Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

System szkolnictwa i edukacji

Dziś rozpoczyna się nowy rok szkolny. Miliony uczniów po wakacyjnej przerwie wznowią proces edukacji. Myślę, że jest to wspaniała okazja do tego, aby zastanowić się nad polskim szkolnictwem. Chodzi mi konkretnie o to, czego polscy uczniowie są w szkołach uczeni, i jakie „owoce” przynosi owa nauka, a czego w mojej opinii uczeni być powinni.


Zacznijmy od samego podstawowego założenia. Czym tak naprawdę szkoła ma być. Według mnie, powinno to być miejsce, w którym młody człowiek, jest przede wszystkim uczony życia w społeczeństwie. Zarówno w skali mikro(znajomi, lokalna społeczność), jak i w skali makro(naród, państwo). Szkoła powinna uczyć, na czym tak naprawdę opiera się życie społeczne. Ma także wzmacniać więzi w społeczeństwie zachodzące, a przynajmniej motywować do działania powodującego taki proces. Z tego właśnie powodu, jestem zdania, że bardzo ważnym aspektem nauki, powinna być praca w grupie. Tego typu zajęcia, pomagają również w przyszłości funkcjonować młodemu człowiekowi w zakładzie pracy, w firmie, lub też we własnym biznesie. W polskiej szkole z kolei, mamy niestety sytuację zgoła odwrotną. Uczniowie, przez cały cykl edukacji, uczeni są ’’pod testy”. Proces ten ma miejsce począwszy od szkoły podstawowej aż po studia(które też elementem szkolnictwa, co prawda wyższego, ale są). Testy i sprawdziany, oceniają oczywiście indywidualną wiedzę ucznia, nie sprawdzają natomiast jego kompetencji, oraz umiejętności radzenia sobie w poszczególnych sytuacjach życiowych, co gwarantuje z kolei praca w grupie. Zbyt indywidualistyczne nastawienie w ocenianiu efektów kształcenia, powoduje zaprzepaszczenie pewnych ’’sprawności”, które w późniejszym funkcjonowaniu są bardzo ważne.


Kolejnym ważnym aspektem edukacji, jest wyrabianie w uczniach kreatywności. W Polsce mamy do czynienia z zupełnie odwrotną sytuacją. Pisanie ’’pod klucz” powoduje zmniejszenie pomysłowości uczniów. Żeby było jasne, dostrzegam wiele pozytywnych aspektów ’’kluczy” testowych, takich jak obiektywizm w ocenie, te same kryteria, mniejsza rola interpretacji nauczyciela. Trzeba o tym pamiętać. Nie jestem zwolennikiem swobodnej oceny nauczyciela, ponieważ może ona powodować niesprawiedliwe podejście do poszczególnych uczniów(z powodu braku sympatii, itp.) Według mnie, większy pożytek będzie wtedy, gdy uczniowie większą ilość prac i projektów będą robili w grupach niż samodzielnie, o czym już wspominałem. Takie projekty powinni następnie prezentować przed klasowym gremium. Dzięki temu nie tylko uczą się współpracy, kooperacji, ale także takich rzeczy jak chociażby umiejętność publicznego występowania, co przydaje się później w każdym niemal zawodzie. Potrafią także uzupełniać się swoimi sprawnościami. Dla przykładu. ’’Ja lepiej znam tę książkę, Ty lepiej prezentujesz, a on ładniej pisze. Podzielmy się więc pracą, a efekty będą lepsze”. Podwyższa to wydajność. Także dzięki temu, każdy z uczniów uczy się eksponować te cechy, które w przyszłości będą najbardziej procentować w jego życiu społecznym i zawodowym(na brak takich umiejętności bardzo skarżą się polscy pracodawcy). Uczy to także odpowiedzialności za swoich współpracowników, oraz za innych członków społeczeństwa, co jest przecież bardzo ważne z narodowego punktu widzenia. Ocena, która za taki projekt jest wystawiona, nie jest tylko oceną z języka polskiego(dla przykładu), lecz także z umiejętności kooperacji z innymi, oraz wielu innych interpersonalnych umiejętności. Pozwala to na rozwijanie talentów, przy jednoczesnej ochronie przed egoizmem.


Żeby było jasne. Wszystko to, powinno odbywać się w atmosferze dyscypliny i porządku. Młodzi ludzie powinni być uczeni punktualności, oraz ogólnego zorganizowania. Termin na wykonanie danego projektu to przykładowo 6 kwietnia, i dana grupa, do tego dnia ze zleconego zadania ma się wywiązać. Porządek musi być. ’’Zlecenie” to w tym wypadku słowo klucz. Taki system uczy zaradności, i umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach.


Kolejnym ważnym aspektem jest rozwój fizyczny. Niestety lekcje wychowania fizycznego są aktualnie prowadzone na stosunkowo niskim poziomie, a przecież jest on tak ważny. Młodzi ludzie powinni być motywowani do zwiększania cech motorycznych takich jak siła, szybkość, wytrzymałość, oraz uczeni jak poszczególne z nich można wykorzystywać w życiu codziennym. Dobra lekcja wychowania fizycznego, powinna skłaniać uczniów do doskonalenia się w tej sferze także po godzinach szkoły. Mowa tu o praktycznych zajęciach, zarówno tych związanych z kwestiami czysto fizycznymi(obrona, bezpieczeństwo w danej sytuacji), jak i tych związanych z różnymi zajęciami technicznymi, w przypadku których cechy motoryczne są wykorzystywane.


Następnym ważnym aspektem są w mojej opinii, jakże zaniedbane współcześnie zajęcia, przysposobienia obronnego. Powinny one według mnie zawierać zarówno podstawowe czynności związane z obsługą broni(czego należałby młodych ludzi uczyć, myślę że w liceum jak najbardziej człowiek jest na to gotowy), jak i z pierwszą pomocą, oraz umiejętnością zachowania się w poszczególnych kryzysowych sytuacjach(co akurat jest w jakimś stopniu realizowane). Mówiąc o obsłudze broni, miałem na myśli ’’prawdziwą obsługę broni” a nie wyjście na strzelnicę raz na trzy lata. Należy między innymi za pomocą edukacji przywracać ’’kulturę obronną wśród Polaków”, z którą mieliśmy do czynienia chociażby przed wojną, co zresztą zaprocentowało poprzez możliwość stworzenia skutecznych struktur Państwa Podziemnego, która przy dzisiejszym stanie polskiego społeczeństwa byłaby dużo trudniejsza. Obecnie w wielu krajach prawdziwe zajęcia z przysposobienia obronnego są realizowane. Duch obronny w narodzie to podstawa. Szkoła jest świetnym miejscem do wzmagania go.


Uważam oczywiście, że należy w szkole uczyć miłości do narodu i kraju. Jest to dla mnie, jako dla osoby identyfikującej się z ideologią narodową oczywiste. Wiąże się to bardzo mocno z poczuciem odpowiedzialności za innych członków społeczeństwa w skali lokalnej, wspomnianym przeze mnie na początku artykułu. Aby wzmagać patriotyzm w skali makro, należy wzmacniać więzi społeczne w skali mikro, takie jak te występujące w lokalnych społecznościach. Warto pamiętać, że pierwszą dużą grupą społeczną z którą styka się uczeń jest szkoła. Warto uświadamiać od samego początku cyklu edukacji, jak ważna jest odpowiedzialność za pozostałych członków tej wspólnoty, oraz wzajemne wsparcie. Poczucie odpowiedzialności za małą grupę społeczną, ułatwia poczucie odpowiedzialności za grupę dużą(co jest naukowo udowodnione, a na dodatek mechanizm ten wydaje się bardzo prosty i logiczny). Myślę, że jest oczywiste, jak ważną rolę posiada ten aspekt w budowaniu mocnych więzi narodowych. Wspominam o tym na samym końcu artykułu, aby pokazać jak wcześniej wspomniane przeze mnie czynniki, składają się w jedną korzystną dla narodu - całość.


Podsumowując, według mnie, system edukacji powinien być oparty na równomiernym rozwoju: duchowym, intelektualnym i fizycznym. Każdą natomiast z tych sfer, należy umacniać w oparciu o następujące pojęcia: dyscyplina, samodoskonalenie, kooperacja, efektywność, oraz funkcjonalność.

 

Mateusz Pławski -  wiceprezes warszawskich struktur Młodzieży Wszechpolskiej, prezes koła MW Warszawa – Południe. Członek partii Ruch Narodowy.

Strażnicy czystości idei

Zdaję sobie sprawę, że każdy tekst odnoszący się do obecnej sytuacji w środowisku narodowym, będzie tekstem kontrowersyjnym i nie ma takiej możliwości, by nie gromadził on przeciwników. Chcę wierzyć w to, że ich obecność argumentowana jest zdroworozsądkowym myśleniem i racjonalną próbą ujęcia w całość trudnej – nie ukrywajmy tego – sytuacji.

                              

Decyzja naczelnych organów partii Ruch Narodowy o wystartowaniu w najbliższych wyborach parlamentarnych z list Pawła Kukiza wzbudziła ogromne emocje nie tylko w środowisku narodowym, ale również w wśród zwolenników Grzegorza Brauna, Przemysława Wiplera, Zbigniewa Stonogi itd. Ze zdumieniem obserwuję reakcję tych osób, które zdaje się zapomniały „kto” i „co” jest największym problemem Polski. To już nie Okrągły Stół, rządy PO-PSL, wojenka POPiSu, UE, LGBT itd. a Ruch Narodowy okazuje się być zdrajcą narodu. Rozumiem, że decyzje polityczne mogą być kontrowersyjne i przez wielu nie do zaakceptowania, ale bardzo bym prosił o występowanie jakieś hierarchii w tym obrzucaniu błotem, skoro koniecznie tym błotem obrzucać trzeba.

 

Nie krytykuję i nie odbieram szacunku osobom zawiedzionym decyzjom naczelnych organów. Uważam, że mają prawo do wyrażania swojego stanowiska, które nie musi być zgodne z moim światopoglądem. Jednak dziwię się, iż osoby, które należą do samozwańczej elity, twierdzące, że przedstawiają wyższy typ człowieka i bronią czystości idei – rzucają ściekiem bez opamiętania. Dyskusja na takim poziomie od dawna nie przypomina rozmowy ludzi pełnych klasy i kultury. Rozumiem, że współcześnie nie musimy dbać o poziom swych wypowiedzi. Bo współczesny sympatyk idei narodowej nie musi być człowiekiem kulturalnym. On musi być radykalny. On nie może uznawać kompromisów. I zgodzę się – w wielu kwestiach kompromis nie jest możliwy i nie można go poszukiwać. Jednak czy decyzja o starcie z list Kukiza jest taką kwestią? Czy porozumienie wyborcze oznacza zdradę własnych wartości? Czy ktokolwiek przestał głosić, to, co wcześniej mówił? Czy ktokolwiek powiedział, że od dziś nie troszczymy się o tradycyjne polskie rodziny, o silną gospodarkę, o podmiotowość w stosunkach międzynarodowych itd.? Czy ktokolwiek zaczął mówić, że stał się „wrogiem państwa narodowego”? Odpowiedź brzmi: nie.

 

Zdaję sobie sprawę, że na listach Kukiza są osoby, z którymi nie po drodze obozowi narodowemu. Ale czy ślubowaliśmy miłość komukolwiek startującemu od Kukiza? Czy staliśmy się członkami jednej rodziny, którą kompromituje jakiś wujek i czujemy się za niego odpowiedzialni, więc i przepraszać za niego musimy? Nie. Zyskaliśmy szansę do głośniejszego wyrażania swoich postulatów. Jeśli kandydaci – a może i przyszli posłowie zawiodą w tej kwestii, to będę pierwszym, który rzuci kamieniem. Jeśli członkowie RN startujący z list Kukiza wystąpią przeciw głoszonym postulatom, rzeczywiście będziemy mogli mówić o zdradzie. Ale nie teraz. I chcę wierzyć w czyste intencje osób rzucających teraz kamieniami. Chcę wierzyć, że to rzeczywista troska o przyszłość naszego narodu, a nie niespełnione ambicje i pokrzywdzone ego. Bo czasami trzeba zapomnieć o swoich kaprysach, o swoich aspiracjach i przyjąć postawę lojalności. Moja duma na tym ucierpi? Niekoniecznie. Bo jeśli patrzę dalej niż na swoje środowisko, to zrozumiem, że mogę iść dalej robić swoje – nie bacząc na podejmowane decyzje.

 

Kończąc, chcę wyrazić ufność, że dojrzejemy kiedyś do kreowania naszej rzeczywistości, że naszym wielkim słowom towarzyszyć będą wielkie czyny. Bo teraz niestety, wiele mówimy – i robimy to pięknym językiem. Ktoś kto nas słucha, może nam zaufać. Jednak, gdy poprosi o konkret w naszych czynach, może się rozczarować, że czyny nie idą w parze ze wzniosłymi hasłami. Zawiedzie się, że nasz wpływ na budowę „Wielkiej Polski” jest znikomy, bo gra toczy się zupełnie w innym miejscu, w miejscu, do którego teraz nie chcemy wpuścić naszych reprezentantów. A to właśnie w tym miejscu podejmowane są decyzje, które rzutują na jakość naszego życia i przyszłość naszego narodu. Nigdzie nie zobaczyłem deklaracji, by polityczna gra oznaczała rezygnację z pracy społecznej. Ale może zamiast oczekiwań wobec innych, powinniśmy spojrzeć w lustra i odpowiedzieć sobie, co sami zrobiliśmy, poza wysuwaniem żądań?

 

Życzę nam ostudzenia emocji i kierowania się chłodną analizą. I oceniajmy po owocach, a te jeszcze nie dojrzały. 

 

CWP!

 

Michał Sebastian Patyk -  student Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, sekretarz redakcji i publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.

O skarbie słów kilka...

Jeśli prawdą jest, że odnaleziono w Wałbrzychu słynny złoty pociąg z czasów okupacji, to jak znam życie, zaraz ustawi się do niego kolejka międzynarodowych naciągaczy i rabusiów cudzego mienia, a Polska, co to chce mieć dobre stosunki z różną finansjerą, potulnie ustawi się ostatnia w kolejności dziobania.

Istnieje także prawdopodobieństwo, że Polska ulegnie naciskom, by powołać międzynarodową komisję obdukcyjną, która po wnikliwej wiwisekcji kufrów orzeknie, co komu z trofiejnego pociągu przypadnie. Jeśli wierzyć podaniom i legendom krążącym od czasów wojny, do podziału będzie sporo.

Wykluczyć nie można również takiej okoliczności, że odnaleziony złoty pociąg, będzie wstępem do kolejnej wojny domowej, w których to wojnach, przyznajmy, jesteśmy jako Polacy mistrzami. Wojna taka w obliczu bezdennej dziury budżetowej oraz równie bezdennych obietnic wyborczych, z pewnością rozpali tubylcze plemiona polityczne do czerwoności.

Widzę to tak. Platforma zaraz ogłosi, że w żaden sposób nadzór nad skarbem nie może przypaść PiS-owi, bo ten zmarnotrawi go na kiełbasę wyborczą. PiS z kolei ogłosi, że skarb trzeba trzymać z dala od lepkich łap Platformy, a nikt się do tego lepiej nie nadaje jak on właśnie i prezydent Duda. Delikatnie odezwie się PSL, któren zaznaczy, że w związku ze znalezieniem skarbu, obecna susza spadła nam wprost z nieba.

Palikot oglosi, że skarb należy na nowo ukryć, bo i tak w lwiej części przypadnie chciwemu klerowi. SLD nabierze dystansu, bo to w końcu złoto burżujskie, ale że generalnie nie śmierdzi, to należy się ono przede wszystkim ludowi pracującemu i niepracującemu miast i wsi. Wesprze ich w tym OPZZ i Solidarność. Kukiz z kolei ogłosi, że skarb powinno podzielić się na jednomandatowe okręgi wyborcze, bo inaczej łapę na nim położą partie polityczne.

W międzyczasie okaże się, że skarbu nie ma, bo firma ochroniarska co to go miała pilnować, dziwnym trafem się rozpłynęła we mgle.

 

Maciej Eckardt- politolog i samorządowiec. Publicysta  „Myśl.pl” i portalu Prawica.net. Założyciel i prezes Towarzystwa Kamrackiego, dumny ojciec trojaczków.

 

 

 

 

 

 

 

Niewolnictwo czasu

Istotą działalności narodowej  jest pragnienie zmiany. Bardzo często szeroko rozumiana „zmiana” odsłania słabość intelektualną tych, którzy zmianę przeprowadzać mają. Można wtedy zaobserwować nerwowe ruchy, pojawiają się poważne błędy, a przede wszystkim – pojawia się rozczarowanie i zniechęcenie. Rozczarowanie popycha w stronę szukania winnych (legendarni „oni”, bo wiadomo, że za wszystko, co złe zawsze odpowiadają „oni”), a zniechęcenie zabija ostatnie pokłady rozsądku i burzy mit gotowości do wielkiej pracy. Co sprawia, że wiele osób zaprzestaje swojej działalności pod wpływem porażek lub błędów? To, że są niewolnikami czasu.

                       

Niewolnictwo czasu przybiera dwojakie formy. Pierwsza z nich, o której już wspomniałem, to pragnienie zmiany „tu i teraz”. Tak, byśmy mogli zebrać owoce jak najszybciej. Druga forma, to odkładanie wszystkiego na później – „jeszcze jest czas”, „nie teraz”. Określniki użyte do przedstawienia drugiej formy są jednak bardzo banalne. Prawdziwym problemem są rzeczywiste intencje, które motywują niewolnictwo czasu drugiej postaci. Realnym problemem jest fakt, że druga forma jest charakterystyczna dla środowisk jałowych. Pustych intelektualnie i moralnie. Zdolnych tylko burzyć, a nie budować. Narzekać, a nie działać. Krzyczeć, a nie mozolnie kreować swoje dzieło. I niewolnictwo w drugiej formie jest tak samo niebezpieczne jak niewolnictwo w pierwszej postaci.

 

Odnosząc rzecz do realiów społecznych i politycznych – nie można oczekiwać gruntownej zmiany rzeczywistości postkomunistycznej Polski w ciągu najbliższych miesięcy, może kilku lat. Rzeczywista „zmiana”, chociaż to jest już tak wyświechtany zwrot, że używanie go budzi u autora co najmniej niesmak – wymaga gotowości do pracy przez kilkadziesiąt lat. To, co trzeba zrobić „tu i teraz” – to zacząć. Zacząć, by podtrzymać ogień, który wciąż się tli w niektórych warstwach narodu. I może to ma być największe osiągnięcie naszego pokolenia, ale należy to zrobić, by stworzyć fundamenty dla pracy przyszłych pokoleń. Nasze życie, to tylko wycinek w życiu narodu. Jeśli staniemy się pokoleniem wielkim – pokoleniem, które odnalazło się we współczesnej rzeczywistości i potwierdziło w niej swoją wielkość, to nic tylko się cieszyć, ale należy być gotowym na to, że być może dopiero nasze dzieci lub wnuki zobaczą efekty naszej działalności. Mało? Może i mało dla kogoś, kto egoistycznie pojmuje życie narodu. Może to niewiele dla kogoś, kto „narodem” wyciera swoje brudne intencje. Ale to bardzo dużo dla kogoś, kto rozumie czym jest ciągłość życia narodu.

 

W polityce nie można być więźniem czasu. Działania należy planować rozsądnie i długoterminowo. Nie należy bać się żadnych rozwiązań, bo jeśli rozum podsuwa rozwiązania sprzeczne z interesem serca, to przynajmniej należy rozważyć daną sprawę. Nie odrzucać w myśl idei (co bardzo często rzuca się na ołtarze, podczas gdy „ideowość” często oznacza własne niespełnione ambicje), ale przynajmniej rozważyć i spróbować jak najwięcej ugrać na swoją stronę. Czy to złe, że podejmuje się próby? Czy to złe, że odrzuca się emocje i kieruje rozsądkiem? Czy to sercem i romantyczną duszą wykreujemy nową Polskę? Czy może twardą, brutalną i przesiąkniętą cynizmem polityką racji stanu odrzucimy poddańczy łańcuch bierności i niekompetencji? Serce ma lec u podstaw motywacji, ale to nie serce ma zdolność do podejmowania właściwych decyzji.

 

Konieczność podejmowania trudnych decyzji niesie oczywiście ryzyko błędów. Z błędów należy wyciągnąć wnioski i wymierzyć konsekwencje. To sprawa oczywista dla zachowania w zdrowiu każdego interesu i każdej idei. Jednak przede wszystkim należy zrezygnować z emocji i wielkich słów, a wspólnie dążyć do realizacji jednego celu. A ten dla wszystkich powinien być jasny. Bo cóż to za idea narodowa, gdy obraża się po kilku nieudanych próbach? Gdy czas okaże się naszym panem, to już przegramy. Dlatego nie bójmy się planować i nie bójmy się działać. Nie bójmy się małych kroków, bo tymi małymi krokami także można zajść daleko, ale przede wszystkim można wiele zobaczyć po drodze.

 

 

CWP!

 

Michał Sebastian Patyk -  student Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, sekretarz redakcji i publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.

Państwo a religia

Kwestie związane z relacjami państwa i instytucji religijnych budzą bardzo dużo wątpliwości. Na dodatek, jest to temat bardzo „chwytliwy”, co było widać chociażby przy okazji kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku, kiedy hasła z tym związane były bardzo mocno akcentowane chociażby przez Ruch Palikota. Wspomniana partia miała i nadal ma(aktualnie jej nazwa brzmi inaczej) bardzo negatywny stosunek do Kościoła. Z drugiej strony, „prawa strona” sceny politycznej(określenia „prawica” i „lewica” są bardzo niejasne, i w dzisiejszych czasach w pewien sposób straciły swoje pierwotne konotacje, zwłaszcza w Polsce), podkreśla przywiązanie do Kościoła. W tym artykule postaram się wyrazić moje prywatne zdanie na temat wspomnianych kwestii.

Na samym wstępie postaram się uściślić pewne pojęcia, które są używane bardzo często w sposób zamienny, co nie jest do końca słuszne. Chodzi mi mianowicie o słowa, „państwo świeckie”, i „państwo laickie”. Wbrew pozorom nie oznaczają one tego samego. Laickość jest tylko pewną odmianą „świeckości”. Modeli państwa świeckiego, czyli „nie-wyznaniowego” jest bardzo dużo. Są jednak dwa podstawowe. Pierwszym z nich jest wspomniany wzorzec „państwa laickiego”, czyli model francuski. Drugim natomiast model „przyjaznej separacji”, który z kolei ma wiele odmian: niemiecką, amerykańską, i jeszcze kilka innych. Te dwie są pewnego rodzaju odmianami „podstawowymi”. Można by wyróżnić ich kilkanaście(uważam jednak ,że nie zachodzi taka potrzeba).
Państwo laickie to taki kraj, w którym sfera religii jest całkowicie oddzielona od sfery politycznej. Najbardziej obrazowym przykładem, jak już zasugerowałem wcześniej, jest Francja. W państwie laickim, każdy przejaw kontaktu sfery religijnej z polityczną jest zwalczany. W tym modelu pańtwo i religia, są pewnego rodzaju konkurentami. W systemie przyjaznej separacji, państwo i religia są z kolei kooperantami, którzy współpracują ze sobą w określonym zakresie. Współpraca ta może opierać się na różnych warunkach, oraz osiągać bardzo zróżnicowany poziom.

Myślę, że po tym krótkim uściśleniu, widać wyraźnie, że używanie pojęć, „świecki” i „laicki” zamiennie jest niepoprawne, i wprowadza niepotrzebne niejasności.

Teraz przejdę już do mojej opinii na ten temat. Osobiście jestem osobą bardzo wierzącą. W dodatku uważam Kościół Katolicki za fundament polskiej kultury, i państwowości. Jestem jednak zwolennikiem rozdziału państwa od kościoła(czyli państwa świeckiego), według wzoru wspomnianej wcześniej „przyjaznej separacji”. Uważam, że taki model jest najbardziej korzystny zarówno dla państwa, jak i dla Kościoła. Teraz pokrótce wyjaśnię na jakich warunkach ta relacja w mojej opinii powinna się opierać.
Zacznijmy od konstytucji. Jestem wielkim zwolennikiem umieszczania w jej preambule odniesień do Boga. W dodatku jestem zdania, że kwestie prawodawcze powinny w dużej mierze być oparte o poglądy moralne wynikające z religii. Świetnym przykładem jest prawna ochrona życia poczętego. Udział duchownych w uroczystościach publicznych jest w mojej opinii czymś całkowicie normalnym i słusznym. Reszta kwestii mogłaby pozostawać w takim kształcie jak jest obecnie.
Teraz wspomnę o tym, czego jestem przeciwnikiem. Po pierwsze, uważam ,że w sferze instytucjonalnej powinien mieć miejsce całkowity rozdział. Duchowni nie powinni piastować funkcji publicznych(aktualnie za tym optuje także Kościół). Jestem zdania, że wszelkie przywileje jakie posiadałby Kościół Katolicki, powinny być uzasadniane jedynie ilością wiernych, nie natomiast kwestiami metafizycznymi. Takie sprawy jak wolność sumienia i wyznania, są dla mnie oczywiste. Osobiście jestem zwolennikiem finansowania Kościoła z odpisu podatkowego(zapewnia to niezależność Kościoła od państwa, co niejednokrotnie daje mu wielkie korzyści w każdej niemal sferze).

Moim zdaniem, jak już wcześniej wspomniałem, rozdział państwa i Kościoła(na przyjaznych warukach oczywiście), jest korzystny dla obydwu podmiotów. Łączenie obydwu instytucji, z zasady okazywało się dla nich niekorzystne. Widać to na wielu historycznych przykładach. Popatrzmy na Portugalię Salazara(ten przykład wydaje mi się wyjątkowo obrazowy). Przez wiele lat, była ona państwem wyznaniowym. W pewnym momencie nastąpiła jednak „reakcja” na ten stan rzeczy(nie był to oczywiście jedyny powód, czynników zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych było mnóstwo, nie sposób jednak lekceważyć kwestii wyznaniowych w tym przypadku). Dziś Portugalia jest jednym z najbardziej zlaicyzowanych państw świata. Podobnie jest w przypadku pozostałych „byłych” państw wyznaniowych. Wówczas Kościół jest kojarzony z władzą, co powoduje, że każdy kto jest przeciwnikiem władzy, jest także przeciwnikiem Kościoła. Działania władzy mające na celu zespolenie religii i aparatu państwowego, z zasady przynoszą odwrotny skutek. W dodatku, dziś sam Kościół optuje za rozdziałem, oczywiście na zasadach przyjaznej separacji.

Jak już wcześniej zaznaczyłem jest to moja prywatna opinia. Zdań na ten temat jest bardzo wiele. Jedno natomiast jest pewne, kwestie związane z tym zagadnieniem budzą, i pewnie zawsze będą budziły mnóstwo kontrowersji.

 


Mateusz Pławski - wiceprezes warszawskich struktur Młodzieży Wszechpolskiej, prezes koła MW Warszawa – Południe. Członek partii Ruch Narodowy.

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy