Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

Quo vadis, Polonia?

Zazwyczaj kiedy wybieramy się w drogę, podążamy w jakimś kierunku. Również kiedy podejmujemy działania, czynimy to, by osiągnąć zamierzony cel – mniej lub bardziej wyznaczony – to nie ważne. Przeważnie mamy jednak mglistą chociaż wizję tego, co chcemy osiągnąć, co zmienić, bądź czego stałości konsekwentnie bronić. Tego wymaga bowiem racjonalność. Jak można więc nazwać sytuację, w której znacząca część osób podejmuje co najmniej sprzeczne ze sobą działania? Co więcej – gdy są to czołowe osoby w państwie, które nie tylko kształtują opinię publiczną, lecz przez swoje prawodawstwo wyznaczają bieg państwa, torując drogę, którą ma ono podążać. Drogę, która za sprawą pewnych działań obiera taki, a nie inny kierunek. Brak racjonalności? Być może byłoby to jakieś wyjaśnienie,  trudno jednak sądzić, aby kilkaset osób zostało pozbawionych choć elementarnej części tej przyrodzonej człowiekowi cechy. Co w takim razie? Wydaje się, że ów stan można opisać jednym słowem. Anarchia.

 

Co prawda większości słowo to kojarzy się zapewne z niechęcią wobec jakichkolwiek scentralizowanych form władzy czy szeroko pojmowanej instytucji państwa. Nie ma w tym nieprawdy, gdyż rzeczywiście pojęcie to ma taki również wydźwięk, lecz jest to zaledwie jedno z wielu jego znaczeń. Choć w Polsce do tak radykalnej sytuacji na szczęście (jeszcze!) nie doszło, uważam, że słowo anarchia najpełniej oddaje sens poczynań warszawskich elit, o ile o taki można w ogóle sprecyzować. Anarchia rozumiana jako wszechogarniający chaos, zataczający coraz dalej sięgające kręgi – już nie tylko zamykający się w instytucjach i organizacjach władzy, lecz rozszerzający się ze wzmożoną siłą i zalewający coraz szersze rzesze społeczeństwa. Niczym tsunami – ogromny, nieprzewidywalny, równie trudny do powstrzymania. Czy jednak aby na pewno przypadkowy i niezależny od człowieka?

 

Wymieniając swe liczne, wręcz niekończące się osiągnięcia przeciągu ostatnich lat, rząd dumnie szafuje hasłem polityki prorodzinnej, wynosząc je wręcz na sztandary, jako symbol efektywności działań i namacalny przykład aktywności w zakresie troski o najbardziej podstawową komórkę społeczeństwa, jaką jest rodzina. Trzeba chronić to, co każdemu człowiekowi najbliższe, co jest ostoją wspólnoty oraz podstawowym warunkiem jej przetrwania i funkcjonowania. Brzmi wręcz idealnie. Zanim poddamy się jednak tej euforii i zaczniemy zatracać się w zachwytach, przyjrzyjmy się dokładniej temu, co kryją pod sobą owe patetyczne hasła. A pod emanującą wszem i wobec piękną przykrywką sytuacja niestety nie wygląda już tak kolorowo. Albo właśnie tęczowo jest za bardzo! Według szacunków ONZ populacja w Polsce, w przeciągu zaledwie 30 lat może spaść do 30 milionów, a idąc dalej tą drogą, w 2100 r. może nas zostać jedynie około 13 milionów! Albo w zasadzie nie nas, a emerytów – o ile oczywiście wieku emerytalnego tacy dożyją. Dane podawane przez GUS również nie pozostawiają na nas suchej nitki – w zatrważającym tempie spada liczba osób w wieku przedprodukcyjnym. Dlaczego? Być może faktycznie uznali, że emigracja to szansa. Szansa na godne życie, nie egzystowanie od pierwszego do pierwszego.

 

Utarł się niemal archetyp narodu polskiego, jakoby na co dzień dość zawistnego, lecz w obliczu zagrożenia potrafiącego się zjednoczyć, wznieść ponad podziały i walczyć w imię wspólnego interesu. Choć historia Polski rzeczywiście zdaje się go potwierdzać, wydaje się, że tak jak i wszystko, co uświęcone tradycją, skazany jest na z góry przegraną walkę z duchem postępu i nowoczesności. Stoimy niemal nad przepaścią. Znajdujemy się w obliczu katastrofy demograficznej, a my - zamiast jak nasi przodkowie mężnie stawiać czoła zagrożeniom – budujemy jeszcze większy mur, jątrząc wszelkie urazy i rany, które dawno powinny zakrzepnąć i scementować społeczeństwo. Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Co Cię nie zabije, tylko bardziej Cię osłabi! Coraz więcej polskich rodzin postawionych zostaje przed piętrzącymi się w nieskończoność problemami, głównie natury finansowej. Współczesne realia wymagają w większości przypadków, aby to obydwoje rodziców podjęło pracę zarobkową, gdyż bardzo często to jedyna droga, aby utrzymać rodzinę na godnym poziomie. Współczesne sądownictwo wymaga, aby dziecko miało niemal całodobową opiekę, gdyż inaczej posądza się o zaniedbanie i niedopełnianie obowiązków rodzicielskich, w konsekwencji zabierając je od biologicznych rodziców i oddając rodzinie zastępczej, płacąc obcym ludziom za opiekę nad dzieckiem. Współcześni pracodawcy wolą zatrudnić tańszych pracowników zza granicy, bądź korzystnie sprzedać część swoich udziałów obcym inwestorom. Ale co tam! Może kolejni kandydaci do Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi?

 

Żyjemy w kraju, gdzie paradoks goni paradoks, a sprzeczności wydają się coraz bardziej nieodłącznym elementem niemal każdej sfery życia społecznego. Zdeklarowana większość katolików, a z dnia na dzień coraz więcej - świadomych bądź nie - propagatorów moralności Nietzschego – ile ludzi, tyle systemów wartości.  Oczywiście konstytucja, oczywiście zasada gwarancji swobody sumienia, wyznania, poglądów. Jednakże ta sama konstytucja mówi o zasadach współżycia społecznego i ta sama konstytucja również upoważnia pewne organy do stania na straży jej przestrzegania. I tu właśnie problem anarchii zostaje rozwiązany. A raczej jej przyczyn. Bo czego właściwie oczekiwać od władz, które zamiast zająć się rozwiązywaniem rzeczywistych problemów, przyjmują ustawy jeszcze bardziej je pogłębiające, jak chociażby o papierowej zmianie płci. Chociaż w zasadzie chyba nie powinnam tego krytykować. W tym przypadku przynajmniej wiedzieli, co uchwalają.
Choć te absurdy być może już tyko śmieszą, mi przywodzą na myśl Tych, dzięki  którym wynoszona na piedestał wolność jest dziś możliwa. A wraz z nimi gorzkie słowa refleksji Lecha Morawskiego:

Zaskoczy kiedyś mózgi wyprane
Grzyb ponad miastem, salwa nad ranem
Oni walczyli za kraj w potrzebie
Kto ich zastąpi? Nie wiem...
...ja nie wiem.

 

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorka portalu ProstozMostu.net, blogerka, historyczka z zamiłowania, rekonstruktorka, animatorka ŚDM 2016.

„Ty oszołomie”, czyli o polityce miłości

Nie musieliśmy długo czekać, by osoby, które słynęły z wygłaszania tez o potrzebie jedności narodowej (na narzuconych zasadach) i konieczności zmiany retoryki z agresywnej na pokojową, same rzuciły się do ataku na wszystkich myślących inaczej. I dopóki osoby kwestionujące politykę obecnego obozu władzy, zajmowały się tylko kwestionowaniem, to jeszcze pół biedy. Problem pojawił się, gdy te osoby zaczęły rosnąć w siłę.

 

 

Andrzej Duda nie jest reprezentantem mojego środowiska, jednak z całą pewnością jest prezydentem mojego kraju, za którego jeszcze nie musiałem się wstydzić. I każdy, kto dobrze życzy Polsce, a przy tym kieruje się rozsądkiem, a nie emocjami – musi dobrze życzyć prezydentowi, by spełnił swoje obietnice. Wystarczy spojrzeć na ataki dziennikarzy, albo raczej rzeczników rządu, by ujrzeć jak bardzo poruszyło ich zwycięstwo Andrzeja Dudy nad Bronisławem Komorowskim.

 

Jednak o początku prezydentury Andrzeja Dudy powiedziano już wiele. Na ocenę jego działalności też jeszcze nie czas, zatem niniejszy artykuł ma traktować o obłudzie elit III RP. Elit politycznych, medialnych, kulturalnych, a także samozwańczej elity społecznej popierającej politykę miernych, ale za to niezwykle nowoczesnych i otwartych grup. Uczciwie muszę przyznać, że to, co zrobiono na przestrzeni ostatnich lat z umysłami Polaków jest prawdziwym majstersztykiem. Niby proces indoktrynacji wymaga czasu, ale jak pokazał przykład Polski – ten czas nie jest najważniejszym czynnikiem. Znacznie silniejszą bronią, było wykorzystanie pragnienia zmian i unowocześnienia państwa polskiego po latach komunistycznej szarości i zakłamania.

 

Polacy tak bardzo potrzebowali wytchnienia i najzwyklejszego spokoju, że wyłączyli logiczne myślenie i baczne obserwowanie rzeczywistości, co znacznie ułatwiło wpajanie jednej ideologii. Zamiast rozwijać swą polskość, przyjęto zasadę kosmopolitycznego postrzegania świata. I to nie duma narodowa opanowała polskie społeczeństwo, a kompleksy i strach, że „Zachód” nie uzna nas za swoich. Z dnia na dzień staliśmy się ludźmi nowego, lepszego – demokratycznego świata, podczas gdy nasze umysły wciąż tkwiły w tej brudnej, brutalnej rzeczywistości. Oczywiste, że ten rozsądek zaczął przeszkadzać, bo mógł budzić niepotrzebne wyrzuty sumienia. A więc po czasie i sumienie musiało zostać wygaszone, by przypadkiem nie rujnowało obrazu Polaka nowej kategorii. A Polak nowej kategorii – to Polak uważający polskość za nienormalność. Odrzucający ciemnogród, za który uznaje wszystko to, co może zobaczyć w nim człowieka pustego. To Polak pogardzający jakimkolwiek wysiłkiem intelektualnym i podjęciem wysiłku na rzecz wspólnej pracy. Polak nowej kategorii działa sam. Bo on powąchał wolności i ujrzał piękniejszy, tęczowy świat.

 

Czy Polak nowej kategorii myśli? Owszem, myśli. Jednak nie samodzielnie. On czeka na instrukcję myślenia, a za nią w naszej rzeczywistości odpowiadają wolne media. Media broniące demokracji z taką zażyłością, że posuną się do zupełnie niedemokratycznych chwytów. Te tolerancyjne media z łatwością skrytykują wszystkich tych, którzy nie myślą tak jak powinni. I wtedy kończymy drodzy państwo – z polityką miłości. Wtedy pojawia się polityka i mowa nienawiści. We współczesnej Polsce trzeba nienawidzić wszystkich myślących samodzielnie i nie zachwycających się miernymi autorytetami. Co więcej –  uważa się ich za zagrożenie dla demokracji…

 

Drodzy Państwo, muszę przyznać, że ogarnia mnie duma, gdy słyszę, że ludzie kwestionujący realia III RP są zagrożeniem dla demokracji. Cieszę się, bo ataki wypływające z obozu władzy i ze społeczeństwa Polaków nowej kategorii, świadczą o ich bezradności. Gdyby byli zdolni do dyskusji, to nie straszyliby nikogo swymi paranoicznymi wizjami. A bezradność jest znakiem, że zbliża się czas końca dla Polaków, którzy za wszelką cenę nie chcą przyznać, że są Polakami.

 

Chwała Wielkiej Polsce!

 

Michał Sebastian Patyk -  student Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, sekretarz redakcji i publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.

Panowie minionego(?) czasu

Choć zmieniają się czasy, nie zmieniają się ludzkie potrzeby. Zarówno te, dotyczące cielesności, jak i powiązane z najgłębszymi pokładami ludzkiej duchowości i życia intelektualnego. Od epok najdawniejszych człowiek, obok pożywienia, dachu nad głową i poczucia przynależności do grupy, potrzebuje autorytetów, a charakterystyczna dla czasów nowożytnych maniera obalania z cokołów tradycyjnych wzorców – przywódców religijnych czy wybitnych członków danej wspólnoty – jest niczym więcej niż poodnoszeniem do rangi autorytetu własnego ja. Cóż za doskonały wykwit indywidualizmu!

Tradycyjnymi przykładami autorytetów naszego kręgu cywilizacyjnego są święci(autorytety moralne), wybitni władcy, dowódcy, przywódcy narodowi(autorytety w kwestii porządku społecznego i sprawowania polityki), uznani naukowcy, wynalazcy, konstruktorzy oraz oczywiście cała rzesza wielkich artystów(autorytety w dziedzinie sztuki i dobrego smaku). Wszyscy oni uczą nas życia, pokazują dobre wzorce, świecą oczywistym przykładem jak latarnia morska w ciemną noc. Kierowanie się nimi różnie w życiu wychodzi przeciętnemu Kowalskiemu. Stawiane przez nich wymagania są wysokie, a widmo lat spędzonych na ascezie, w zaciszu laboratorium czy szkoły podchorążych mało pociągające. Autorytet to często pomnik - choć imponujący - odpychający chłodem bijącym od kamienia czy spiżu. Ale są takie postacie, które w szare życie szarego człowieka potrafią tchnąć więcej światła i energii. Choć nie udzielają odpowiedzi na trudne pytania dotyczące dobra czy zła, nie zwiększają poziomu naszego zrozumienia świata ani nie zostawiają po sobie tomów poezji ani symfonii, rozpalają emocje i są pamiętane długo po śmierci. Osobą taką jest bohater – często obdarzony wieloma cnotami – ale przecież nie to jest w nim najważniejsze. Kluczowa jest zdolność oszukiwania wyroków losu, mistyczna aura wewnętrznej siły, która go otacza oraz powszechne przeświadczenie o wielkich przeznaczeniach, które go oczekują. Trudno od opowieści o mitologicznych herosach – zarówno Heraklesie, jaki Gilgameszu - oczekiwać, że będą uczyć np. skromności i dobroduszności. Ich zadanie jest inne. Pokazując doniosłość jednostkowego heroizmu, odwagi i determinacji - budzą te cechy w słuchaczach. Człowiek potrzebuje bohatera, który – niekiedy mimo swoich grzechów, kontrowersyjności lub pozornej bezcelowości swoich działań – budzi ducha walki i wyplenia wkradający się niepostrzeżenie do codziennego życia fatalizm, wywołany przytłaczającym ogromem Świata i jednoczesną powtarzalnością dnia powszedniego. Ci, którzy bez wahania pokonują piętrzące się na swojej drodze przeszkody, nie bacząc na ryzyko, zyskują nie tylko miejsce wiecznej chwały na nieboskłonie, ale i często niegasnącą cześć w sercach śmiertelnych. Nie wszyscy z nich walczą o to zaszczytne miejsce z mieczem w dłoni. Lepszym atrybutem może być mapa i busola – choćby dla Kolumba, Marco Polo czy w sensie nieco przenośnym – Neila Armstronga.

Szczególnym przykładem bohatera jest moim zdaniem spenglerowski Cezar. Jest to przywódca czasów zmierzchu, szczytowy wytwór danej cywilizacji(postrzeganej jednak negatywnie, jako przeciwieństwo poprzedzającej, prawdziwie wartościowej kultury). Prowadzi on ludy do chwalebnych triumfów, będących jednak zwiastunem ostatecznej klęski. Biologicznego końca dawnej cywilizacji. Jest miłym zwiastunem złych nowin, często trudnych do odczytania dla potomnych sobie. Klasycznym przykładem jest Aleksander Wielki, „Cezar” cywilizacji helleńskiej. 

Każda epoka i każda kultura ma swoich bohaterów. Niektórzy z nich są wspólni dla całej cywilizacji, niektórzy związani są nierozłącznie z danym narodem, jeszcze inni z konkretnym regionem czy nawet wioską. Część z nich żyje w świadomości nacji przez tysiąclecia, lecz wielu jedynie w pamięci niektórych. Niektórzy, spełniwszy swoją rolę, odchodzą w niebyt wraz z pokoleniem, które ukształtowali. Wpływając jednak na współczesnych sobie, choćby przez niedługie lata swego życia, wyciskają piętno na epoce, przekraczając zbiorowe wyobrażenia na temat tego co nieosiągalne. Legenda otaczająca daną postać chętnie była(i jest) wykorzystywana przez rządzących – przykładem z przeszłości może być choćby postać marszałka Piłsudskiego, a dzisiejszym tabuny muzycznych gwiazdek(karykaturalnych pop-bohaterów dzisiejszych czasów) zapewniających o głosowaniu na tego czy innego kandydata na prezydenta USA.

Czy dzisiejszy przedstawiciel szeroko rozumianej reakcji europejskiej, posiada – oprócz zapewne niezmierzonej rzeszy autorytetów, wydanych na świat przez Stary Kontynent w ciągu minionych wieków – swoich bohaterów? Kto symbolizować może obronę odwiecznych wartości? Kto może być uosobieniem Europy triumfującej, zwyciężającą z własną słabością? Kwintesencją jej coraz bardziej rozmytej tożsamości? Godnym spadkobiercą mierzonego w tysiącleciach dziedzictwa? Ikoną męstwa, wyraziciela wspólnego dziedzictwa? Komu przypadła by w zaszczycie taka palma?

Naszymi rodzimymi kandydatami do tego tytułu mogę być za pewne(prócz wielu innych) żołnierze drugiej konspiracji. Niezłomnie trwający na straży ojczystego domu - ale także przecież kultury i świata w którym narodzili się i wzrastali – przed sowieckim barbarzyństwem. Stanowili – obok choćby Hiszpanii czy Węgier - tak istotne ogniwo europejskiego zbrojnego oporu antykomunistycznego. Przez lata oczerniani przez komunistyczną propagandę, skazywani na śmierć i zapomnienie, dziś znów powracają do zbiorowej świadomości z siłą, jaka ich oprawcom nie śniła się w najgorszych koszmarach. Prócz niewątpliwego renesansu młodzieżowego zainteresowania historią i patriotyzmem, przyczyną tego zjawiska może być także potrzeba posiadania „swoich” bohaterów. Swoich, więc nieodłącznie związanych z krajem, środowiskiem z którego się pochodzi, żyjących w czasach nie tak odległych, żywo wspominanych przez babcie i dziadków. Bezgranicznie oddanych sprawie ojczyzny, zdeterminowanych i mężnych – bo przecież świadomych zagrożenia, konsekwencji swoich działań i coraz mniejszych szans na zwycięstwo.

Jeśli z krwi niewinnie przelanej miała narodzić się Polska – jak modlili się żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych – to na ofierze milionów istnień, pozbawionych wyboru i wciągniętych w okropności wojny wznosi się gmach naszej ojczyzny. Modląc się, by los nigdy nie postawił nas przed podobną, historyczna próbą, nie bójmy się oddawać czci tym, którzy swoją bezkompromisową postawą postawą inspirują kolejne pokolenia. 

 

Grzegorz Legień- absolwent  Informatyki na Wydziale Informatyki, Elektroniki i Telekomunikacji krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, korporant.  Miłośnik rekonstrukcji historycznej(późne średniowiecze), górskich wędrówek(o każdej porze roku) i dobrej literatury (niezależnie od gatunku i tematyki).

             

Tekst opublikowano na łamach 31. numeru kwartalnika "Myśl.pl".              

                   

 

 

 

Rozliczenie z Powstaniem Warszawskim

My – Polacy XXI wieku – kochamy kontrowersje. Można powiedzieć, że zamiłowanie do wszystkiego, co szokuje, oburza, irytuje, przybiera coraz większą siłę – do tego stopnia, że musi znaleźć swoje miejsce niemal w każdej sferze życia, w każdej dziedzinie, w każdym wydarzeniu. Nic w tym dziwnego. Kontrowersje przecież łatwiej się sprzedają, są idealnym narzędziem do wypromowania własnej osoby, zdyskredytowania niechcianych przeciwników. Każdy przecież wie, że nic tak nie promuje, jak afery – niezależnie, czy mają pozytywny, czy negatywny wydźwięk. Ważne, żeby ludzie mówili. Jak najwięcej, jak najdłużej. Mając na względzie tę skłonność do „upiększania” wszystkiego, co się, da skandalicznym wydźwiękiem, w zasadzie można jeszcze jakoś zrozumieć te niskie pobudki. Nie można natomiast znaleźć wyjaśnienia dla tak poniżającego obchodzenia się z powszechnie uznawanymi autorytetami czy wydarzeniami, których waga niemalże z automatu nawołuje o szacunek i godne traktowanie. A przynajmniej powinna. Dla niektórych bowiem to nie jest już takie oczywiste.

Decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego, analizowana szczególnie po upływie kilkudziesięciu lat, jest bez wątpienia tematem kontrowersyjnym. Bez większego problemu można znaleźć zwolenników podjęcia owego czynu zbrojnego, trudności nie stwarza również przeciwstawienie im sceptyków, krytykujących postanowienie generała Tadeusza Komorowskiego, których, zdaje się, pojawia się ostatnimi czasy coraz więcej. Jakkolwiek każda ze stron prezentuje logiczne argumenty, wydaje się, że badając sprawę racjonalnie, na zasadach chłodnej kalkulacji, porzucając tak ukochany przez nas stereotyp Polaka – romantyka oraz pieczołowicie zachowywane legendy zrywów narodowych i mających przynieść wyzwolenie z ucisku, a w większości kończących się fiaskiem powstań, większość autorów stwierdza, iż decyzja ta z punktu widzenia polityki była błędem, pociągającym za sobą poważne konsekwencje. Błędem, za który przyszło zapłacić nie lada ofiarę – kilkunastu tysięcy żyć, deportacji i obrócenia stolicy w gruzy. 

Pomimo wielkiej tragedii, jaką pociągnęły za sobą konsekwencje przegranego powstania, nie zgodzę się jednak nigdy z bezwzględną jego krytyką, tak jak nie przystanę nigdy na określanie jego dowódców  mianem zbrodniarzy, czy – co gorsza – odbieranie należnej chwały tysiącom poległych Bohaterów. Zbrodniarzami można nazwać nazistowskich, bądź komunistycznych oprawców, którzy z premedytacją i zimną krwią mordowali całe narody, nie bacząc na cywilów, chorych, starszych, czy kobiety z dziećmi. Bez honoru i godności. Porównywanie tak bestialskich okrucieństw z pochłaniającym co prawda tysiące ofiar, zarówno w żołnierzach, jak i cywilach, rozpaczliwym zrywem, jest co najmniej nie ma miejscu. Choćby z szacunku do ludzi, których jedna nieprawidłowa decyzja nie może przecież zmazać wcześniejszych zasług, położonych dla walki o wolność i wyswobodzenie Ojczyzny. Tym bardziej wobec postawy, jaką wobec swojej decyzji przyjęli.

Dlaczego na początku wspomniałam o kontrowersjach wszechobecnych w polskim społeczeństwie? Gdyż niestety, temat ten dotyczy również rocznicy, którą dzisiaj obchodzimy. Wydaje mi się, że nie trzeba być wielkim miłośnikiem historii, aby dostrzec jego powagę, która automatycznie powinna budzić szacunek. Kiedy natomiast osoby mieniące się dumnie patriotami, zmieniają jedną z najbardziej znaczących rocznic w dziejach Polski w okazję do politycznych rozgrywek i wzajemnych przepychanek, to jest to bynajmniej nieporozumienie, bo nie wiem jak można nazwać inaczej. Brakiem szacunku? Ignorancją? Pychą? Kiedy logiczną, pełną poszanowania dla drugiej strony walkę na argumenty zmienia się w szafowanie pustymi, propagandowymi hasłami, obrażającymi nie tylko rozmówcę lecz przede wszystkim bohaterów „rozmowy”, to jest to nic innego, jak tylko przygotowywanie materiału dla kolejnego skandaliku, który nieco przesuwa siłę ciężkości, marginalizując to, czemu w zamyśle miał być poświęcony, koncentrując główną uwagę na rozmówcach. Powstanie? Wojna? Co tam! Najważniejsze, kto wygra spór!

Każdy z nas może, a wręcz powinien mieć swoje zdanie na temat wspominanego dziś zrywu umierającej stolicy. Debata o tak ważnych wydarzeniach jest niewątpliwie potrzebna, gdyż racjonalna analiza pozwala wyciągnąć wnioski, które mogą być spożytkowane w różnych przyszłych wydarzeniach. Nie można jednak bawić się w wyrocznię i bezwzględnie ferować wyroki obrażające drugiego człowieka. Nie można zapominać o kontekście historycznym, w jakim osadzone było powstanie, niemocy i bezsilności ogarniającej rwących się często do powstania młodych Polaków, wolących wybrać śmierć z bronią w ręku, niż w sowieckim więzieniu z kulką w głowie.  Nie można przede wszystkim czynić z tego wielkiego przykładu chwały polskiego ducha politycznych zagrywek, dzielących społeczeństwo. Decyzja o wszczęciu powstania w takich a nie innych okolicznościach zapewne była błędem. Ale abstrahując od tego rodzaju ocen należy pamiętać, że historia powstania to przede wszystkim historia wielkiej tragedii, rozpaczliwej, osamotnionej walki ludzi, którzy tak pragnęli móc wreszcie obudzić się w wolnej Polsce lub chociaż zapewnić to swoim dzieciom. Tragedii, która pochłonęła tysiące ofiar lecz i dowiodła tak nieznanej nam dzisiaj jedności narodu, wznoszenia się ponad wszelkie podziały dla wspólnego celu, wielkiego honoru i odpowiedzialności – tak powstańców, jak i dowódców, którzy potrafili przyznać się po błędu i byli gotowi ponieść wszelkie jego konsekwencje. Tragedii, która tak dziś zawstydza. A przyzwoitość tragedię nakazuje uszanować. Przynajmniej w cywilizowanym społeczeństwie.

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorka portalu ProstozMostu.net, blogerka, historyczka z zamiłowania, rekonstruktorka, animatorka ŚDM 2016.

POPiS ciągle żywy

Spór między zwolennikami Prawa i Sprawiedliwości ze zwolennikami Platformy Obywatelskiej nie jest wbrew pozorom sporem stricte politycznym. Te dwa skonfliktowane nurty zatruwają przede wszystkim płaszczyznę społeczną, bo pomijając poziom jaki prezentują – stwarzają złudzenie braku alternatywy. I tu nie chodzi nawet o alternatywę polityczną, bo ta rzeczywiście może być ciągle niewystarczająca ( a przynajmniej zbyt cicha w stosunku do zabetonowanej sceny politycznej), a o niechęć podzielonego społeczeństwa do rzeczywistej pracy na rzecz rozwoju Najjaśniejszej.

                                            

Rzeczywistość obecnie wygląda tak, że każda osoba, która proponuje nieustanną pracę nad sobą, nad lokalną społecznością i idąc dalej – która sugeruje, że naród sam musi osiągnąć swą dojrzałość, a przy tym kontestuje współczesną scenę polityczną – jest mniej więcej kimś takim: dla wyznawców PiSu sojusznikiem PO i rosyjską agenturą, dla czcicieli PO podpalaczem wolnej Polski, dla SLD i innych „lewych” grupek – faszystą, nazistą (kto by to rozróżniał) i zacofanym „cebulakiem” (prymitywne określenie, ale nie spodziewamy się raczej Mickiewiczów w tym towarzystwie), a dla ludowców z PSLu, to właściwie nie wiadomo kim jest, bo nie wiadomo też czy ci ludowcy mają jakieś własne poglądy – na potrzeby chwili uznajmy, że dla PSLu taki człowiek jest podpalaczem wolnej Polski…

 

I bądź tu mądry. Ty myślisz, że zależy ci na losie swojego narodu, a tu się okazuje, że sprzymierzeńców nie widać, ale taczki podstawiliby ci już prawie wszyscy. O czym to może świadczyć? Jeśli weźmiemy pod uwagę poglądy wygłaszane przez grupy wcześniej wymienione (ta część nie dotyczy PSLu) i o poziomie jakiejkolwiek dyskusji, która rozgrzewa polską opinię publiczną, to najpewniej świadczy o żenującej kondycji naszego narodu. Ale poczekajmy… narodu? „A cóż to”, zapyta współczesny Polak, którego wcześniej uczyła komuna, a później dokształcała postkomuna z elektrykiem na czele. Gdy już tak ukształtowany Polak uczył się czym jest wolność, pojawiła się Unia Europejską ze swą kosmopolityczną zastawą z misami pełnymi tolerancji i równości. I taki Polak siada przy tym stole i zaczyna swą dyskusję o narodzie, która nie wykracza poza ramy „albo PiS, albo PO”.

 

Zatem czym jest współczesny naród? Prawdopodobnie czymś, co w ogóle nie występuje w naszych czasach. Czy mamy wspólną pracę, by realizować wspólne cele? (No tak… mamy chłopców udających się do jednej restauracji, których celem jest obiad za kilkanaście tysięcy złotych ufundowany przez podatnika.) Czy dyskutujemy o polskiej racji stanu? Czy znamy swoją realną pozycję na arenie międzynarodowej? Czy odrzucamy na bok prywatne ambicje i harujemy w pocie czoła, by jako społeczeństwo przestawiać wyższy poziom rozwoju cywilizacyjnego? Można postawić też tezę, że jesteśmy elitarnym narodem, bo każda (dosłownie: każda!) grupa polityczna czy społeczna uważa się za elitę. Dobry Boże! Cóż za elitarne społeczeństwo!

 

Mógłbym powiedzieć, że może nie jest tak źle. Mógłbym zachować neutralność i nie wypowiadać zbyt mocnych słów. Wtedy nikt nie zarzuciłby mi w przyszłości pomyłki. Ale naprawdę wolę się pomylić i powiedzieć, że współcześnie nie ma narodu polskiego, a to wszystko co tworzy państwo polskie, to zwykła zbieranina komuszków i „wolnościowych” karierowiczów z kosmopolitycznym zacięciem. Ot, nasz dumny przed wiekami naród stał się grupą jałowych postaci plwających na wzniosłe tradycje i wartości naszych przodków. O! Umiłowanie historii, to rzecz ze wszech miar szlachetna i konieczna, ale niektórzy czasami zatrzymują się w tej przeszłości, zapominając, że żyją w XXI wieku i ich psim obowiązkiem jest zabieganie o dobrobyt współczesnych i przyszłych pokoleń. Ale kto by się tym zajmował… przecież nadejdzie zbawienie, gdy PiS zastąpi PO, a potem te dwie partie znowu się wymienią miejscami.

 

Albo jesteś z nami, albo jesteś zwyczajnym zadymiarzem nie doceniającym wolności, który nadeszła w wyniku obrad Okrągłego Stołu! Chociaż i tak, moim ulubionym zwrotem jest przepiękny w swej prostacie zwrot: „nie oddamy Polski gówniarzom!”. Czyż nie urocze? Tu gówniarz, tam zadymiarz… a Stańczyk jak siedział zadumany, tak duma dalej.

 

Chwała Wielkiej Polsce!

 

Michał Sebastian Patyk -  student Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, sekretarz redakcji i publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy