Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

I co z tymi JOWami?

Ostatnimi czasy, kwestie ustrojowe, dotyczące, kształtu oraz funkcjonowania Rzeczypospolitej stały się wyjątkowo popularne. Widać to dobitnie, na przykładzie minionej kampanii prezydenckiej w przypadku, której poszczególni kandydaci promowali bardzo różne, często idące w zupełnie innych kierunkach pomysły dotyczące prawodawstwa konstytucyjnego.

Bardzo dużo miejsca, w dyskusji nad ustrojowością, zajmuje kwestia ordynacji wyborczej. Myślę, że dla wielu ludzi stało się jasne, że warto ją zmienić. Również ja, w pełni zgadzam się z tym twierdzeniem. Trzeba to jednak zrobić mądrze, ,,z głową". Pytanie tylko w jaki sposób?

Bez wątpienia, jeden postulat wzudził wyjątkowo duże zainteresowanie opinii publicznej. Mam oczywiście na myśli kwestię Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. W tym artykule postaram się wyrazić moją opinię w tym temacie.

Na samym początku trzeba jasno stwierdzić, że nie istnieje idealna ordynacja wyborcza. Wiele osób, i grup próbowało taką stworzyć, kończyło się to natomiast każdorazowo niepowodzeniem. W przypadku każdej możliwej ordynacji wyborczej, mamy do czynienia z pewnymi ,,deformacjami" wyniku wyborczego, które są niestety nieuniknione. Zagadnienie sposobu wyłaniania reprezentantów do organów kolegialnych, jest na tyle trudne i skomplikowane, że niemal nieustannie ,,łamią nim sobie głowy'' politolodzy i prawnicy konstytucjonaliści.

Bez wątpienia, największą popularnością cieszą się dwa typy ordynacji wyborczej. Pierwszym z nich jest system jednomandatowy(wspomniany na początku artykułu), drugim zaś(co wydaje się logiczne w tej sytuacji) wielomandatowy. W Polsce, mamy jak na razie obowiązujący w wyborach do Sejmu ten drugi model. Niebawem odbędzie się referendum, które pokaże czy Polacy chcą zmiany na system jednomandatowy.

Przeciwnicy JOWów, zarzucają temu modelowi, że jest niedemokratyczny, oraz że doprowadza do wielkich zniekształceń wyniku wyborczego. Jest to niestety prawda. W systemie jednomandatowym zniekształcenia i deformacje wyborcze są niestety bardzo wyraźne. Postaram się jednak pokazać, że w systemie proporcjonalnym(wielomandatowym) także dochodzi do wielu zniekształceń oraz, że nie jest on aż tak sprawiedliwy jak sądzą jego zwolennicy.

Najpierw skupmy się na ordynacji wielomandatowej. Zwolennicy tego rozwiązania ustrojowego podkreślają główną zaletę tego sposobu wyboru reprezentantów, którą jest bez wątpienia proporcjonalność, w końcu drugą nazwą tej ordynacji jest ,,ordynacja proporcjonalna". Redystrybucja mandatów, zachodzi w sposób odpowiadający ilości głosów, jakie dany komitet uzyskał. Redystrybucja nie jest oczywiście ,,wprost proporcjonalna". Dochodzi do licznych ,,deformacji" wyborczych na skutek wielu czynników. Jednym z nich jest próg wyborczy. W przypadku Polski, w procesie rozdzielania mandatów, biorą udział komitety, które w skali kraju uzyskały conajmniej 5% poparcia. Już samo to zaburza w pewnym stopniu ,,proporcjonalność takich wyborów".


Kolejnym czynnikiem działającym w podobny sposób jest podział na okręgi wyborcze. Zasada z tym związana jest w miarę prosta. Im mniej jest na terenie danego kraju okręgów, tym bardziej proporcje rozdzielonych mandatów odpowiadają tym, z którymi mamy do czynienia w przypadku oddanych głosów. Krótko mówiąc, aby wybory proporcjonalne, były rzeczywiście ,,proporcjonalne", w państwie musiałby istnieć 1 okręg wyborczy (obejmujący terytorium całego kraju, oraz musiałoby nie być progu wyborczego (próg wyborczy uważam osobiście, za najgorszy aspekt polskiego systemu wyborczego). W każdym innym przypadku wybory w systemie wielomandatowym, nie odpowiadają wprost proporcjom oddanych przez wyborców głosów.
Kolejną ważną kwestią, jest metoda jaką obierzemy w celu rozdzielenia mandatów. W polsce, mamy do czynienia z metodą D'Hondta (choć nie w klasycznym kształcie). Ten rodzaj rozdysponowywania mandatów, daje premie ugrupowaniom, które otrzymały dużą ilość punktów procentowych. Innym rodzajem redystrybucji jest metoda Sainte-Lague, która z kolei dodaje mandatów małym i średnim komitetom. System Hare'a -Niemeyera jest z kolei najbardziej korzystny dla ugrupowań z małym poparciem politycznym. Nie zamierzam opisywac szczegółów związanych z poszczególnymi metodami. Wspomniałem o tym tylko i wyłącznie po to, by zazanczyć ,że w systemie wielomandatowym, także mamy do czynienia z deformacjami wyborczymi, oraz mechanizmami zaburzającymi w sposób jawny ,,odbicie'' preferencji politycznych społeczeństwa. Różnorodność systemów liczenia głosów, stwarza także możliwość manipulowania wynikami wyborów(w jakimś stopniu), z czym mieliśmy wielokrotnie do czynienia.


Wspomniałem już o progu wyborczym, który doprowadza do zacemnetowania sceny politycznej, hamując dostęp nowych sił, i ugrupowań politycznych do parlamentu.

Wróćmy jednak do ogólnych refleksji nad systemem proporcjonalnym. Jak widać, w istocie nie jest on aż tak ,,proporcjonalny", i posiada dużo wad. Liczne mechanizmy zniekształcają wyniki poszczególnych elekcji.

Teraz przejdźmy do ordynacji jednomandatowej. Należy ją uznać, za system wyjątkowo kontrowersyjny. Jedni widzą w nim zabetonowanie sceny politycznej, inni z kolei dopuszczenie do ciał kolegialnych rzeszę lokalnych działaczy polityczno-społecznych. Bardzo często zwolennicy takiego systemu, zwracają uwagę na fakt braku list wyborczych, co zmniejsza wpływ liderów dużych partii politycznych. Jeden okręg, jeden mandat do obsadzenia. Kolejność w takim przypadku nie istnieje. Jest to bez wątpienia olbrzymia zaleta takiego systemu. Rzeczywiście w dużym stopniu ułatwia to kandydowanie lokalnym działaczom i aktywistom. Inną kwestią jest z kolei poparcie partii poliycznych, które z zasady dzięki dużo większym środkom finansowym, wyprzedzają w wynikach kandydatów lokalnych i niezależnych, co podkreślają przeciwnicy JOWów. Trzeba jednak w tym miejscu zaznaczyć, że wielu lokalnych bezpartyjnych działaczy, oraz przedstawicieli organizacji społecznych, współpracuje z partiami politycznymi, w zamian za poparcie w wyborach, co skutkuje taką sytuacją, z czego wynika jasno, że wspomniane ,,zabetonowanie" sceny politycznej w systemie jednomandatowym jest bardzo często jedynie pozorne.


Kolejnym argumentem przeciwników JOWów, jest tak jak już wcześniej wspomniałem hegemonia dużych komitetów partyjnych, posiadających wielkie poparcie polityczne. Mimo wszystko warto zauważyć, że w systemie jednomandatowym(jak pokazuje doświadczenie wielu krajów) jest możliwe ,,przebicie się" do parlamentu mniejszych ugrupowań, jeżeli mamy do czynienia z konsekwentnymi postawami wyborców, głosujących na daną partię. Jest to jednak bez wątpienia dużo trudniejsze niż w systemie proporcjonalnym, co trzeba niestety przyznać z całą stanowczością.
Bez wątpienia wielką zaletą JOWów jest mozliwość dostania się do parlamentu osoby, która lokalnie otrzymuje duże poparcie, ponieważ jest znana w swoim okręgu, na skutek działalności społecznej/politycznej. W tym systemie, lokalnemu działaczowi, dużo prościej jest dostać się do danego ciała kolegialnego, niż w systemie proporcjonalnym. Zupłnie inaczej jest w systemie wielomandatowym, gdzie w przypadku Polski, w kilku ostatnich elekcjach mieliśmy do czynienia z sytuacjami, w których poszczególni kandydaci dostawali olbrzymie poparcie lokalnie, natomiast ich ugrupowania w skali kraju nie przekraczały progu 5%, co skutkowało tym, że nie dostawali się oni do Sejmu. Jest to ewidentnie niesprawiedliwe. W takiej sytuacji, do parlamentu dostają się z kolei osoby, które dostały małą liczbę głosów, lecz kandydowały z komitetów, które miały duży procent w skali kraju.


Wielką zaletą systemu jednomandatowego, jest większa odpowiedzialność kandydatów przed wyborcami. Jest to fakt, którego zauważenie jest bardzo proste i logiczne. Wyborcy opowiadają się za konkretną osobą, jeżeli kandydat skompromituje się w czasie kadencji przed społecznością która go wybrała, żaden komitet nie odważy się wystawić go w danym okręgu w następnych wyborach.

Jak widać, zarówno systemy jednomandatowy, jak i wielomandatowy, posiadają liczne zalety i wady. Jak wspomniałem na samym początku mojego artykułu, nie istnieje idealna ordynacja wyborcza.

Osobiście, jestem zwolennikiem wprowadzenia systemu mieszanego, w przypadku którego obok miejsc w parlamencie przeznaczonych dla osób wybranych z okręgów jednomandatowych, były by także mandaty dla kandydatów z listy ogólnokrajowej(czyli wybieranych proporcjonalnie). Tak jak wcześniej wspomniałem, najbardziej ,,proporcjonalnie", jest w przypadku jednego okręgu w kraju. Lista ogólnokrajowa pełni w istocie taką właśnie funkcję. W przypadku systemów mieszanych, mamy do czynienia z dwoma najpopularniejszymi wzorcami. Pierwszy z nich to system niemiecki, drugi to z kolei model węgierski. Moim zdaniem sysytem węgierski jest lepszy, ponieważ w przeciwieństwie do niemieckiego, nie powoduje zmiennej liczby deputowanych(z czym mamy do czynienia w Niemczech). System mieszany, pozwala na kompromis pomiędzy ordynacjami różnego typu. Dzięki takim rozwiązaniom, zarówno osoba, która lokalnie działa od wielu lat, oraz posiada olbrzymie zufanie swojej społeczności, może dostać się do parlamentu, jak i ci, którzy w skali kraju mogą liczyć na dużą liczbę głosów(kandydując nie z JOWów, a z listy ogólnokrajowej). Dodam, że w przypadku listy ogólnokrajowej, należałoby znieść próg wyborczy, co ułatwiłoby dostanie się do parlamentu małym ugrupowaniom. Mielibyśmy wówczas w sejmie dużo lokalnych działaczy, żywo zaangażowanych przez lata we własne gminy, powiaty, oraz przedstawicieli nowych ugrupowań, które w obecnym systemie nie przekroczyłyby progu wyborczego. Mogłoby to zwiększyć dynamikę systemu partyjnego w naszym kraju, co byłoby wysoce korzystne, patrząc na obecne zastanie i marazm w nim obecny.

Warto zaznaczyć, ze JOWy mają jeszcze jedną wadę. Chodzi mianowicie o kwestię legitymizacji deputowanych. W klasycznym systemie jednomandatowym, nazywanym ,,pierwszy bierze wszytsko"(first past the post), mamy do czynienia ze słabą legitymizacją. Wyobraźmy sobie, że są w danym okręgu trzej kandydaci. X dostaje 35%, Y 40%, Z 25%. Mandat dostaje oczywiście kandydat Y. Otrzymał 40% głosów. Jego legitymizacja jest jednak wyjątkowo słaba. Można powiedzieć, że aż 60% wyborców, wskazała innego kandydata niż on. Aby nie było tego problemu, można stosować system jednomandatowy z dwiema turami, w przypadku, gdy żaden kandydat nie otrzyma więcej niż 50% głosów w pierwszej turze.


Krótko mówiąc, opowiadam się za systemem mieszanym, z częścią mandatów obsadzanych w systemie jednomandatowym – dwuturowym, a częścią z listy ogólnokrajowej, proporcjonalnie, bez progu wyborczego. Aby wprowadzić taki system , konieczny jest pozytywny wynik w referendum dotyczącym JOWów. Głosując na "Tak", nie wybieramy konkretnej ordynacji(np. klasycznej jednomandatowej), ale zaznaczamy chęć wprowadzenia tego typu rozwiązania do polskiego systemu wyborczego, w jakimś stopniu. Nikt nie powiedział, że ma on się w przyszłości opierać jedynie o JOWy, mogą one być tylko jego elementem. W jakim stopniu mają być one wprowadzone, oraz na jakich zasadach, to kwestia do rozważenia później w debacie publicznej, która (ponieważ chodzi o kwestie konstytucyjne) będzie bez wątpienia wyjątkowo ,,gorąca" i ,,zażarta". Jedno jest pewne, polski system wyborczy wymaga zmian. Obecna sytuacja polityczna cechująca się stagnacją, jest jego pochodną.

Podsumowując, jestem za wprowadzeniem systemu mieszanego, czyli - JOWów, ,,ale z głową", jak sugeruje popularne ostatnio hasło. W mojej opinii, zarówno taki system z jakim mamy dziś w Polsce do czynienia, jak i klasyczny sestem jednomandatowy, to złe rozwiązania. System mieszany na wzór węgierski, pozwala połączyć zalety obydwu modeli.

W nadchodzącym referendum, zagłosuję więc na "Tak" (w przypadku wprowadzenia JOWów), jednak licząc, że w przyszłości ordynacja zostanie zmieniona na mieszaną, a nie klasyczną jednomandatową(która byłaby niekorzystna w naszych warunkach). W mojej opinii, jedynie model mieszany, będzie zbawienny dla polskiej sceny politycznej.

 


Mateusz Pławski - wiceprezes warszawskich struktur Młodzieży Wszechpolskiej, prezes koła MW Warszawa – Południe. Członek partii Ruch Narodowy.

Sztuka dla niczego

Jeszcze nie tak dawno temu były czasy, kiedy sztuka, wolna od względów komercyjnych i niepodporządkowywana jakiejkolwiek poprawności, miała wartość sama w sobie. Wartość, której wyznacznikiem była nie ilość sprzedanych egzemplarzy czy nośność poglądów, które w danym momencie są przez ludzkość pożądane, bądź których od artysty, jako od kreatora wizerunku kultury danej społeczności się oczekuje. Wartość, którą tworzyło płynące z niej piękno, po prostu. Ot, sztuka dla sztuki, jakby to powiedzieli młodopolscy  artyści. Z tego powodu można było oczekiwać, że taka właśnie sztuka, w różnorakich formach, odzwierciedla nie tylko światopogląd jej twórców, lecz niejako daje pewien obraz mentalności społeczeństwa oraz aktualnie panujących nastrojów. Że taka sztuka nie boi się poruszać pewnych tematów czy odważnie traktować aktualnie jawiących się problemów, czy trudności. Wreszcie – że taka sztuka odbija się echem w świadomości odbiorców, wyciska swego rodzaju piętno, skłaniające do refleksji i nierzadko samo przez się zobowiązujące do pewnych zmian. Niestety – można było.

Żyjemy w XXI wieku. Wieku innowacyjnych rozwiązań, mających być receptą na wszelkie pojawiające się problemy i trudności oraz szaleńczego wyścigu najnowszych nowinek technologicznych, z których każda następna stara się prześcignąć poprzednią swoją skutecznością, innowacyjnością działania i jak najlepszym efektem. W zamyśle mają one jeden główny cel – uczynić życie ludzkie łatwiejszym i przyjemniejszym. Ot, raj na ziemi, a z pewnością rzeczywistość, o której marzyli oświeceni myśliciele XVIII wieku - epoki tryumfu rozumu, na swoje sztandary  obierające hasła szeroko rozumianego pragmatyzmu, będącego wyznacznikiem jakkolwiek pojmowanej wartości. Czy jednak rzeczywiście obdarzane taki uznaniem wytwory nowoczesności spełniają w dzisiejszym świecie swoją rolę? Odpowiedź na to pytanie niestety nie budzi już takiego entuzjazmu, jaki wywołują ich szumne kampanie reklamowe. Wystarczy bowiem odwołać się do własnego doświadczenia i spojrzeć na nie konstruktywnym okiem, wolnym od oficjalnie z takim zaangażowaniem rozpowszechnianego przekazu propagandowego. Nie chodzi tu bynajmniej o odrzucanie wszystkiego, co proponują najnowsze osiągnięcia technologiczne. Internet stanowi bardzo przydatne i przede wszystkim szybkie źródło pozyskiwania informacji, wymiany doświadczeń i komunikacji. Telefon umożliwia sprawne i wygodne porozumiewanie się, bez konieczności długiego czasu oczekiwania na odpowiedź, jak to miało miejsce w jeszcze nie tak odległej przeszłości. Dzięki samochodom, skuterom i wielu innym, przeróżnym środkom komunikacji, możemy w stosunkowo krótkim czasie przemieszczać się w różne miejsca, podróżować i zwiedzać świat. Podobnych przykładów można by mnożyć, z podobnym efektem. I nic w tym złego. Problem pojawia się wtedy, gdy stawiając owe wytwory na piedestale, przysłaniamy nimi wszystko inne, zakładając niejako dobrowolnie maskę na twarz. I to maskę tkaną grubymi,  ciężkimi do rozplątania nićmi.

Ostatnimi czasy, nie bez wpływu nowoczesnego, informacyjnego społeczeństwa, w jakim przyszło nam żyć obecnie, pojawił się bardzo niebezpieczny trend - swego rodzaju moda na użyteczność, która starannie selekcjonuje wszystkie twory, będące dziełem człowieka, pod kątem roli, jaką mają odgrywać w społeczności. Te, które z takich, bądź innych względów uzna za przydatne, gratyfikuje, wprowadzając do kanonu kultury danego okresu, tym zaś, które nie przejdą pomyślnie tego testu, przykleja łatkę nieużytecznych, a więc stworzonych bez celu i pozbawionych większego sensu. A wiadomo chyba dobrze, co robi się z niepotrzebnymi rzeczami…
Dlaczego trend gloryfikacji pragmatyzmu postrzegam jako niebezpieczny? Gdyż niezwykle skutecznie zabija wysokie aspiracje i ambicje twórców, każąc im rolę artystów zmienić w rolę tragarzy, kupców, handlujących, tym, co aktualnie potrzebne i pożądane. A więc towarem wątpliwej wartości, którą można wyrazić w kilku papierowych banknotach. Czy w takiej rzeczywistości jest jeszcze miejsce dla sztuki? Emocjonalnych liryków stworzonych pod wpływem ekspresji wzniosłych uczuć poetów, pragnących obnażyć przed światem swą wrażliwość – jedną z najbardziej intymnych sfer osobowości? Poematów stawiających diagnozę społeczeństwu oraz gotową niemalże na wyciągnięcie ręki receptę uzdrowienia gnębiących je bolączek? Portretów, pejzaży i wszelkich innych obrazów, odzwierciedlających stan duszy artysty? W dzisiejszym świecie bardzo często schodzą one na plan dalszy, skazane na powolne zapomnienie. No ale przecież wrażliwość dziś trudno się sprzedaje…

W dzisiejszych niełatwych, zabieganych czasach, niemal każdy człowiek naturalnie potrzebuje chwili wytchnienia, zatrzymania choć na chwilę tego szalonego pędu, by w odnaleźć własne miejsce w świecie, odkryć samego siebie. Nowoczesna technika, jaką serwują nam racjonalne, światłe umysły, zamiast ułatwiać życie – paradoksalnie coraz bardziej je komplikuje, stawiając przed jej użytkownikami coraz trudniejsze do rozwiązania problemy. Tak łudzące udogodnienia i komfort, wręcz wylewające się z hucznych kampanii firmujących super nowoczesne wynalazki, po stworzeniu złudnego wrażenia zaspokojenia potrzeb – zresztą krótkotrwałego – bardzo szybko pozostawiają uczucie nienasycenia, wynikające z zaprzedania własnej wrażliwości. Wynalazki, mające pomóc człowiekowi zaoszczędzić czas, działają jak efekt jojo – w konsekwencji pochłaniając go w sidła niewoli – na tyle silnej, że zabierającej czas na spotkanie z drugim człowiekiem, z samym sobą. Jedyną, słuszną alternatywą, wydaje się dziś sztuka. Ale sztuka prawdziwa, urzekająca pięknem, znajdującym wyraz w autentyczności płynących zeń uczuć, czerpiąca siłę z prostoty, budującej mural jej bogactwa. Sztuka szczerze porywająca i wciągająca do głębi. Sztuka skłaniająca do refleksji. Nie zaś sztuka tworzona po to, by znaleźć się w top 10 na jeden sezon i bezgłośnie ustąpić miejsca kolejnemu hitowi, nic pozostawiając po sobie nic, poza wielką pustką. Nie sztuka tworzona dla mamony, znacznie zaślepiającej ją blaskiem, rażącym po oczach swoją sztucznością. Nie sztuka dla niczego.

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorka portalu ProstozMostu.net, blogerka, historyczka z zamiłowania, rekonstruktorka, animatorka ŚDM 2016.

Sztuka (nie)dostępna

Sztuka jest współcześnie pojęciem bardzo szerokim. Sztuką może być dzieło jakiegoś twórcy, wytwór wirtualny, obiekt statyczny, tekst, widowisko, muzyka, nagranie bądź też fizyczne wykonanie. Dostępność do sztuki jest tak szeroka, jak samo to pojęcie. Możemy iść do opery bądź obejrzeć ją na płycie. Możemy iść na koncert bądź zdobyć bootleg, albo posłuchać go w Internecie. Możemy kupić książkę, albo pożyczyć ją skądś. Tego "możemy" możemy wymyślać w nieskończoność. Czy zatem dostęp do sztuki powinien być nieograniczony, czy też w jakiś sposób ograniczony?

Można napisać wiele  na ten temat, dlatego ograniczę się tylko do kontekstu wypowiedzi Poseł Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej. Stwierdziła ona: "Nie mogę wejść do sklepu, wziąć z półki pary butów i nie zapłacić. To dlaczego mam wejść do sklepu pod nazwą Internet, wziąć film czy książkę i nie płacić." Czy Pani Poseł ma rację? Oczywiście, kraść nie wolno, zabrania prawo i moralność. Ale czy to porównanie jest na prawdę trafne?

Pani Poseł stwierdziła, że istnieje spór „otwarty stów” i artystów. Ci pierwsi chcą nieograniczonego dostępu do sztuki, ci drudzy chcą żyć ze sztuki. Czy jest to spór z góry skazany na beznadziejność i brak rozstrzygnięcia, póki nie zwyciężą ci "artyści", jak uważa Pani Śledzińska-Katarasińska? Oczywiście - nie! Dlaczego? Bo "otwartystów" w takim płytkim znaczeniu można znaleźć chyba tylko w gimnazjum, a wśród tych "artystów" wcale nie ma tak dużo prawdziwych twórców. Reszta społeczeństwa albo nie zajmuje się tym problemem, albo nie ma dostatecznej wiedzy na ten temat. Oczywiście twórcy muszą z czegoś żyć - z tantiem, z wykonań na żywo, prezentacji etc. Ale jednocześnie protesty w sprawie wprowadzenia ACTA uświadomiły wszystkim, że zbytnie ograniczanie (czegokolwiek, w ogóle) nie prowadzi do niczego dobrego. Należy narysować taką symboliczną "krzywą twórcy" (w nawiązaniu do krzywej Laffera) i wyznaczyć złoty środek, który  wskaże nam, jak należy sprawę potraktować.

Czy karać za łamanie praw autorskich? Tak, ale nie mały muzyczny zespół coverowy, tylko kompozytora dopuszczającego się plagiatu (bez odnotowania oryginalnego autora treści, jeśli jest on znany). Czy karać za publiczne odtwarzanie muzyki? Tak, robiące to radio czy telewizję, a nie mały zakład fryzjerski. Czy karać za wykorzystywanie obrazów bez zgody autora? Tak, ale sieć handlową, reklamową, czy też media, a nie właściciela małego baru, który chciał udekorować ścianę. Czy karać w ogóle? Tak, ale nie z urzędu, ale po wniosku urażonego autora.

Dlaczego uważam, że nie należy karać z urzędu za łamanie prawa autorskiego? Dlatego, że paradoksalnie nielegalne kopiowanie pomaga artystom się wybić. Takie mamy realia, nikt na to nic nie poradzi. Nie znałbym Beksińskiego gdyby nie Internet. Nie poszedłbym na koncert Deep Purple gdyby nie pirackie kasety od taty. A z czego tak naprawdę artysta ma najwięcej pieniędzy? Z wykorzystania jego pracy na żywo. A czemu przywołałem Beksińskiego? Przecież już nie żyje, co mu z tego, że ja pójdę na wystawę jego prac? Ano właśnie - dlaczego w takim razie mamy tak zajadle ścigać kogoś, kto wykorzysta pracę nieżyjącego bądź nieistniejącego artysty? Jemu to i tak nic nie pomoże.

Przesadne ograniczanie dostępu do czegokolwiek, co może być naprawdę przydatne społeczeństwu, prowadzi do rozwoju czarnego rynku, co pokazała prohibicja w USA. Przesadne zliberalizowanie prawa prowadzi do zatarcia granic między rozsądkiem a głupotą. Artysta musi zarobić, ale nadmierne ograniczenie dostępu jedynie utrudni wybicie się młodemu twórcy. Prawo powinno chronić realne interesy artystów, a nie interesy ZAiKSu czy też koleżków rządzących w danym momencie elit.

 

Michał Osika - student muzykologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, uczeń Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. M. Karłowicza, członek stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej.

 

Niech żyje bal!

Tytuł niniejszego artykułu, być może choć pewnej części z nas, przywołuje na myśl słowa popularnej niegdyś - a w dzisiejszej kulturze zagubionej wśród krzykliwych i wątpliwej wartości artystycznej utworów - piosenki Maryli Rodowicz o tymże samym tytule. Jakkolwiek nie zamierzam dokonywać żadnej interpretacji czy analizy tego jakże bogatego językowo i merytorycznie tekstu, to nawiązanie do niego w tym artykule nie jest bynajmniej przypadkowe. Słowa tego utworu głęboko poruszają bowiem stan opisywany z większą bądź mniejszą słusznością przez wielu młodopolskich artystów, a którego symptomy zauważam w dzisiejszej rzeczywistości XXI wieku. Stan, który charakteryzowany jest najczęściej jako upadek dotychczasowych wartości moralnych, społecznych lub kulturowych, któremu nierzadko towarzyszą różne odmiany hedonizmu. Stan, który uczeni nazwali dekadencją.

Myśląc dekadencja niemal bezwiednie nasuwa się na myśl twórczość młodopolskich artystów, przerażonych wizją zbliżającego się końca wieku i upatrujących w nim gruntownego kryzysu najważniejszych dla ludzkości wartości, traktowanych jako pewien standard, podstawę życia społecznego. Koniec wieku miał więc utożsamiać koniec człowieczeństwa - rozumianego jako warunek pokojowego współżycia społecznego, zagładę jakiejkolwiek harmonii i zastąpienie jej wszechogarniającym chaosem. Czy dzisiaj - u początku XXI wieku, w którym za fundament okrzyknięto takie wartości, jak wolność, równość, demokratyczne zasady – można mówić o dekadencji? Czy uprawnione jest używanie tego terminu w czasach, gdy zażegnane zostało widmo strasznych, pełnych niewyobrażalnych okrucieństw i bratobójczych walk wojen światowych? I czy nam – ludziom okresu złotej wolności – może właściwie coś jeszcze zagrażać? Niestety, odpowiedź na powyższe pytania może być tylko jedna – twierdząca.

Nie potrzeba wnikliwych socjologicznych analiz, żeby  dostrzec choroby, na jakie cierpią współczesne masowe społeczeństwa. Kryzys uwypukla się niemal w każdej płaszczyźnie. Ostoją i fundamentem każdego społeczeństwa jest rodzina. O wadze tej pierwotnej każdemu człowiekowi wspólnoty decyduje nie tylko fakt, że wpaja mu podstawowe wartości kształtujące jego światopogląd i przygotowuje do życia w większej społeczności. Główną wartość rodzina zawdzięcza funkcji reprodukcyjnej, umożliwiającej zachowanie gatunku ludzkiego, a w konsekwencji nadanie trwałości i płynności życiu społecznemu. Z tego właśnie powodu wspólnota ta powinna zajmować uprzywilejowaną pozycję, znajdować się pod szczególną opieką, swoistym parasolem ochronnym, zabezpieczającym przed wszelkimi, nawet najdrobniejszymi kalającymi ją brudami. Czy aby na pewno tak jest? Wydaje się, że rodzina dotychczas nie była tak zagrożona jak obecnie. W czasach, gdy podważa się  jej naturalny, zdrowy wygląd, ośmieszając legalizowaniem związków dwojga ludzi tej samej płci, którzy pozostając mniejszością, uzurpowali sobie prawo dyktowania większości swojej moralności. W czasach, gdy państwo w ramach górnolotnie nazywanej polityki prorodzinnej, najpierw obciąża rodziny coraz to większymi kosztami utrzymania, a gdy to brzemię okazuje się dla wielu nie do udźwignięcia, zabiera dzieci do przytułków, woląc wspomóc materialnie rodziny zastępcze, niż pomóc biologicznym. Taka sytuacja zdrowego społeczeństwa z pewnością nie charakteryzuje.

Kolejną podstawową każdemu człowiekowi wspólnotą jest instytucja państwa. Każdy żyje w jakimś państwie. Choć współczesna terminologia uwzględnia termin bezpaństwowca, to odnosi się on do ludzi nieposiadających żadnego obywatelstwa. Nie zmienia to jednak faktu, że mieszkają oni na terytorium jakiegoś państwa, choć nie mogą korzystać z pełni jego praw. Nie tak odległa historia pokazuje próby zlikwidowania owej instytucji, co za swoje sztandarowe hasło obrała ideologia socjalistyczna; obrazuje również, że zakończyły się one kompletnym niepowodzeniem. Instytucja państwa przetrwała, nie oznacza to jednak, że jest ono tak silne, jakby z pozoru mogło się wydawać. Paradoksalnie, nie potrzeba współcześnie tak zorganizowanych i wrogich działań, aby pogrążać je w coraz większym chaosie i kryzysie. Dużo bardziej niebezpieczne okazują się działania dyplomatyczne, z premedytacją zaplanowane i konsekwentnie realizowane przez wielkich tego świata. Nie trzeba mówić, jak destrukcyjnie na instytucję państwa wpływają ruchy globalizacyjne, zmierzające do ujednolicenia wszystkiego, w jak największym stopniu. Jednak zdają się one tworzyć jedynie tło – pierwszoplanową rolę odgrywają bowiem organizacje międzynarodowe, które pod szyldem walki o wyrównywanie szans, zawłaszczają sobie część ich suwerenności – na tyle znaczącą, że państwa te nie mogą nawet samodzielnie realizować własnego prawa, jeśli jest ono nie pomyśli głównym graczom tych ponadnarodowych instytucji. Bo o państwie, które musi - a co gorsza czyni to dobrowolnie! – uznawać prymat ustawodawstwa tychże organizacji, które w każdej chwili może zostać zaskarżone i sądzone przed strasburskim Trybunałem ze swoich decyzji, które nie ma nawet autonomii w zapewnieniu swoim obywatelom bezpieczeństwa – powiedzieć, że jest suwerenne nie sposób. A do czego takie wspólne ustawodawstwo, forsowane przez najbardziej liczących się członków, może doprowadzić? Wystarczy spojrzeć na przykład Grecji. I nie mają racji zaciemniający uwagę i zdolność trzeźwego osądu autorzy podręczników, tłumaczący, jakoby te wszystkie działania miały na celu jedynie zabezpieczać prawa człowieka w sferach, gdzie istnieje największe ryzyko ich łamania. Prawidłowo funkcjonujące państwo nie potrzebuje do tego niczyjej pomocy. A nie będzie prawidłowe, jeśli zabierze mu się do tego warunki.

Dla wielu Polaków bliska sercu jest również instytucja Kościoła. Na tej płaszczyźnie sytuacja także niestety nie wygląda najlepiej. O narastającej sile antyklerykalnych ruchów chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Wprawdzie nie przybrały one jeszcze tak radykalnej postaci jak chociażby w ramach bliskiej szczególnie nam – Polakom - polityki Kulturkampfu, realizowanej przez pruskiego zaborcę, czy otwartej walki komunistów z Kościołem. Współczesne ataki są o tyle bardziej niebezpieczne, że zakamuflowane i uderzające z zaskoczenia. O tyle również bardziej niebezpieczne, że przenikające do jego wnętrza i budzące zamęt od środka. I nie chodzi mi tu o rozdmuchiwane z takim zamiłowaniem przed media głównego nurtu przypadki pedofilii czy innych wyimaginowanych zboczeń wśród księży, gdyż stanowią one jedynie krople goryczy w morzu oddania i poświęcenia, jakie prezentuje znaczna większość duchownych. Mam natomiast na myśli liberalizację przepisów kościelnych. Kościół pragnie wskazywać ludziom drogę w chaosie zgotowanym przez niepewne czasy. I choć cel zawsze taki sam, nie zawsze jednak nowa rzeczywistość wymaga wytyczania nowej drogi. Utarte ścieżki okazują się często dużo bardziej skuteczne, bo przemawia za nimi doświadczenie. To nie Kościół ma dostosowywać się do człowieka, bo słowa Jezusa nie tyczyły I wieku i nie straciły aktualności wraz z nastaniem nowoczesnych czasów. Wydaje się więc, że dyscyplina kościelna i wierność niezmiennym zasadom mogą być najlepszym lekarstwem na bolączki współczesnego świata. Jeżeli więc ktoś ma problem z konserwatywnym i opowiadającym się za Tradycją Kościołem - wiara nie jest obowiązkiem. Natomiast sytuacja, gdy ktoś deklarujący wiarę katolicką - a tym samym akceptujący wszystko, co ona ze sobą niesie - otwarcie i bez skrupułów krytykuje tę instytucję, gdy ktoś przypuszcza nagonkę na arcybiskupa, który ma odwagę sprzeciwić się na synodzie akceptacji przez Kościół homoseksualizmu – jest co najmniej nieporozumieniem.

Powyższe gorzkie słowa dobitnie pokazują, w jak wielkim kryzysie pogrążone są współczesne społeczeństwa – wielkim ze względu na skalę, jak i znaczenie dotykanych przezeń tak usilnie podstawowych instytucji, determinujących jakość i sposób funkcjonowania społeczeństw. Nowoczesne, zmodernizowane, przepojone na wskroś technologicznymi udogodnieniami, coraz bardziej gubią się w coraz to nowszych nowinkach, stając się ich niewolnikami. Rozszerzyliśmy granice moralności niczym wór, do którego można wrzucić wszystko, co aktualnie wygodne, przyjemne, łatwe. A mimo to stoimy na granicy, na skraju przepaści. Kilka kroków w przód grozi niechybną zagładą – tym bardziej, że stąpamy dumnie, z zasłoniętymi oczami, nie bacząc na rady poprzedników, zakrawające na zacofane, rodem z ciemnogrodu zabobony. Czy można więc na początku XXI wieku mówić o dekadencji – w obliczu ustępowania gruntu spod nóg, ślepego podążania za czymś nowym – wyznacznikiem lepszego, dobrowolnego rzucania się w przepaść? Tak. Czy można jeszcze bardziej naginać granice „moralności”, bądź zastąpić ją bardziej wydajnymi odkryciami ludzkiego rozumu? Nie wiem. Tego nie wie nikt. Bo w zasadzie kto by się tym zajmował. Jutro niepewne, nie marnujmy więc dnia dzisiejszego! Kto by w obliczu potęgujących się kryzysów miał pretensje o zatracenie w otchłani hedonizmu...

 

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorka portalu ProstozMostu.net, blogerka, historyczka z zamiłowania, rekonstruktorka, animatorka ŚDM 2016.

Zmobilizować naród, czyli co zrobić w XXI wieku

Wiele się mówi o konieczności zmobilizowania narodu, ale im więcej słów się wypowiada w tym temacie, tym mniej recept wydaje się na chorobę, na którą cierpi naród polski – czyli nie mówi się o tym, jak ta mobilizacja ma wyglądać. Czy to wydarzenia na Facebooku zmienią polską rzeczywistość? Czy to akcje z hashtagami na Twitterze mają przynieść oczekiwane zbawienie? Czy też może pikiety uliczne niosą odrodzenie? A może mobilizacja narodu polskiego powinna przebiegać w zupełnie innej formule?

 

 

 

Nie ma wątpliwości, że Internet jest dobrym narzędziem, które można – i które wykorzystuje się w słusznym celu uświadamiania obywateli. Powszechny dostęp, łatwa obsługa i możliwość przebierania w informacjach powoduje, że coraz więcej ludzi nie ulega manipulacjom radia, telewizji czy prasy. Warto jednak zastanowić się jaki odsetek stanowią ci ludzie uświadamiani za pomocą nowych mediów. Patrząc na wyniki wyborów można mieć obawy, że wciąż jednak jest to mała liczba.

 

Jednak Internet, oprócz swoich zalet ma także wady, które – kto wie, czy nie w większym stopniu determinują życie współczesnych społeczeństw. Mnogość informacji nie zawsze jest dobrem, bo bardzo często są to informacje niesprawdzone, podane chaotycznie, a także –tak, tak!- zmanipulowane. Fałsz w Internecie, to nie fikcja, a rzeczywistość i potrzeba naprawdę sporego poziomu intelektualnego, by umieć odróżnić prawdę od kłamstwa. Jednak według autora, największą wadą Internetu jest zamazywanie rzeczywistego obrazu społeczeństwa. Trzeba zrozumieć, że popularności danych idei nie można mierzyć za pomocą internetowych sond czy rankingów. Można to łatwo zaobserwować w popularności różnych wydarzeń. Jeśli uczestnictwo w wydarzeniu X zgłosi 1000 osób, to jest wielce prawdopodobne, że nawet połowa z nich na rzeczywistym wydarzeniu się nie pojawi. Z różnych powodów… z lenistwa, z hipokryzji, albo po prostu – okazuje się, że dana osoba mieszka 200 km od miejsca wydarzenia i w tym, konkretnym dniu ma zaplanowaną wizytę u lekarza, na którą czekała pół roku (rząd wie co robi, nie naprawiając służby zdrowia!). Dlatego Internet nie niesie zbawienia. Co najwyżej – dostarcza nowych narzędzi i nie ma co bawić się w tradycjonalistę, który Internetem będzie pogardzał, a po prostu trzeba te narzędzia wziąć do rąk i zabrać się do wielopłaszczyznowej pracy.

 

Warto też zastanowić się jaki sens mają pikiety czy protesty, w których uczestniczy kilka, kilkanaście a może kilkadziesiąt osób. Jeśli pikieta przebiega wedle utartego schematu, który w centralnym punkcie ma wykrzyczenie kilku sloganów, to od razu można sobie odpuścić, bo wydźwięk tej pikiety jest fatalny. Nie łamie żadnych stereotypów i nie wnosi nic realnego do naprawy sytuacji polskiego narodu. Uświadamia? Tak. Uświadomionych.

Jednak jeśli pikieta jest przemyślana, wsparta innymi rodzajami działań społecznych, to rzeczywiście może odnieść sukces. Jeśli uczestniczą w niej zaangażowane osoby, zdolne do wzbudzenia społecznego zaufania, to taka pikieta jest konieczna i może wydać owoce. Być może, drobne, ale to zawsze coś. Dlatego autor nie sugeruje, że należy wycofać się z takich akcji ulicznych, a jedynie wskazuje, że należy im nadać nowy wymiar. Zbudować wokół nich otoczkę autentyczności i pewnego poziomu intelektualnego. Nie zanegować wszystkich i wszystko, ale skrytykować i pokazać alternatywę. Mówić – nie krzyczeć. Bo czasami głośniejszy jest głos pewny i zdecydowany oraz spokojny, niż chaotyczny, gardłowy krzyk.

 

A może mobilizacja narodu powinna skoncentrować się wokół odzyskania przestrzeni społecznej, którą przejęły hasła politycznej poprawności, wątpliwej równości, wypaczonej tolerancji i skrzywdzonej wolności? Jeśli naród na ulec procesowi organizacji, to niewątpliwie – tu należy działać przede wszystkim. Odzyskać kulturę, naukę, instytucje państwowe itd. Zakładać fundacje, stowarzyszenia i podejmować wszelakie inicjatywy od koncertów zaczynając, na panelach dyskusyjnych kończąc. Polak zmobilizowany, to Polak gotowy do działania autentycznego – nie deklaratywnego czy wyimaginowanego. Mobilizacja, to czyn, za którym stoi wartość intelektualna, którą można podważyć, ale trzeba to wtedy mądrze uzasadnić i wejść w dyskusję.

 

Przestrzeń intelektualna, to przestrzeń, w której musi zaistnieć mobilizacja narodu i musi zaistnieć przy wielkim wysiłku i wielu wyrzeczeniach. A przede wszystkim – musi być realna i obiektywna. Zrzucenie ludzi z kanap i wyprowadzenie ich z domów, nie musi oznaczać, wyprowadzenia ich na ulice. Może po prostu być zaproszeniem ich do teatrów, kin, klubów dyskusyjnych i sal koncertowych oraz innych miejsc kultury i nauki.

 

Chwała Wielkiej Polsce!  

 

Michał Sebastian Patyk -  student Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.

 

 
 
 
FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy