elity i my sami nauczymy się czegoś wartościowego, czy nauczymy się podejmować bardziej odpowiedzialne decyzje polityczne?

 

Piotr Zych - Przedsiębiorca. Od 1979r. w środowisku I LO Ruchu Młodej Polski. Założyciel  Ruchu Harcerzy Polskich 1981, w latach 1985-89 współtwórca  poznańskiego środowiska Młodzieży Wszechpolskiej, represjonowany w stanie wojennym, członek założyciel i władz ZCHN, współzałożyciel Towarzystwa Szkoły Katolickiej i Prezes koła Akcji Katolickiej przy parafii NSPJ w Gorzowie Wlkp., obecnie w  Stowarzyszeniu Polityki Nowoczesnego Patriotyzmu; wydawca i współwydawca tytułów Filarety, Młodzieży Wszechpolskiej, Gimnazjalisty, Reduty i Nowej Prawicy; członek redakcji portalu i kwartalnika Myśl.pl

Suplement s.171 
Suplement s.166
Portal wpolityce. 24.07.2012 22:5547, Bić się, czy nie bić? A. Nowak 
Suplement s.181
Jw.
Portal polityce.pl 24.07.2012 22:5547, Bić się, czy nie bić? A. Nowak

Przepis na sukces. Oportunizm plus intrygi

Stosunkowo niezauważona przebrzmiała ostatnio jedna z ciekawszych wypowiedzi prof. Jadwigi Staniszkis. Szkoda, bo podała ona gotową receptę na sukces w polskiej polityce. W dodatku receptę, jak dowodzi rzeczywistość, niezwykle trafną i poparta dowodami. 

Zdaniem Prof. Staniszkis:  Wizja, trafna analiza, długi horyzont myślenia, stałe pogłębianie wiedzy o systemie - nie są konieczne. A nawet często wykluczają: patrz przypadek Rokity (…)  W polityce (a na pewno - w polskiej polityce) wystarczy oportunizm i intrygi. Jak przekonuje: „Kapitalizm polityczny" niszczył rynek, bo radykalnie różnicował szanse w rynkowej grze. A obecny "kapitalizm sektora publicznego" radykalnie niszczy państwo. Żadna partia nie jest w tej kwestii bez grzechu. 

W swoim przekonaniu prof. Staniszkis wydaje się nie być odosobniona. Podobne do niej zdanie wyraził nie tak dawno politolog, dr Wojciech Jabłoński stwierdzając, że:  Większość polityków w Polsce to ludzie bezideowi,  miernoty intelektualne. Przyszli do polityki, żeby się dorobić i wygodnie żyć za pieniądze podatników. Nie ma już służby publicznej - jest kapitalizm polityczny. Najsmutniejszy jest jednak fakt, że coraz częściej, by nie napisać: nagminnie, zdanie to podziela setki tysięcy, jeśli wręcz nie miliony Polaków. 

Chociaż słowa prof. Staniszkis boleśnie leczą z idealizmu, to wydają się być najszczerszą prawdą. Wyciągnijmy z nich wnioski. Dzisiaj jedynym programem wielu polityków są oni sami. Takimi błahostkami jak przekonania, idee czy interes wyborców przejmują się oni raczej od święta. A przynajmniej raz na cztery lata...

 

Krzysztof Tenerowicz - Przedsiębiorca, publicysta i samorządowiec. Nauczyciel akademicki, redaktor naczelny portalu Mysl24.pl

Mądry jak Austriak

Na fali niedawnego wyjazdu polskiej wycieczki do Londynu, przez niektórych zwanej też polską reprezentacja olimpijską z lewa i prawa płyną recepty na uzdrowienie polskiego sportu. Podobno każdy Polak zna się na sporcie, biznesie i polityce. Jak jest z tymi ostatnimi nie wiem. Co do sportu wiem, że droga do sukcesu bywa długa i kręta.

 

Nie da się nie zauważyć, ze z kolejnych igrzysk wracamy w coraz to gorszych nastrojach. W tych zimowych nasi sportowcy zazwyczaj i tak mieli status obserwatorów z prawem udziału. Do czasu gdy jednoosobowa spółka medalowa „Adam Małysz” zaczęła dostarczać nam niebywałych emocji, a i sporych sukcesów, a z czasem do owej spółki dołączyła Justyna Kowalczyk raczej przywykliśmy do porażek. Po zakończeniu kariery przez „Orła z Wisły” potęga polskiego sportu w białej odmianie spoczywa niemal wyłącznie na barkach Justyny Kowalczyk. Co się tyczy olimpizmu w odmianie letniej, w przeszłości bywało nieźle. Nawet jeśli uznamy, że zdobycie w 1980r. na Olimpiadzie w Moskwie 32. krążków było spowodowane absencją wielu reprezentacji bojkotujących te igrzyska to należy przyjąć, że zdobycie cztery lata wcześniej 26. medali w Montrealu (6. miejsce w klasyfikacji medalowej) czy tylko pięciu mniej w Monachium w 1972r. to był sukces. Nawet w dobie transformacji, trudnych  lat 90-tych pukaliśmy do pierwszej dziesiątki najmocniejszych sportowo krajów zdobywając w Atlancie 17 krążków, w tym 7 złotych (11. miejsce). Teraz cieszymy się z dziesięciu, w tym 6-ciu z najmniej cennego kruszcu. Recept na zmianę tej sytuacji słyszałem sporo. Najbardziej spodobała mi się ta zakładająca przyznanie przez Panią ministrę sportu i turystyki, Joannę Muchę ponad 4. milionów złotych na nagrody pieniężne dla działaczy sportowych.  Niewątpliwie to prosta droga do sukcesu już za dwa lata w Soczi i za cztery w Rio. 

Gdy już mi się wydawało, że pora najwyższa zacząć się pasjonować żużlem czy innymi para sportami, w których rywalizujemy z góra 10 innymi państwami to natrafiłem na prasową perełkę przy której geniusz ministra blaknie niczym żarówka przy słońcu. Otóż przeczytałem, że jej ministerialny odpowiednik w Austrii, zbulwersowany brakiem jakiejkolwiek zdobyczy medalowej swoich sportowców co wydarzyło się po raz pierwszy od 1964 przelicytował naszą ministrę na głowę. Co prawda, podobnie jak nasi decydenci zapowiedział, że skończy się era „olimpijskich turystów” wysyłanych za pieniądze naddunajskich podatników, jednak jego plan uzdrowienia sytuacji bije na głowę wszystkie zgłoszone przez naszych wirtuozów sportu, a nawet turystyki. Pan minister w ramach sanacji austriackiego sportu obwieścił bowiem, że: „potrzebna jest rewolucja, mocny wstrząs. Nie będzie olimpijskiej turystyki. Państwo powinno wspierać najpopularniejsze i najbardziej prestiżowe dyscypliny sportu, a nie finansować całe spektrum dyscyplin, które i tak nie przyniosą nam sukcesów”. Austriakom życzę szczęścia. Zwłaszcza jeśli zamierzają inwestować w najpopularniejsze i najbardziej prestiżowe dyscypliny. Już widzę te triumfy potomków Mozarta i Straussów w biegu na 100m. święcone nad koalicją amerykańsko-jamajską czy też rozbitych w pył na parkiecie siatkarskim Brazylijczyków. Nie śmiem wątpić też w potęgę austriackiej szkoły pływania czy też umiejętności naddunajskich piłkarzy nożnych i ręcznych, koszykarzy czy tabunu judoków, bokserów i zapaśników.  Wróćmy na ziemię. Zanim zaczniemy, podobnie jak austriacki minister opowiadać dyrdymały (notabene jemu samemu prezes austriackiego Komitetu Olimpijskiemu wytknął tygodniowy pobyt w Londynie w roli …turysty), zastanówmy się nad tym w czym byliśmy i mamy szansę być dobrzy. Czy aby nie warto skoncentrować się na dyscyplinach o długich tradycjach i niemniejszych sukcesach? Nie wymagających relatywnie dużych nakładów, a przy okazji leżących „w naszym charakterze”? Wydaje mi się, że zarówno sporty walki, pływanie, wioślarstwo i kajakarstwo w połączeniu z lekkoatletyką, strzelectwem, podnoszeniem ciężarów czy szermierką  oraz niektórymi sportami drużynowymi (byle nie piłką nożną) mogą dać dobre wyniki. By tak się jednak stało i kolejne igrzyska nie były areną rywalizacji z Grenadą, Kuwejtem i Bahrajnem o wejście do pierwszej „50” klasyfikacji medalowej za działanie musi się zabrać najpóźniej dziś. Tym bardziej, że satysfakcja z porażek innych może mieć krótkie nogi. Tak jak w przypadku wspominanej powyżej Austrii, która pomimo klęski w Londynie reprezentację wysyła także na igrzyska zimowe, a  z tych ostatnich ostatnio przywiozła 16 krążków…

 

Jakub Dobropolski -  Obserwator życia i ludzi. Fanatyk gier planszowych i komiksów.  Niepoprawny i całkowicie nieromantyczny zwolennik polskości.

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy