Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

Żydzi zbombardują Paryż

Obserwując zalew ludzi zachowujących się w moim odczuciu, jak zombi z – tak wspieranych – „ubogich” krajów południa (polecam raporty o wytransferowanych przez afrykańskich kacyków funduszach za surowce, co przewyższyło wartość udzielonej tamtejszym tubylcom pomocy) snuję scenariusze political fiction. Nie przepadam za Konecznym, ale jak widać jego żelazne prawo cywilizacji: cywilizacja niższa zawsze wypiera cywilizację wyższą, spełnia się nieubłaganie.

Zachód przegrał, podobnie jak Cesarstwo zachodniorzymskie agonia jest kwestią czasu. Pięćdziesiąt lat, sto lat, nieważne. Prawnuki obecnych Francuzów za 150 lat zapewne nadal będą uważać, że są obywatelami Francji, jak potomkowie Rzymian kultywowali swoje tradycje pod rządami Merowingów. Niemcy pogrążą się w anarchii (eufemistycznie nazwijmy to Überföderalismus) powracając (może oni tak po prostu mają?) do stanu z okresu I Rzeszy. Zamiast niemieckich państewek będą türkenlandzkie. Zamiast Lehnrecht, Magdeburger Recht i Sachsenspiegel będzie zwulgaryzowany szariat. Gdzie wtedy schronią się rodowici Niemcy? Może w górach Schwarzwaldu? W Kraju Saary – nie, to za blisko Francji, o czym za chwilę. Na północy, wyspach Fryzji, Szlezwiku-Holszynie przy Danii – też nie, bo ona również będzie konglomeratem islamsko-nordyckim (taka nowa rasa) pod rządami miłościwie panującego Ali Abudullaha Christiana XI. Więc? Cóż, złośliwość historii zaprowadzi ich nad Odrę. My, a przynajmniej taką mam nadzieję, pójdziemy śladem Orbana i odgrodzimy się od potopu. Mając zabezpieczenie od północy (Bałtyk), wschodu (Polska), południa (Czechy) Niemcy będą mieli ułatwione zadanie obrony ogryzków swoich ziem. Wtedy ostatnim enklawą (hot spotem!) niemieckości będzie na przykład Saksonia, może Meklemburgia-Pomorze, na zislamizowany Berlin raczej bym nie liczył. Odkurzą koncepcje wojenne Hitlera tworząc Festung-Dresden. Mozart zostanie zakazany, Goethe spalony, Brama Brandenburska wysadzona w powietrze, na katedrę w Kolonii wyjdzie szalony muezzin, niemieccy geje zapuszczą brody, a Oktoberfest podzieli losy ostatniej olimpiady.

A Francja? Historycy głoszą, że warunki tworzą przywódców. Tak, jak – zdaniem niektórych – musiał pojawić się ktoś taki jak Cezar, Napoleon, Lincoln itp., tak pojawi się Wielki Mahdi. Europejscy islamiści nie mają JESZCZE wodza. To kwestia czasu i go sobie wyłonią. Co będzie, gdy prezydentem Francji zostanie islamista i położy rękę na atomowej teczce? Wtedy wszyscy będą tęsknić za pokornym Iranem. A Żydzi prewencyjnie, zanim francuskie rakiety zmiotą Izrael, zbombardują Paryż. USA wreszcie pójdą po rozum do głowy i mając dość bajzlu, który same narobiły i intelektualnej tępoty europejskich intelektualistów, powrócą do ery izolacjonizmu. Szybką akcją pozamykają swoich islamistów w więzieniach (co to dla nich dodatkowe 1,8 mln osób za kratami, w końcu za oceanem największy odsetek populacji siedzi w mamrze) na wzór anty-japońskiej akcji po Pearl-Harbor.

Europie brakuje Karola Młota, więc może nasz Prezydent, chyba jedyny rozumny przywódca europejski, któremu zdarza się – jak Maxowi Kolonko – mówić jak jest (choćby ostatnio w Londynie) wykreuje następców. Nie będzie to lider ruchu narodowego, gdyż o co, jak o co, ale skłócić się o Kukiza, eh, ręce opadają. Gdzie jest człowiek „który uratował Marsz Niepodległości”? Przyjdzie niestety odrzucić tak hołubiony europejski system wartości. Dlaczego? Patrz: prawo wspomnianego Feliksa.

 

Karol Dąbrowski- anarchista, przemierza rowerem Lubelszczyznę, napawając się ostatnimi latami brzmienia polskiej mowy w przestrzeni publicznej.

 

 

 

Przebudzenie czasu

Od tygodni tematem numer jeden na Starym Kontynencie są tzw. uchodźcy (czy imigranci jak mawiają kosmopolitycznie zakręceni w lewą stronę). Dla nas, patrzących na świat przez pryzmat wartości, na których zbudowana została cywilizacja łacińska jest to kolejna próba inwazji muzułmanów na kontynent europejski.

Europa jako całość zawsze potrafiła oprzeć się agresjom cywilizacyjnym. Zawsze, bo składała się z państw narodowych, między którymi oczywiście raz bywało lepiej, raz gorzej, ale dzięki podtrzymywaniu więzi własnego języka, kultury, tradycji i historii każdy naród posiadał mocny kręgosłup moralny.

Dziś kiedy pośrednio od lat 1939/45 i bezpośrednio od lat 60-tych XX wieku, państwa narodowe zaczęły się rozmywać poddane indoktrynacji bolszewickich apostołów, zapowiadających po raz kolejny stworzenie raju na ziemi, sytuacja jest zdecydowanie gorsza. Tzw. Unia Europejska będąca kiczowatym ucieleśnieniem lewackich utopii, nie stała się rajem – przeciwnie – stałą się nieruchawą wieżą Babel, gdzie coraz częściej nawet bez napływu setek tysięcy muzułmanów dochodzić będzie do problemów społecznych. Problem tzw. imigrantów tylko pokazał jak fałszywe potrafią być założenia na których opiera się ten moloch.

Wreszcie sztuczne napędzanie problemu widoczne w dopuszczeniu muzułmanów do serca kontynentu. Nikt nie chce nawet myśleć, by działać tak, by Włochy i Grecja miały dość siły, by poradzić sobie już na granicach zewnętrznych Unii Europejskiej. Nikt nie próbuje nawet działać dyplomatycznie, by te setki tysięcy ludzi zostało w tak przecież bliskich sobie krajach arabskich.

Pseudo europejska polityka kręci sobie bicz. Jeszcze jest medialnie, jest tragicznie, bo wojna, bo biedne kobiety i małe dzieci, jak nakazuje nam widzieć tę sprawę jakiś lewacki front propagandy. My zauważamy jednak, że około 80% tzw. uchodźców to przysłowiowe „byki” w wieku poborowym. My widzimy jak odrzucana była żywność i woda na Węgrzech, czy w Austrii. My potrafimy liczyć więcej niż do 5, żeby zauważyć, że nieszczęśnicy, którzy trafią do Polski będą mieli zabezpieczenie finansowe lepsze od wielu z nas. My wiemy, że polityka Niemiec jest najbardziej dziś szkodzącym Europie problemem, za który przyjdzie płacić państwom europejskim za kilkanaście lat. I cała nadzieja w tym, że zdążymy, My, Węgrzy i inni umocnić się w naszych wartościach tak przecież odległych od brukselskiego bełkotu. Nie musimy niczego szukać, mamy swoje wielkie tradycje, swoją przede wszystkim Kulturę, dzięki którym możemy się bardzo szybko wzmocnić. Czas, który właśnie się obudził nie pozwala nam na bezczynność, na apatię, na brak myślenia. Od tempa naszego przebudzenia zależeć będzie rachunek jaki jako wspólnota, jako Naród zapłacimy za obronę fundamentów naszej państwowości w imię Tych, którzy w przeciągu całego tysiąclecia potrafili w takich chwilach nie zaspać.

CWP!

Dariusz Strzelczyk, emigrant, członek Rady Politycznej Ruchu Narodowego, pełnomocnik RN na powiat tarnowski.

 

 

Problem polskiego szkolnictwa wyższego

Bardzo dużo mówi się o niewydajności polskiego szkolnictwa wyższego, która przejawia się w wielu aspektach widocznych przy każdej niemal okazji. Polskie uczelnie są bardzo nisko w światowych rankingach, polscy absolwenci mają duże problemy ze znalezieniem pracy w zawodzie i jest jeszcze wiele różnych świadectw dotyczących wspomnianego tematu.


Jestem przekonany, że większość osób znających się nawet w pobieżny sposób na tych kwestiach, zgadza się, że system szkolnictwa wyższego w Polsce wymaga gruntownej reformy. Już jednak sama kwestia tego, czego owa reforma powinna dotyczyć, budzi bardzo dużo kontrowersji i nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę powagę omawianego tematu.


W tym artykule postaram się wyrazić moją opinię dotyczącą wspomnianych kwestii oraz spróbuję nakreślić elementy składające się na obecny kształt sprawy.


Zacznijmy od bardzo często poruszanej i powszechnie znanej sprawy. Chodzi mianowicie o dewaluację dyplomów wyższych uczelni. Zawdzięczmy to w głównej mierze dwóm czynnikom. Pierwszym z nich jest olbrzymia ilość prywatnych uczelni, na których poziom kształcenia nie jest zbyt wysoki, co nie zmienia sprawy, że dyplomy licencjackie i magisterskie są tam masowo wydawane (są oczywiście również bardzo dobre prywatne uczelnie i absolutnie nie zamierzam tego negować, miałem tu na myśli jedynie te niezbyt wysokiej jakości). Drugim z nich jest z kolei bardzo słaba jakość kandydatów napływających do uczelni, dużo niższa niż powiedzmy 20 lat temu. Zawdzięczamy to w dużej mierze słabej edukacji na poziomie szkoły podstawowej, gimnazjum oraz liceum. W jednym z poprzednich artykułów pisałem zresztą na temat szkolnictwa „niższego”. Jak wówczas wskazywałem, szkoła w bardzo małym stopniu uczy młodzież zaradności, umiejętności społecznych, oraz innych „sprawności”, które przydają się w życiu zawodowym w przyszłości. Niestety, jest oczywistym, że system edukacji tudzież szkolnictwa, należy rozpatrywać jako całość. W momencie, w którym szkoły „niższe” nie uczą takich podstaw o jakich wspomniałem, możliwości wyższych uczelni w tym zakresie są bardzo mocno ograniczone. Powiem więcej, cały system polskiej edukacji, od szkoły podstawowej aż po studia skonstruowany jest w taki sposób, aby uczyć się „pod test”. Ciągłe przygotowanie do egzaminów, ciągłe uczenie się „pod klucz” doprowadza w dużej mierze do takiej sytuacji (żeby było jasne dobrze skonstruowane klucze egzaminacyjne, mają wiele zalet, o których kiedyś pisałem, niestety w większości przypadków mamy do czynienia ze źle skonstruowanymi). Tego typu działanie prowadzi z kolei do utraty kreatywności, która jest tak ważna zarówno w typowym życiu zawodowym, jak i w karierze naukowej. Odbija się to bardzo wyraźnie zarówno na sytuacji absolwentów na rynku pracy, jak i na słabym sytuowaniu uczelni w międzynarodowych rankingach. Jak absolwent może po wyjściu z uczelni radzić sobie dobrze na rynku pracy, skoro przez cały cykl swojej edukacji nie był uczony zaradności, oraz kreatywności. Społeczne umiejętności również nie były wspomagane w należytym stopniu przez placówki oświaty do których uczęszczał.


Kolejną kwestią są mizerne środki finansowe jakimi dysponują uczelnie, a także system ich finansowania, który polega na przydzielaniu środków „na studenta”, czyli krótko mówiąc promowanie ilości, nie jakości. Warto zauważyć, że wiele dobrych polskich państwowych uczelni, mających szanse na sukcesy w różnych sferach nauki, dysponuje bardzo skromnymi środkami, co odbija się zarówno na poziomie kształcenia, jak również na pozycji w ogólnoświatowych rankingach. Swoją drogą, w ostatnim z nich, najwyżej sytuowana polska uczelnia wyższa, znalazła się w czwartej setce. To chyba coś pokazuje. Pieniądze państwowe w tej sferze są zdecydowanie źle i nieefektywnie przeznaczane (zresztą nie tylko w tej).


Summa summarum, same uczelnie są tu w mojej opinii najmniej winne. Chodzi głównie o sam model edukacji przyjęty w Polsce, oraz o słabe i źle dysponowane środki. Potrzebne są tu rozwiązania systemowe, począwszy od szkoły podstawowej, aż po studia.


Miejmy nadzieję, że sytuacja będzie się powoli poprawiała, ponieważ myślę, że każdy zdaje sobie sprawę jak ważnym aspektem funkcjonowania państwa jest sprawnie działające szkolnictwo wyższe.


Mateusz Pławski – wiceprezes warszawskiej struktury Młodzieży Wszechpolskiej, prezes MW Warszawa-Południe, członek partii Ruch Narodowy.

Małżeństwo coraz bardziej rozerwalne

Papież Franciszek ułatwił procedurę uzyskania nieważności sakramentu małżeństwa. Odszedł tym samym od wskazówek swego poprzednika, który nakazywał unieważnienia ograniczyć. Watykan przed nadchodzącym Synodem wystosował też dokument, sugerujący umożliwienie rozwiedzionym w nowych związkach przystępowania do komunii św.  

Jedną z największych nowości zawartych w dokumencie w formie listu o charakterze dekretu, powstałego z własnej inicjatywy papieża "Mitis Iudex Dominus Iesus" jest tzw. szybki proces w sprawach, w których - jak podkreślono - istnieją ewidentne przesłanki do orzeczenia nieważności małżeństwa. Wśród nich wymieniono także m.in. krótkie pożycie małżeńskie, pozostawanie w związku pozamałżeńskim w chwili zawarcia małżeństwa lub zaraz potem, zatajenie bezpłodności, poważnej choroby zakaźnej, bądź faktu posiadania dzieci zrodzonych z poprzedniego związku albo pobytu w więzieniu. Kolejne powody to przemoc fizyczna i niepoczytalność potwierdzona orzeczeniem lekarskim.  

Ojciec Święty postanowił, że dla stwierdzenia nieważności małżeństwa nie będzie już konieczne zgodne orzeczenie dwóch instancji, a do zawarcia nowego małżeństwa kanonicznego wystarczy orzeczenie trybunału pierwszej instancji. Nie ma zatem obowiązku apelacji od pierwszego orzeczenia.

Trybunał może składać się tylko i wyłącznie z biskupa diecezjalnego, choć nie może on być wyłącznym sędzią na terenie swojej diecezji i ma obowiązek ustanowienia trybunału, na którego czele zawsze stać ma duchowny. Może on być wspomagany przez sędziów świeckich.

Do tej pory nieważność małżeństwa można było stwierdzić jedynie w przypadku zatajenia choroby psychicznej lub innej religii, impotencji i niedojrzałości. 

To kolejna liberalna zmiana Głowy Kościoła. Ostatnia umożliwił w Roku Miłosierdzia odpuszczanie aborcji zwykłym księżom, a nie tylko biskupom. W ogłoszonym we wtorek w Watykanie dokumencie (Instrumentum laboris) podkreślono w odniesieniu do osób rozwiedzionych, które zawarły ponowne związki cywilne, że istnieje "wspólna zgoda co do hipotezy drogi pojednania bądź pokuty pod kierunkiem biskupa" oraz wypracowania przez Kościół "jasnych wskazówek" duszpasterskich po to, aby wierni znajdujący się w "szczególnych sytuacjach" nie czuli się dyskryminowani. Brak jasnej linii, przyznano, przyczynia się do podziałów i zagubienia oraz prowadzi do "bolesnych cierpień" tych, których małżeństwa rozpadły się i którzy niekiedy czują się „niesłusznie osądzani”. „Ewentualne dopuszczenie do sakramentów powinno zostać poprzedzone przez drogę pokutną pod kierunkiem biskupa diecezjalnego. Należy kwestię tę pogłębić”- czytamy w dokumencie przygotowującym obrady Synodu. Pokazuje to jasno, że Franciszek na nim opowie się za dopuszczeniem rozwodników w nowych związkach do komunii, co widać było już na Synodzie zeszłorocznym i po nim, gdy ze stanowiska papież odwołał kard. Burke’a, przywódcę frakcji konserwatywnej. 

 

DZ

 

 

 

Czego możemy nauczyć się od nowego mistrza świata?

Krzysztof Głowacki, skazywany na porażkę przez prawie wszystkich, wygrał w pięknym stylu, czym zaskoczył nawet organizatorów, którzy nie wpadli na pomysł wykonania grawerunku na mistrzowskim pasie dla Polaka. Polski pięściarz pokazał wielki charakter, zaciętość i determinację, zamknął usta niedowiarkom. Zrobił to, co zapowiedział. Czego trzeba nauczyć się od nowego mistrza świata? Pytanie wydaje się przewrotne, ale czy aby na pewno?

 

Polskę w najbliższym czasie czekają gigantyczne wyzwania. Chociaż daleki jestem od wznoszenia katastroficznych wizji, to sytuacja odległa jest od wyśnionej, a cele jakie powinniśmy przed sobą stawiać będą wymagały wielkiej mobilizacji narodu. Część społeczeństwa, która przynajmniej w minimalnym stopniu poczuwa się do wspólnoty, jak i politycy, będą musieli wykazać się determinacją dostrzegalną u Głowackiego. Oczywiście jeśli myślimy o wygrzebaniu kraju z bylejakości i zapragniemy czegoś więcej niż ciepłej wody z kranu.

 

Polska i Polacy są lekceważeni. Podobnie jak polski bokser przed walką. Rosjanie nazywają nas amerykańskim osłem trojańskim. Na Zachodzie, jeśli już zauważają, to jednocześnie traktują ze sporą dawką cynizmu. Ukraińscy politycy nie widzą w nas partnera, z którym można robić poważną politykę, kierują się w stronę Niemiec. Czy jesteśmy w stanie wykazać się odpowiednia determinacją i pokazać swoją wartość jako naród? Historia lubi się powtarzać. Oczywiście nie w skali 1:1, ale analogie są znaczące. Wystarczy przypomnieć wojnę z bolszewikami. Brytyjczycy handlowali polskimi ziemiami. Oferta była tak dobra, że w bolszewickim politbiurze doszukiwano się podstępu. Nic w tym dziwnego, dostać ziemie oddalone wiele kilometrów od własnych wojsk? W przeciwieństwie do obecnych czasów, politycy potrafili zignorować dobre rady oświeconego Zachodu i podjąć samodzielne starania mające na celu zachowanie niepodległości. Dzisiaj nie potrafię dostrzec takiej suwerenności w umysłach polityków. Nawet nie są w stanie bronić polskich kopalni. Zachód każe nałożyć nowy podatek? Nałożą. Każą zamknąć? To zamkną. A w mediach zrobią z tego sukces.

 

Przeważnie zapominamy, że sukces buduje się ciężką i długotrwałą pracą. Zwykle w cieniu spektakularnego tryumfu pozostaje mrówcza praca. Bitwa Warszawska jest tego idealnym przykładem. Co umożliwiło zwycięstwo? Oddolna organiczna praca wielu ludzi. Ktoś musiał wyżywić, umundurować, wyposażyć i wyszkolić żołnierzy. W II RP targanej licznymi konfliktami, po Wielkiej Wojnie która spustoszyła obszary odradzającego się państwa, nastąpiła godna podziwu mobilizacja. Dzięki wysiłkowi endecji w dużej części społeczeństwa wytworzyła się świadomość narodowa. Działalność zaowocowała licznymi zgłoszeniami do wojska. Często byli to potomkowie ludzi o biernym albo wręcz wrogim nastawieniu do powstańców styczniowych. Cały ten wysiłek został w cieniu wodza.

 

Trzeba skończyć z popularnym w społeczeństwie zwalaniem winy. We wszystkich dziedzinach jest podobnie. W sporcie, polityce czy codziennych życiu. W wypadku porażki lub nie podjęcia realizacji celów, jakie sobie postawimy, zacznie się szukanie kozła ofiarnego i wymówek. Politycy będą idealnym celem. Jednak musimy pamiętać, że ktoś ich wybiera, a następnie daje kolejne szanse. Sytuację pogarsza negatywna selekcja do tego środowiska. Polityka dla wielu jest czymś złym, starają się ją omijać. Nie zauważają błędnego koła i w ostateczności do stołków bardzo często dochodzą ludzie, którzy nigdy nie powinni piastować funkcji publicznych. Kto w ostatecznym rozrachunku ponosi większą odpowiedzialność? Marny człowiek zostający politykiem dla pieniędzy? Czy ideowa osoba, wyróżniająca się w swoim środowisku, jednocześnie uciekająca od działalności politycznej, przyzwalająca w ten sposób na zawłaszczanie państwa przez ludzi z obecnej „elity” i ich następców?

 

Społeczeństwo jest w głębokim kryzysie. Widać poprawę w młodym pokoleniu, ale nie popadałbym w huraoptymizm. Samo chodzenie na marsze z biało-czerwoną flagą lub symbolem „PW” nie wystarczy... Tylko naród złożony z rozwijających się jednostek może osiągnąć sukces. Oczywiście, patriotyzm jest rzeczą fundamentalną. Jednak bez wszechstronnego wykształcenia elity nie będą w stanie sprostać nadchodzącym wyzwaniom. Demonstrowanie z flagą lub symbolami powstańczymi nie jest przywilejem tylko deklaracją, która powinna obligować do codziennej ciężkiej pracy nad sobą. Chęcią dorównywaniu przodkom, z którymi się identyfikujemy.

 

Głowacki wiedział co trzeba zrobić, przygotował się, a gdy nadszedł sprawdzian postawił kropkę nad „i”. Oby nasz naród w podobny sposób pokonał nadciągające wyzwania. Czas przestać żyć wyłącznie przeszłością i zacząć budować przyszłość. W tym zadaniu motywacji powinien dostarczyć dług względem poprzedników, którzy wiedzieli, co to poświęcenie w imię wspólnego dobra. A także chęć zapisania się w historii. Chyba nie chcemy aby przyszłe pokolenia miały złe zdanie o nas?

 

Alek Krasuski

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy