Dziś jest poniedziałek, 25 września 2017 roku. Imieniny : Aureli, Kamila, Kleofasa

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

O dostępie do broni

Powszechny dostęp do broni od zawsze był  tematem niezwykle kontrowersyjnym. Różne środowiska prezentują różne scenariusze konsekwencji posiadania broni. Mniej lub bardziej przychylne. Ja postaram się przedstawić własną i o ile mi się uda, jak najbardziej racjonalną.

Mając na uwadze, iż głównym argumentem przeciwników broni jest możliwie łatwy dostęp ludzi niepowołanych do niej, pragnę, więc zacząć właśnie od regulacji prawnej i, co najważniejsze, psychologicznej owych "kandydatów". Po pierwsze; osoba, która została skazana prawomocnym wyrokiem sądu na karę pozbawienia wolności za przestępstwo, zostanie dożywotnio pozbawiona prawa do posiadania broni. Po drugie; osoba, która ukończyła szkolenia z wynikiem negatywnym, dalej nie będzie posiadać prawa do posiadania broni.

Szkolenia? Chyba nikt z was nie myślał, że na początku długoletniego planu uzbrajania społeczeństwa będziemy rozdawać broń, jak ciepłe obważanki na krakowskim rynku. Szkolenia powinny odbywać się w placówkach wojskowych pod okiem wyszkolonych instruktorów. Podczas tych szkoleń należy przekazywać nie tylko umiejętność obsługi broni, ale i nauczać, iż jej użycie jest ostatecznym krokiem w samoobronie. Przestrzegać o karze pozbawienia wolności za nieuzasadnione i pochopne użycie jej. Połączenie tych szkoleń z obowiązkowymi szkoleniami wojskowymi obywateli, którzy ukończyli wiek pełnoletni byłby ciekawym pomysłem, jednakże to temat na kiedy indziej. O ile te dwa punkty są dla mnie rzeczami obligatoryjnymi to z pewnością znajdą się jeszcze ludzie, którzy chętnie by kilka rzeczy dodali do tej listy. Ja bez tych pozycji nie byłbym w stanie zgodzić się na poparcie projektu ustawy nieważne z jakiego środowiska by on nie pochodził.

Aby zachować racjonalność we wdrożeniu tego planu, należy mieć na uwadze ciągłą kontrolę i obserwację reakcji społeczeństwa. Wychowywać nowe pokolenia ucząc o niebezpieczeństwie i bezpieczeństwie posiadania broni. Nauka o tym, iż broń nie jest zabawką wydaje się rzeczą obowiązkową. Oczywiście w podstawówkach żadnych broni nie będzie. Wyjazdy na strzelnicę czy już pierwsze praktyczne kroki powinny zaczynać się na okres przypadający w gimnazjum (o ile jeszcze owe pozostaną).

Oczywistym jest ochrona przed dostępem patologii do broni. Dlatego kolejny paragraf mówiący o tym, że osoby ubezwłasnowolnione (częściowo jak i całkowicie) nie będą mogły zakupić ani posiadać broni.

Podsumowując, broni nie dostaną kryminaliści, ludzie chorzy umysłowo, narkomani, alkoholicy, młodzież niepełnoletnia, ludzie, którzy utracą broń ze względu na użycie jej w celu innym niż samoobrona. Broń będą mogli zakupić i posiadać ludzie, którzy pozytywnie ukończyli szkolenia, otrzymując licencję, posiadający wiek pełnoletni, niekarani, tylko i wyłącznie do celów obronnych.

Wspomniałem już na samym początku, że większość ludzi za powszechnym dostępem mają na myśli wolność panującą w USA. W Ameryce dostęp do broni jest prawem, z którym się rodzi człowiek. Amerykańskie społeczeństwo jest niezwykle doświadczonym pod względem dostępu do broni i ich obecny system jest oparty na doświadczeniach z bohaterami jak i wielkimi tragediami. Jeśli są ludzie, którzy uważają, ze należy ten system po prostu skopiować na polską drogę, to sprowadza do Polski wielkie niebezpieczeństwo. My, jako Polacy, musimy stworzyć własną drogę na tyle racjonalną, aby w czas zareagować przed tragediami a jednocześnie utrwalić się w mentalności, aby broń była kojarzona tylko i wyłącznie z obroną a nie z przemocą.

W końcu kto daje małemu dziecku załadowaną broń do ręki?

 

Paweł Zalewski

 

Dobro jest bezkompromisowe i takie winniśmy wspierać. Nie jest nim WOŚP

Coraz bliżej Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, festiwalu wokół którego z roku na rok pojawia się więcej wątpliwości. Kilka dni temu napisałem na Twitterze: „Do wszystkich entuzjastów WOŚP: Hochsztaplerstwo nie jest chrześcijańskie, nawet gdy działa w dobrej wierze” oraz „Porwany duszpasterską odpowiedzialnością: NIE WSPIERAJCIE HOCHSZTAPLERSTWA”.

 

Twardość prawdy

Od początku swojego zaangażowanie w problem Owsiaka i jego dzieł, zdawałem sobie sprawę, z jak wielkim grubiaństwem spotkam się, zwłaszcza ze strony anonimowych (czytaj: tchórzliwych) internautów. Do zaangażowania w problem zmotywowały mnie słowa papieża Benedykta XVI:

„Jezus, który byłby w zgodzie ze wszystkimi, Jezus bez świętego gniewu, bez twardości prawdy, nie jest prawdziwym Jezusem, lecz Jego żałosną karykaturą”.

W odpowiedzi na imperatyw Jezusa: „Naśladujcie Mnie”, nie godzę się na żałosny, frajerski konformizm, dobro usłane defektami. Jestem zdeterminowany, by głosić prawdę, gdyż podstawowym powołaniem misjonarza jest naśladowanie prawdziwego Jezusa, a nie Jego „żałosnej karykatury”.

Entuzjazm miłosierdzia

U początku wyjaśnię. Nie jestem przeciwnikiem pomocy potrzebującym. Co więcej, jestem entuzjastą inicjatyw miłosierdzia, czego wyraz dałem w akcji pod patronatem „Fundacji na Ratunek dzieciom z chorobą nowotworową”, z Obozem Narodowo-Radykalnym i Młodzieżą Misjonarską (http://wroclaw.gosc.pl/doc/2893442.Pluszak-oplatek-i-modlitwa-paczka-idealna). Jednak wokół WOŚP dzieje się zbyt wiele zła, na które jako kapłan, duszpasterz mający propagować Prawdę i Dobro, w żadnym wypadku nie mogę pozwolić.

Defekty dzieł Owsiaka

Cieszę się, że WOŚP przyczynia się do zakupu sprzętu medycznego dla chorych dzieci, jednak w parze z tą inicjatywą idzie demoralizacja młodzieży na przystanku Woodstock, finansowe niejasności oraz wielkie koszty związane z organizacją festiwalu, znacząco nadwyrężające budżet miasta.

Zaćpanie jako kwintesencja wolności?

Jako sługa Chrystusa, który bierze odpowiedzialność za tych do których zostałem posłany, nie mogę przejść obojętnie wobec taplania się w błocie, łatwo dostępnych narkotyków, smartów i alkoholu sprzedawanego nieletnim na Przystanku Woodstock organizowanym przez pana Jerzego Owsiaka. Podczas tego festiwalu poszkodowanych zostaje wielu uczestników, często ponosząc nawet śmierć poprzez „przyćpanie” czy zapicie alkoholowe. W Polsce nie ma drugiego, tak negatywnego w skutkach spotkania młodzieży jak ten, organizowany przez promowanego przez mainstream „najwyższej klasy filantropa”, „wychowawcę młodzieży” Jerzego Owsiaka. W którym miejscu Ewangelia lub zwykła przyzwoitość i zdrowy rozsądek pozwala na promocję tego rodzaju seansów?

Cicha zgoda na szydzenie z Chrystusa

Podczas festiwalu – w mediach głównego nurtu nazywanego „pokojowym” – dochodzi do obrazoburstwa, któremu organizatorzy się nie sprzeciwiają, co więcej, wydaje się że po cichu przyklaskują. W 2013 roku celebryta Jakub Wojewódzki, który w jednym z programów telewizyjnych w fekalia wsadził Polską flagę, na Przystanku Woodstock deprecjonował Słowo Boże: „Biblia nie jest Księgą Życia. Tam jest tyle nienawiści, przemocy, seksu, brutalności…”. Wielu odpowie, że na Woodstock zapraszani są ludzie różnych kultur. Może i tak, jednak część z nich, księża i świeccy reprezentujący wartości chrześcijańskie nie są szanowani. Spotykają się z atakami agresji, a krzyż przy namiocie Przystanku Jezus jest regularnie profanowany.

WOŚP pod sztandarem odwróconego krzyża

Jak kapłan, katolik, może popierać inicjatywę spod sztandaru odwróconego do góry nogami i wyłamanymi ramionami krzyża – znaku Zbawienia, będącego symbolem wrogiej Kościołowi i Ewangelii lewackiej ideologii, a przez wielu, zwłaszcza egzorcystów, uważana za symbol satanistyczny?

Chrześcijanin winien zrobić co w jego mocy, aby żadna złotówka nie wpłynęła na to demoralizujące spotkanie młodych, promowane pod szyldem haseł nawołujących do rzekomej „tolerancji”. Niestety po raz kolejny widać, że dla lewackich ideologii tolerancja funkcjonuje jednostronnie. Popierając WOŚP po prostu przyczyniamy się do promocji agresywnej, wrogiej Kościołowi, Ojczyźnie i dobremu wychowaniu ideologii. Bo co to za dobro, gdy z jednej strony kupujemy medyczny sprzęt potrzebującym dzieciom, a z drugiej rozpijamy polską młodzież? Lepiej wesprzeć inną szlachetną fundację, która ukierunkowana jest na dobro bez jakichkolwiek światłocieni. A takich fundacji jest przecież mnóstwo!

Komunistyczne wychowanie

Za powyższymi przemawia również pochodzenie Jerzego Owsiaka, syna aktywnego działacza PZPR, wykładowcy w Ośrodku Szkoleniowym ZOMO – Zbigniewa Owsiaka oraz pracownicy MO w Wydziale I Komendy Wojewódzkiej w Gdańsku, a później jako urzędnik tamtejszej prokuratury. Przecież niedaleko pada jabłko od jabłoni… Jego udział w firmie „Carpatia” zaangażowany – według Pospieszalskiego – w montowanie podsłuchów w seminarium przemyskim za czasów abpa Tokarczuka, jest tego jednym z wielu dowodów.

Furia Owsiaka

Z roku na rok, wokół „charytatywnej działalności” WOŚP pojawia się coraz więcej finansowych wątpliwości. Organizator broni się przed ujawnieniem finansowej dokumentacji, co dobitnie podważa transparentność Wielkiej Orkiestry, fundacji Złoty Melon oraz Mrówka Cała, czym wnikliwie zaczął przyglądać się słynny bloger Matka Kurka, doprowadzając przy tym pana Jerzego Owsiaka do pasji. Czy człowiek o czystym sumieniu w sposób wybitnie agresywny, niczym diabeł na święconą wodę, reagowałby na pytania związane z przejrzystością finansową?

Dobro jest bezkompromisowe

Mimo, że dzięki WOŚP zostaje zakupionych sporo sprzętów medycznych dla chorych dzieci, filantropia nie może iść w parze z hochsztaplerstwem i demoralizacją młodzieży! Dobro jest bezkompromisowe i takie winniśmy wspierać.

„Za prawdę cierpieć”

Jako duszpasterz czuję się zobowiązany, by zareagować na zło z jakim wiąże się Wielka Orkiestra  Świątecznej Pomocy. Zdaję sobie sprawę, że w wyniku mojego apelu zostanie w moim kierunku wystosowany stek obelg. Wierzę,  że są one efektem zwykłego indyferentyzmu. Jednak nie mogę postąpić inaczej, mimo w wielu przypadkach opłacanego „hejtu” skierowanego na moją osobę, motywują mnie do działania słowa błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki:

„Rola księdza jest taka, by głosić prawdę i za prawdę cierpieć”.

Wspierajmy SZLACHETNE inicjatywy

Ludzi dobrej woli, chrześcijan gorąco proszę, by wszelkie datki, które mieli w zamiarze przeznaczyć na WOŚP przeznaczyli na inną szlachetną fundację wspierającą potrzebujące dzieci, np. na fundację „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, z którą miałem przyjemność ostatnio współpracować. Ponadto chcę uczulić, że nasza aktywność miłosierdzia nie powinna sprowadzać się do jednorazowego wrzucenia ofiary do festiwalowej puszki, a winna być regularna i kompleksowa. Powinna również obejmować modlitwę, wsparcie, zwłaszcza wobec tych, których mamy obok siebie najbliżej we wspólnocie parafialnej, na osiedlu.

Ks. Jacek Międlar CM

https://twitter.com/jarek_44

 

źródło: https://areopagblog.wordpress.com

 

Piętno Solidarności

W tym tekście nie będę obrażał ludzi, którzy postawili się komunistycznej władzy, często ryzykując własnym życiem. Nie będę odbierał zasług niewątpliwym bohaterom tego potężnego zrywu. Zostawmy może to, kto rzeczywiście zasłużył na nazwanie go bohaterem, czy tez inaczej – legendą Solidarności. Nie dlatego, że brakuje mi odwagi, by wystąpić przeciw osobom wyniesionym na ołtarze przez III RP, a z tego powodu, iż tekst ten ma zobrazować konkretne zjawisko, zatem wchodzenie w personalne pojedynki nie jest w tym przypadku koniecznością.

 

Kilka tygodni temu w rozmowie z jednym z Czytelników, stwierdziłem, że niewykorzystanie potencjału, który tkwił w tym wielomilionowym zrywie jest zbrodnią. I ze swoich słów się nie wycofuję, bo uważam, iż wiele osób zachowało się w tamtych czasach „tak, jak trzeba”. Tym osobom zawsze będę oddawał największy szacunek, bo postawiły na szali swoje życie rodzinne czy zawodowe. Te dywagacje dotyczą jednak wydarzeń historycznych. Do tej samej kategorii należą też rozważania, którzy liderzy Solidarności zachowali twarz do końca, a którzy dla korzyści wszelkiej maści wybrali życie z zakneblowanymi ustami. Już nie wspomnę w tym miejscu o często spotykanych słowach pochwalnych dla ludzi, z którymi wcześniej walczono.

 

Jednak we współczesnej rzeczywistości społecznej i politycznej mamy do czynienia z jeszcze jednym zjawiskiem, które jest niezmiernie niepokojące. Ktoś powie, że to przejaw braku pokory z mojej strony, albo postawy roszczeniowej, ale uważam, że nadszedł najwyższy czas, by powiedzieć głośno i wyraźnie: zasługi w walce z władzą w poprzedniej epoce nie są decydującym czynnikiem w legitymizowaniu działań politycznych żadnej jednostki. Tak, jak sama poczciwość i umiłowanie Ojczyzny nie oznacza, że ktoś będzie dobrym działaczem potrafiącym interpretować zjawiska zachodzące we współczesnym świecie. Już nie mówiąc o zapobieganiu zagrożeniom bądź rozwiązywaniu zaistniałych kryzysów. To tak, jakbym ja kandydował na jakiekolwiek stanowiska państwowe tylko dlatego, że napisałem kilka artykułów i nie wstydzę się swojej miłości do narodu, którego jestem członkiem.

 

Wspomniałem wcześniej, że szanuję osoby, które wystąpiły przeciw komunistycznej władzy, jednak dziwię się, że wiele z tych osób uznało, iż mają wyłączne prawo do moralizowania i pouczania innych. Rozumiem, że z doświadczeń tych osób trzeba korzystać i ich głos powinien być ważną częścią debaty publicznej, ale nie godzę się na wyciskanie piętna Solidarności na wszystkich kolejnych pokoleniach. Wiele razy spotkałem się z tezami, iż skoro nie żyłem w tamtych czasach, to nie powinienem zabierać głosu. Cóż, skoro taką postawę przyjmujemy, to zakładam, że w ogóle nie mam prawa rozmawiać o historii, która wydarzyła się przed dniem moich narodzin.

 

Świat nieustannie ulega modyfikacjom, dlatego zasługi nie mogą być jedynym czynnikiem uprawniającym do działalności społecznej czy politycznej. To, co powinno się liczyć przede wszystkim, to kompetencje, bo potrzebujemy ekspertów, którzy swoją działalnością służą narodowi, a nie miernych amatorów, którzy coś usłyszeli, coś zobaczyli, coś może zrobili, ale bardzo kochają swój kraj, więc im się wszystko należy. Tu już jednak poruszyłem drugi wątek, który nie dotyczy tylko pokolenia Solidarności, ale także tych współczesnych patriotów, którzy wyrażają chęć kandydowania w przeróżnych wyborach.

 

 

Michał Patyk – student, sekretarz redakcji oraz publicysta myśl24.pl, współpracownik portalu ProstozMostu.Net oraz kwartalnika Myśl.pl 

Intelektualne szambo wybiło

Wystarczyło, by narodowcy weszli do Sejmu, aby wybitni intelektualiści i znawcy ideologii politycznych zaczęli medialną nagonkę na polski obóz narodowy. Odtąd każdy, kto sprzeciwia się pseudopostępowej indoktrynacji nie jest zacofańcem, a nazistą, naziolkiem, zastępcą esbeka, spadkobiercą ideologii faszystowskiej. Natomiast wszelkie marsze czy manifestacje nie są już przejawem swobód obywatelskich, a brunatnym zgromadzeniem.

 

Po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości oraz wprowadzeniu kilku polskich narodowców do Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej, media ogłosiły śmierć polskiej demokracji. Jednak z zupełnie niezrozumiałych przyczyn, nie poinformowały, że to one i intelektualne miernoty zamordowały z premedytacją ostatnie tchnienia wzajemnego szacunku w debacie publicznej.

Dlatego musisz zrozumieć Polaku, że nie masz prawa do własnego zdania. Przypomnij sobie słowa wieszcza XX wieku i politykiera XXI, że polskość, to nienormalność, która musi wywoływać u ciebie odruch buntu. I nie waż się podnosić ręki przeciwko tym, którzy pozwolili ci spędzać swoje życie w zagranicznych korporacjach! Przeciwko tym, którzy nauczą cię szacunku do płci społecznych-kulturowych i pogardy dla chrześcijańskich wartości! Zrozum Polaku, że nie wolno generalizować mówiąc o radykalnych islamistach, ale wręcz z bezwzględną stanowczością należy uogólniać wypowiadając się o faszystach biorących udział w Marszu Niepodległości.

 

Tomasz Lis mówi o naziolkach u Kukiza. Wojciech Czuchnowski wspomina o spadkobiercach ideologii faszystowskiej. Sławomir Sierakowski rzuca się w otchłań intelektualnych mrzonek, zabawiając publikę zwrotem o zastępcach esbeków. Krakowski samorządowiec Łukasz Wantuch przy okazji marszu Młodzieży Wszechpolskiej przeciwko imigrantom, straszy brunatnym Krakowem.

 

Wszystko to, co przytoczyłem wyżej jest twarzą polskiej tolerancji i polityki miłości. Zwroty używane przez te dziennikarskie i polityczne autorytety są przejawem szacunku i otwartości. Tak ma wyglądać debata w Polsce Okrągłego Stołu. Musisz się zgadzać z tym, co do ciebie mówią szaraczku, bo jak nie, to jesteś naziolkiem. Proste? Proste. Już pomijając, że używanie tych sformułowań w odniesieniu do polskiego obozu narodowego jest rezultatem skrajnej ignorancji. Bo są tylko dwa uzasadnienia, dla tych inwektyw. Pierwsze to lenistwo i nieuctwo. Tej postępowej części społeczeństwa nie chciało się poznać historii środowiska narodowego w Polsce – nie mówiąc już o zupełnym zignorowaniu założeń ideologicznych i fundamentu ideowego. Tego jednak nie oczekujmy. To zbyt dużo dla rozumu oświeconego i nowoczesnego.

 

Drugie uzasadnienie, to działanie z premedytacją. Strażnicy III RP wiedzą jakie założenia ma polski obóz narodowy, ale kompletnie się z nimi nie zgadzają, bo widzą w nich zagrożenie dla układów Okrągłego Stołu. W obliczu takiego zagrożenia należy bombardować społeczeństwo nazistowskimi hasełkami, by przypadkiem panowie narodowcy nie stali się dużą siłą polityczną w państwie, którego misją jest służenie obcym wpływom. Jeśli tak jest, to nie można już współczuć braków w wykształceniu i logicznym rozumowaniu, a należy nazwać rzeczy po imieniu. Zatem: łżecie, panowie. Perfidnie łżecie i manipulujecie opinią publiczną.

 

Czas skończyć zabawę i zamiast pisania kolejnych listów czy artykułów należy przenosić spory na salę sądową. Nie ma tolerancji dla bezczelnych kłamstw cynicznych graczy III RP! Jeśli szkoła nie nauczyła czym jest polski nacjonalizm i co odróżnia go od zbrodniczych ideologii XX wieku, to musi nauczyć tego sąd. Bo ileż można strugać durnia i robić z siebie otwartego na odmienność człowieka, jednocześnie urągając temu, co sprzeciwia się myśli politycznej tego intelektualnego szamba.

 

 

Michał Patyk – sekretarz redakcji i publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.

Przenieść myśl narodową w następne pokolenia

Mówiąc o transferze idei narodowej w następne pokolenia nawiążę w moim krótkim wystąpieniu do młodego pokolenia początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Treścią informacji będzie kilka osobistych wspomnień młodego wówczas studenta obojętnego na sprawy narodowe i państwowe, którego szczątkowa edukacja historyczna wyniesiona ze szkoły średniej ograniczała się do wiedzy zawartej w podręcznikach do historii Polski autorstwa Heleny Michnik i Ludwiki Mosler oraz do historii powszechnej Henryka Sędziwego.

Będąc studentem III roku germanistyki UW spotkałem Janusza Krzyżewskiego. To, co mnie u Janusza od razu ujęło, to jego bezpośredniość w nawiązywaniu kontaktów interpersonalnych. Przyczynę tego widzę teraz w jego skromności. Chociaż, jak twierdził, uwielbiał luksus, ubierał się nader skromnie i tak samo żył. Mimo swej ogromnej wiedzy i erudycji nigdy nie dawał okazji do odczucia własnej wyższości intelektualnej, chociaż była ona zawsze odczuwalna. Z jednej strony niesamowita erudycja Janusza imponowała mi, natomiast z drugiej - jego wartki tok wywodów i kwiecisty styl był dla mnie wtedy pewną przeszkodą w wyłowieniu sensu tego, co chciał powiedzieć. W styl narracji Janusza należało się po prostu wczuć, aby wydobyć istotę przekazywanych sądów. Jego dowcip, specyficzne „epitheta ornantia” i gra słów powodowały, iż słuchało się go z zainteresowaniem. Byłem zafascynowany silną i niezachwianą wiarą Janusza. Jego codzienne uczestnictwo we Mszy św. było dla wielu przykładem. Zachęcał nas do czytania Pisma św. i modlenia się psalmami, co systematycznie praktykował. Nie zaniedbywał również tradycyjnych form modlitewnych w tym wysoko cenionej przez niego modlitwy różańcowej, kultywował codzienną modlitwę rodzinną, o czym mogłem się naocznie przekonać będąc u Niego gościem. Gdy w trakcie jednego ze spotkań odniósł wrażenie, iż ktoś z naszej grupy waha się w wierze, opowiedział nam o Bogu a na końcu wykrzyknął: „Ateusze wystąp!” Nikt nie wystąpił. Jego idolem był Stefan Kardynał Wyszyński, na którego się często powoływał. Czasami bywało tak, iż prowadząc wywody na temat geopolityki, nawiązywał do kwestii religijnych i etycznych, kończąc na konkretnych egzystencjalnych problemach życia codziennego i rodzinnego. Mimo tego metodologicznego uchybienia nikt nie odnosił wrażenia straconego czasu.     

Grupy szkoleniowe prowadzone przez Janusza były oczywiście grupami nieformalnymi. Powstawały one po uprzedniej selekcji potencjalnych członków. Owa selekcja była konieczna przede wszystkim ze względu na niebezpieczeństwo inwigilacji ze strony SB, co w konsekwencji kończyć się mogło tragicznie zarówno dla uczestników kompletów jak również dla prowadzącego. Istotne w tym względzie było wzajemne zaufanie. Dlatego selekcji dokonywano spośród grup koleżeńskich. Był to proces oparty na „zasadzie pączkowania”: „X” jest pewny. „X” twierdzi, że „Y” jest pewny a więc można przyłączyć go do grupy. Z kolei „Y” werbował innego członka grupy. Skutkiem tego powstawała względnie trwała grupa szkoleniowa. Aby zapewnić bezpieczeństwo spotkań praktykowano zasadę, którą można określić mianem „intencjonalnej nieświadomości”. Polegała ona na nieświadomości istnienia innych grup szkolonych przez tego samego lub innego wykładowcę, aby uniknąć podejrzeń denuncjacji członka jednej grupy w przypadku aresztowania innej. Niekiedy, a dotyczyło to również mojej osoby, przed właściwym kompletowaniem grupy szkoleniowej wyszkolony członek nieistniejącego już kompletu przeprowadzał stosowną rozmowę na stopie koleżeńskiej. W moim przypadku rolę tę spełniał Jerzy Klata. Chodziło tu o orientację, czy dany kandydat jest zainteresowany uczestnictwem w komplecie oraz czy jest osobą ze względu na bezpieczeństwo innych pewną. Dopiero po utworzeniu w ten sposób konkretnej grupy, organizowano spotkanie z właściwym szkoleniowcem.

Szkolenie prowadzono z wykorzystaniem wielu form. Janusz, który był miłośnikiem wspinaczki górskiej, organizował grupowe wyjazdy w góry. Obowiązywał tzw. „strój turystyczny”: Im bardziej turysta był zarośnięty i niechlujnie ubrany, tym lepiej, bowiem nie wzbudzał podejrzeń. Inną metodą były spacery indywidualne. W przypadku spotkań indywidualnych Janusz, który był prawnikiem, zawsze przynosił ze sobą Kodeks Postępowania Cywilnego zwany przez niego „siatką maskującą”, ponieważ w trakcie spotkania nie było oczywiście mowy o kwestiach prawnych. Czynił to na wypadek, gdyby ktoś z zewnątrz miał jakieś podejrzenia w odniesieniu do celu spotkania. Janusz spotykał się też z całą grupą w mieszkaniu prywatnym. Była to zasadnicza forma szkolenia. W przypadku grupy, w której ja uczestniczyłem, lokum szkoleniowym było mieszkanie Rodziców Andrzeja i Witolda Świtalskich. Grupę tworzyli Elżbieta Pasek (Kołtunowska), Marek Kośmicki, Andrzej i Witold Świtalscy, Mirosława Tyszkiewicz i ja. Spotykaliśmy się regularnie w odstępach dwutygodniowych. Również tu stosowana była zasada konspiracji: Po prelekcji Janusz wychodził z mieszkania jako pierwszy, potem należało wychodzić pojedynczo, bowiem każdy grupowy exodus mógł wzbudzać podejrzenie. Jako cała grupa można było spotykać się jedynie przy innych okazjach np. przy okazji spotkań organizowanych w Duszpasterstwie Akademickim, co było naturalne i niewiele informacji dostarczało konfidentom. Na początku lat osiemdziesiątych Janusz Krzyżewski szkolił w Lublinie liczną grupę studentów. Niektórzy uczestnicy tajnych kompletów, działający później czynnie w harcerstwie „Zawisza”, umożliwili mu kontakty z młodymi ludźmi. Inni byli posłami na Sejm a dzisiaj piastują ważne urzędy w administracji państwowej.

            Janusz wyjeżdżał też za granicę. Osobiście miałem okazję odbyć z nim w roku 1979 podróż do Watykanu i Włoch. Zarówno w pierwszym jak też drugim przypadku skuteczne referencje dostarczył nam członek naszej grupy szkoleniowej Marek Kośmicki. Celem podróży do Włoch było nawiązanie kontaktu z ówczesnym prezydentem „Camera dei deputati” Luigi Scalfaro oraz poinformowanie go o sytuacji w PRL. Celem wizyty w Watykanie natomiast było zgromadzenie i przewiezienie do Polski książek o tematyce religijnej szczególnie w języku rosyjskim i słowackim a przede wszystkim egzemplarzy Pisma św. Janusz nazywał owe przedsięwzięcie „euroszmuglem”. Jak mi wiadomo, przemycone książki rozdawał potem bezpłatnie w jego rodzimej parafii.

            Co młodzi ludzie mogli wynieść ze szkoleń Janusza w zakresie edukacji historycznej i politycznej? Przede wszystkim zrozumienie doktryny narodowej, która była w nauce historii albo przemilczana albo przedstawiana opacznie. Janusz stworzył możliwość oglądu historii z zupełnie innej perspektywy niż dotychczas, wtajemniczał w procesy działań ośrodków antypolskich i antykatolickich w formowaniu dziejów, odnosząc je również do ówczesnej polityki, demaskował oblicze propagandy PRL i mechanizmy oddziaływania społecznego na jednostkę i grupy, wzbudził zainteresowanie nauczaniem ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego, którego często cytował i fascynował się Jego Osobą. Całą grupą chodziliśmy słuchać kazań świętokrzyskich Prymasa oraz spotykaliśmy się z Nim na tzw. Wolnej Trybunie w Kościele św. Anny oraz na opłatkach w Pałacu Prymasowskim na ul. Miodowej.

 

Prof. dr hab.- Piotr Kołtunowski- ur. 19. maja 1948 r., pracownik naukowo-dydaktyczny w Instytucie Germanistyki i Lingwistyki stosowanej UMCS w Lublinie, Kierownik Zakładu Kulturoznawstwa Niemieckiego Obszaru Językowego. Dyscyplina podstawowa: filologia germańska. Zainteresowania naukowe: historia, kultura i realioznawstwo Niemieckiego Obszaru Językowego.

Tekst ukazał się w 33 numerze kwartalnika Myśl.pl 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy