Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

Potrzeba odnowy

Żyj na całość! Podporządkuj swoje dążenia zachciankom. Nic Ci nie pozostało poza utrzymaniem się w sferze doraźnej przyjemności, bo faktycznie aby osiągnąć spełnienie musisz zakonserwować się w stanie hedonistycznego poczucia szczęścia. Życie jest krótkie, korzystaj. Żyj bez konsekwencji, idź do klubu, wyrwij dziewczynę prześpij się z nią – co Ci szkodzi? W końcu na tym to wszystko polega – aby przez ten krótki okres swojej egzystencji zakosztować wszystkiego co się da, jak najwięcej. Co z tego, że moralność, co to w ogóle za pojęcie? Podobnie jak idea – wymysły starych moherów, którym tyłki zaczęły śmierdzieć cmentarzem, więc ubzdurały sobie, że przez realizację jakichś... zasad można osiągnąć pozaziemską nieśmiertelność. Żadne z tych pojęć nie ma znaczenia, bo świat jest do szpiku materialny. Wszelkie dążenia człowieka, nawet zawarte w obrębie tego, co niektórzy jakby z uniesieniem nazywają „ideą” i „moralnością” skupiają się tylko wokół jednostkowych interesów.  Czy na przykład ci cali działacze społeczni – pomagają ludziom niby tak bezinteresownie, mówią bo: „kochamy bliźniego”, bo „zależy nam na ojczyźnie”, prawda jest taka, że zaspokajają potrzebę społecznej akceptacji. Oczekują poklasku, pochwały, braw! A niech bezinteresownie marnują swój czas... Twoim, naszym celem powinien być życiowy sukces, bogactwo, możliwość spełniania swoich zachcianek, ambicji. Celem samym w sobie powinna być życiowa przyjemność. To maksymalna forma spełnienia.

Taki punkt widzenia coraz bardziej przenika do świadomości społecznej. Jest on podawany  na wykwintnym talerzu medialnej retoryki, setek reklam, spotów promujących swój produkt poprzez ukazanie „wyfotoszopowanych” pięknych „nadludzi”. Generują go przykłady postaci z nowych amerykańskich superprodukcji, ludzi sukcesu, jurnych mężczyzn otoczonych adoracją setek kobiet, posiadających wille z basenem i masę pieniędzy. Z drugiej strony mamy do czynienia z powabnymi kobietami, jakże asertywnymi zawsze zyskującymi to, czego tylko zapragną. Cała ta sztuczna rzeczywistość, którą zostajemy otoczeni, sprawia, że pragniemy tego co ci „nadludzie”. Szczęścia, pieniędzy, piękna. Chcemy się dobrze bawić, mieć wszystkiego pod dostatkiem, choć trochę  utożsamiać z tym wszechogarniającym nas „sukcesem”. Aby to osiągnąć porzucamy tradycje, sprowadzamy nasze życie do czynów zaspakajających potrzeby tzw. niższej kategorii. A co z jakimiś wartościami... wyższymi?

 

Powyższe przykłady wskazują, jak bardzo współczesny świat potrzebuje odnowy, potrzebuje nowych ruchów narodowych. To wszystko, co zostało ukazane na początku artykułu, mówi o tym, że naszą rzeczywistość zalewa fala bezideowości. Ludzie odrzucają wartości, nie ma już dla nich żadnych świętości. Konsumpcja, materializm - stają się celem samym w sobie. Całe to zjawisko z jednej strony dotyka elity intelektualne, które pod wpływem nowoczesności formują nowe pojęcie humanitaryzmu, zrywające z tradycją, otwierające furtkę dla zachowań i czynów sprzecznych z naturą. Swoją pozycję oraz dotychczasową rolę wartościującą w społeczeństwie zastępują tym, co nazywają „tolerancją i akceptacją różnorodności”. Same zagubione w kulcie intelektu, rozumu ludzkiego „elity” zwodzą na manowce tych, których powinny prowadzić. Z drugiej strony mamy do czynienia z całymi społeczeństwami ulegającymi, poprzez działanie chociażby mediów,  materialistycznej wizji swojej przyszłości. Współczesne społeczeństwa europejskie ulegają dekadencji, powszechny staje się indywidualistyczny pogląd - „żyj i daj żyć innym”. Wobec takiego podejścia umierają idee społeczne, wypacza się pojęcie patriotyzmu. Dla wielu wizja zbrojnej walki o wolność państwa, narodu to jakaś bajka z zamierzchłych lat. Gdyby ponownie pojawiło się zagrożenie dla suwerenności, wielu zapewne idąc za wzorem danym przez Marię Peszek spier*****oby z kraju. Umiera myślenie w kategoriach dobra narodowego, zastąpione przez myślenie w kategoriach dobra jednostki. I to właśnie tutaj pojawia się wyzwanie dla nowych europejskich ruchów narodowych.

 

O ile w połowie XIX i na początku XX wieku narodowcy w wielu państwach Europy stali przed trudnym zadaniem włączenia w tryby pracy narodowej klas nie poczuwających się do odpowiedzialności za szerszą społeczność narodową ze względu na brak odpowiednio ukształtowanej świadomości wśród tych mas, tak dzisiaj przed narodowcami stoi zadanie jeszcze trudniejsze. Naszym zadaniem staje się bowiem przywrócenie świadomości społeczności, która  jest już w pewien sposób ukształtowana lub podlega kształtowaniu przez świat popadający w dekadencję. Dzisiejsze ruchy narodowe muszą więc nie tyle zabiegać o „duszę” społeczną poprzez próbę uświadomienia jej potrzeby istnienia idei społecznej – idei narodowej, ale także podjąć walkę z cywilizacją indywidualizmu. Problem jest o tyle poważny, że idea narodowa opiera zasady swojego działania na poświęceniu czasu na rzecz społeczeństwa. Wymaga  podjęcia bezinteresownej pracy za którą z wielu stron padną słowa potępienia. Zamiast tej pracy współczesny świat oferuje jednostce skupienie się na samej sobie, odrzucenie wszelkiej działalności społecznej jako z gruntu rzeczy bezsensownej, od której nie można oczekiwać spełnienia. Wreszcie oferuje wygodę wynikającą z faktu zajęcia się jedynie samym sobą - bierność. Do tego dokłada się działanie strefy medialnej i niektórych środowisk politycznych, dla których istnienie społeczeństwa aktywnego, będącego odwrotnością biernego i indywidualistycznego, groziłoby zachwianiem pozycji czy utratą zysku. Tak więc na przykład dzisiejsze środowisko Platformy Obywatelskiej bazuje na niewiedzy i braku zainteresowania wielu obywateli polityką i sprawami natury społecznej czy ekonomicznej, robiąc w konia masy bezwzględnie wierzące w tanią propagandę o moherowym zacofanym PiSie czy wandalach Narodowcach - znających się tylko na robieniu demolki skinach spod ciemnej stadionowej latarni. Do tego dołączmy wielkie korporacje, które na łamach środków przekazu starają się człowiekowi wcisnąć materie, produkt jakoby niezbędny do życia i szczęścia, starając się uczynić tę materię i jej posiadanie jednym z celów naszej egzystencji. Dla takiej korporacji liczy się jednostka, która swoje potrzeby duchowe zamieni na materialne, chęć społecznego spełniania się na rzecz wyłącznego zaspakajania swoich potrzeb materialnych. Dzisiejsze ruchy narodowe muszą prowadzić wojnę z niezwykle silnymi przeciwnikami, zwolennikami bierności uposażonymi w kapitał i środki by szerzyć propagandę tego co nazwałem wcześniej bezideowością.

 

Obecnie więc celem narodowych ruchów społecznych powinno być działanie na rzecz wzbudzenia w ludziach idei, wskazania im nowej drogi motywując do podjęcia pracy społecznej. Należy skończyć z kultem jednostki oraz świata opartego tylko i wyłącznie na egoizmie. Potrzeba uświadomienia, że nasza praca społeczna to praca dla przyszłych pokoleń – praca, której celem jest uczynienie świata lepszym. Należy wzbudzić odpowiedzialność w ludziach za przyszłe pokolenia, a może nawet wręcz nauczyć ich jej. Świat pozbawiony, wyzuty z wartości wyższych, to świat, który w dłuższej perspektywie nie ma sensu. To świat ludzi sterowanych, ludzi, którzy jeśli tylko zapewni się im tzw. „socjal”, przeżycie, przyjemności, oddadzą się biernie pod kontrolę tym, którzy będą im w stanie taką wegetację polegającą na przeżyciu zapewnić. Społeczeństwo dekadentów, bezideowców to społeczeństwo bierne, ślepe, nieczułe, skupione tylko i wyłącznie na wymiarze „indywidualistycznego ja”. To społeczeństwo, które niechybnie czeka zagłada.

 

Miłosz Chyba

Po co komu matura?

Co roku absolwenci szkół średnich piszą maturę. Co roku ktoś nie zdaje. Co roku jest wielki manifest, że jak to, że matury takie trudne, że nasza młodzież powinna je zdawać, no bo jak można nie zdać matury? Otóż, proszę państwa, można nie zdać matury! Dziwne, nieprawdaż? Wprawdzie ja maturę mam zdaną (i to nie ledwo), ale nie zamierzam tutaj się chwalić moimi "osiągnięciami", tylko wręcz odwrotnie: zastanawiam się, czy na prawdę wszyscy maturzyści powinni zdać maturę i czy to takie złe jest jej nie zdać?

Na początku należy zdefiniować, kim jest maturzysta i czy powinien nim być. Bo teoretycznie maturzystą jest po prostu każdy, kto podchodzi do egzaminu maturalnego, a czy wraca z tarczą, czy na niej, to już bez znaczenia. Ale czy na prawdę jest to bez znaczenia? Bo jeżeli ktoś idzie na kurs np. wychowawcy kolonijnego, po którym jest egzamin uprawniający do bycia tym wychowawcą, to przystępuje do niego po to, żeby go zdać i być tym wychowawcą. Jeżeli ktoś zapisuje się do szkoły nauki jazdy, to robi to po to, żeby potem móc jeździć danym pojazdem. Oczywiście ktoś może danego kursu nie ukończyć czy nie nabyć odpowiednich umiejętności, ale wtedy nie przystępuje on do egzaminu, chyba że jest wybitnie nieroztropny. Dlaczego zatem uczniowie, którzy są niewystarczająco przygotowani, przystępują do egzaminu dojrzałości? Skoro nie są gotowi, to nie powinni do niego przystępować, zatem nie powinni być maturzystami.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że może nauczyciel zły, że nie umiał nauczyć. To ja przepraszam, czy jeżeli ja idę na egzamin w szkole muzycznej, to jeśli się pomylę, grając utwór na instrumencie, przez co dostanę niższą ocenę, to czy jest to wina mojego nauczyciela, że mi łopatą nie władował tych dźwięków do głowy, czy może jednak moja, bo się niewystarczająco przygotowałem? Oczywiście nie wszyscy oblewający maturę są jełopami. Znam przypadki awangardowe, gdzie delikwent uzyskał 80% z jednego przedmiotu, a 30% z drugiego. Gdyby zrobił jeszcze jeden głupi błąd, to by nie zdał. Czy wtedy byłby na równi z tymi, którzy ze wszystkich przedmiotów uzyskali mniej niż 30%? W papierach tak. Ale w umiejętnościach - nie.

Do czego zmierzam? A no do tego, że nie powinny być najważniejsze dla ludzi jakieś mało mówiące o człowieku papierki, ale właśnie umiejętności. Oczywiście trudno bez papierka ocenić nieznanego nam człowieka, ale czy na prawdę papierek tylko czystą prawdę powie? Tym bardziej, jeżeli warunkiem do uzyskania tego papierka jest zamknięcie umysłu i pisanie pod klucz? Co to za dojrzałość, być odtwórczym i tylko przewidującym? A jeżeli ktoś nie jest tak sprytny, aby wstrzelić się w klucz, ale jest dużo bardziej twórczy i oryginalny, to co, nie jest już wystarczająco dojrzały? A może specom z CKE pomieszały się definicje słów i zamiast dojrzałych, rządają ludzi równych, mało kreatywnych i przytrzymanych twórczo?

Nie każdy powinien być w stanie zdać maturę. W społeczeństwie są potrzebni też ci, którzy nie pójdą na studia, bo pójdą od razu do pracy. Będą mniej zarabiać, owszem, ale to ich wybór oraz ich umiejętności. Nie każdy jest stworzony do bycia magistrem (chociaż w obecnych czasach bycie magistrem nie jest już w zasadzie żadnym autorytetem). Ba! Są zawody, które często wymagają większej wiedzy i umiejętności, niż jakiś magister, ale nie wymagają tytułu. Oczywiście: im większa wiedza teoretyczna, tym lepszy specjalista. Ale czy na pewno lepszy pracownik w aspekcie jego praktyki?

Nie każdy musi mieć zdaną maturę. Ale każdy powinien mieć jakieś umiejętności. Papierek nie jest ich bezwzględnym wyznacznikiem. Im człowiek posiada w sobie więcej determinacji i ambicji, tym więcej osiągnie. Choćby bez papierka.

 

Michał Osika - student muzykologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, uczeń Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. M. Karłowicza, członek stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej.

 

 

 

 

Znaczenie Kościoła

Zapewne jak niektórzy czytający ten artykuł, czasami lubię w nudnych chwilach podnieść sobie ciśnienie, albo pośmiać się z wywiadów i artykułów na lewicowych witrynach internetowych. Bywa, że znajdziemy tam jakieś pomyje wylewane na „polski naród sprawców”, straszenie krwiożerczym PiSem, czy fundamentalistycznymi Narodowcami... Nie mogłem się jednak przestać śmiać, gdy nijaki aktor i celebryta Krzysztof Pieczyński zaczął straszyć Polaków Kościołem, sprowadzając istotę tej instytucji do ciemnoty, zacofania, palenia czarownic i tak dalej i tak dalej. Dodajmy do tego, że dla wzmożenia narodowego intelektu przeciwko „katolickiej ciemnocie” polecił on Polakom by czytali książki, których - jak mam wrażenie –  unika jak ognia. Ponadto Pan Pieczyński najwyraźniej sam jest ofiarą manipulacji zachodnich antyklerykalnych środowisk. Ot, kolejny okaz, który dla sławy, czy może dla sprawienia wrażenia bardziej inteligentnego, omija fakty i przedstawia fundament, korzenie, które dały początek  cywilizacji europejskiej jako źródło ciemnoty. Jak bardzo się myli postaram się przedstawić w tym artykule.

Jeszcze jakieś 1400 lat temu Europa zachodnia i środkowa była zamieszkana w dużej mierze przez barbarzyńskie germańskie i słowiańskie ludy. Generalnym miernikiem władzy, dominacji społecznej była siła – ten kto potrafił lepiej władać mieczem, był w stanie podporządkować sobie ludzi i zdobyć władzę. Kultura stała na niskim poziomie. Stopień rozwoju cywilizacyjnego Europejczyków był zdecydowanie niższy niż ówczesnych Chińczyków czy Hindusów, w których krajach budowano wspaniałe pałace, dobrze prosperujące szpitale i łaźnie. Europejscy władcy byli zainteresowani zdobyciem i utrzymaniem władzy, do czego potrzebowali zbrojnych, machiny wojennej – kultura zaś została zepchnięta na drugi plan, istotę jej rozwoju powierzono Kościołowi. Tak więc klasztory rozwijały życie intelektualne, duchowni zakładali uniwersytety i zajmowali się recepcją starych rzymskich praw na grunty nowo kształtujących się państw. Z tej formy cywilizacja europejska dokonała wielkiego skoku i w każdym względzie zdominowała inne. Dzisiaj europejski system szkolnictwa, prawa, dyplomacji, europejskie style budownictwa czy ubioru, stosowane są w niemal każdym państwie na świecie. Rozwój, który umożliwił mieszkańcom starego kontynentu zdominowanie świata pod każdym niemal względem należy w ogromnej mierze przyznać Kościołowi. To on dał początek europejskiej edukacji, następnie wspierał poprzez mecenat rozwój kultury. To sztuka sakralna, budownictwo kościelne dały impuls do rozwoju sztuki świeckiej. Instytucja kościoła zatrudniała architektów, malarzy, skrybów, dla których nie było aż tak dużo miejsca na królewskich dworach. To dzięki hojnemu patronatowi kościoła takie dziedziny jak malarstwo, matematyka, sztuka budownicza czy pisarska mogły ulec korzystnej ewolucji. Przy tym należy wspomnieć, że na przestrzeni kolejnych stuleci wkład ludzi Kościoła w rozwój nauk humanistycznych i ścisłych był ogromny. Oczywiście lewicowi publicyści czy ich sławne maskotki wolą tego nie zauważać. Weźmy chociaż św. Augustyna, uważanego za jednego z najważniejszych doktorów Kościoła zachodniego. Jego teksty wchodzące w kanon najważniejszych dzieł teologicznych Kościoła stanowią poważny wkład w historiozofię, retorykę czy w ogóle w światową filozofię. Proponowany przez Augustyna styl argumentacji, dyskusji oparty na merytorycznych i pewnych podstawach, inspirowany przykładem antycznych twórców pokroju Arystotelesa, był promowany przez mnichów i księży w zbarbaryzowanej Europie. To przykład oraz słowo wybitnych ojców Kościoła będą inspirować Europejczyków do zainteresowania się okresem antycznym. Żeby dopełnić temat warto wspomnieć jeszcze o posiadającym niższe święcenia kapłańskie Mikołaju Koperniku - wybitnym astronomie i humaniście, Tomaszu Morusie – męczenniku i świętym Kościoła Katolickiego – wielkim humaniście czasów nowożytnych. Wspomnijmy  Georgesa Lemaître'a - belgijskiego księdza, który sformułował hipotezę Wielkiego Wybuchu czy ojca Gregora Mendela, opata zakonu augustianów w Brnie, który był prekursorem genetyki. Przykłady zasłużonych ludzi Kościoła można mnożyć i mnożyć. Zapewne i trzystustronicowa księga nie starczyłaby, aby spisać ich wszystkie imiona oraz określić ich wkład w naukę dwulinijkowym opisem (o ile byłoby to możliwe).

Poza postępem naukowym o rozwoju danej społeczności decyduje jej stosunek bezpośrednio do swoich elementów – jednostek, grup społecznych wchodzących w jej skład. Istotną rzeczą będzie omówienie wkładu Kościoła w pewną pozytywną ewolucję społeczną i polityczną, która zaszła w chrześcijańskiej Europie. Oczywiście ewolucja ta jest wielowymiarowa i nie starczy nam czasu, aby dokładnie ją omówić. Dość istotny jest w tym wszystkim stosunek Kościoła do życia pozagrobowego czy funkcjonowania człowieka w sferze duchowej. W przeciwieństwie do wielu religii chrześcijaństwo uważa świat duchowy za coś bardziej odrębnego od świata ziemskiego rządzącego się własnymi zasadami. Może skorzystajmy z przykładu: w Hinduizmie powodzenie i pozycja społeczna jednostki są uzależnione od sposobu bycia we wcześniejszych wcieleniach, co legitymizuje podział kastowy. Świat duchowy ściśle wiąże się z ziemskim, a funkcjonujący w tym systemie religijnym ludzie z kast wyższych nie poczuwają się do solidarności z członkami kast niższych, z racji na ich domniemane grzechy w życiu poprzednim. Katolicyzm, czy ogólnie chrześcijaństwo, mówią zaś o równości w Chrystusie wszystkich, niezależnie od ich pozycji społecznej na ziemi. Każdy, bez znaczenia czy był królem, papieżem czy żebrakiem stanie przed tym samym Sądem Bożym i wszyscy na równi zostaną ocenieni podług swoich uczynków. Taki pogląd braterstwa, wszystkich ludzi na podstawie pochodzenia od tego samego Boga rodził w społeczeństwach Europy pewien solidaryzm, który przyczynił się do ukształtowania pojęcia współczesnego „humanitaryzmu”. Strach przed sądem ostatecznym skłaniał wielu bogaczy i arystokratów do dzielenia się swoimi dobrami z uboższymi czy nawet wejścia w ich środowisko w roli pokutnika, ascety. Dzisiaj powszechnym wśród Europejczyków jest pogląd, że los człowieka na ziemi, jego bogactwo, pozycja społeczna nie są uzależnione od jakichś czynników duchowych. Współczujemy i poprzez liczne organizacje staramy się wspierać tych pokrzywdzonych przez los. To społeczeństwa wywodzące się z europejskiego kręgu kulturowego są najbardziej aktywne na polu filantropii czy pomocy międzynarodowej. Chrześcijaństwo w tym względzie od zarania ucząc bogaczy pokory a także szacunku do żyjących w ubóstwie skonsolidowało działanie stanów społecznych a w przyszłości umożliwiło ich zarzucenie. Z całą pewnością nauka o równości ludzi wobec Boga miała przełożenie na poglądy osób nawet spoza kręgu Kościoła, kiedy ci czynili starania, by mimo wszelkich nierówności majątkowych działać na rzecz równości ludzi wobec prawa. Tak więc rola Kościoła, krzewiącego ideę chrześcijańską, nawołującego do wspomagania ubogich w ramach wspólnoty w Bogu gra w omawianym wyżej aspekcie dużą rolę.

Kolejnym istotnym faktem, który należy poruszyć jest stosunek Kościoła do roli społecznej kobiet. Charakterystyczną cechą wszystkich ludów indoeuropejskich, a także tych, które w dawnych czasach zamieszkiwały Półwysep Apeniński, był silny patriarchalizm. Udzielał się on Rzymianom, gdzie „Pater Familias” miał bezpośrednie prawo by sądzić członków swojej rodziny, wymierzać kary cielesne i bez sprzeczności z prawem sprzedać swoją żonę i dzieci w niewolę. Kobieta w antycznym Rzymie była zamknięta w obrębie swojego domostwa i odcinano ją od możliwości sprawowania funkcji państwowych. Nie miała nawet prawa do spożywania wina bez zgody męża. Wśród ludów germańskich czy słowiańskich zdarzało się, że kobietę odsyłano w zaświaty wraz z jej mężem, by umilić mu pożycie w lepszym świecie. W kulturze słowiańskiej jest także zauważalne zjawisko poligamii, tudzież możliwości posiadania nałożnic (np. Mieszko I przed przyjęciem chrztu). Istotnym i konsekwentnie realizowanym postulatem Kościoła na obszarze jego działania było wprowadzanie związków monogamicznych. Był to istotny krok na drodze zdobywania przez kobiety praw społecznych. Definiując w ten sposób małżeństwo, a także uznając kobietę za równoprawną w Łasce Bożej, Kościół stał na straży małżeństwa a zarazem, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, praw kobiet. Za przykład może tu posłużyć Henryk VIII - władca angielski, który w imię własnych ambicji politycznych chciał rozejść się z żoną poniżając ją w ten sposób i pozbawiając godności przysługujących królowej. Kościół nie wydał zgody na ten rozwód. Na przestrzeni lat działalności Kościoła w Europie wielu świętych mężów na szczeblu nawet bardziej lokalnym upominało mężczyzn prowadzących rozwiązłe życie i odsuwających od siebie swoje żony i skłaniało ich do nawrócenia, w niektórych wypadkach nawet tracąc przy tym życie. W omawianym aspekcie warto jeszcze wspomnieć o promowanym przez Kościół modelu relacji rodzinnych inspirowanych ewangelicznym przykładem Maryi i Józefa. Jest to model oparty na wzajemnym szacunku i zaufaniu, na miłości, której piękno objawia się przede wszystkim w uczuciu. To właśnie z tradycji ewangelicznych wywodzi się utrwalana przez trubadurów, pieśniarzy (zainspirowanych przykładem), następnie zaś zapisana w kodeksach dżentelmenów zasada bezwzględnego szacunku mężczyzny wobec kobiety. Już w średniowieczu gardzono ludźmi, którzy w jakiś sposób bili i kaleczyli swoje żony. O godność kobiet przelano dużo krwi w pojedynkach. Dzisiaj w kulturze europejskiej uderzenie kobiety przez mężczyznę dyskredytuje tego drugiego jako człowieka niegodnego. Słusznie.

Ostatnią sprawą którą chciałem poruszyć, jest rola, wkład Kościoła we wprowadzeniu stabilizacji politycznej w Europie zachodniej i środkowej, która umożliwiła powstanie współczesnych państw, narodów, a także umożliwiła im rozwój. Może zacznę od tego, że w pogańskich – germańskich, słowiańskich czy madziarskich organizacjach plemiennych, ciężko było o utworzenie stałego centralnego oparcia dla rządów. Stąd liczne walki plemienne, zmiany na szczytach władzy, której sprawowanie wyjątkowo często legitymowała siła po nią sięgającego. Kościół wprowadzając na niwę pogańskich organizacji państwowych instytucję monarchii wspieranej autorytetem religii chrześcijańskiej stworzył nową, stabilną formę sprawowania rządów w państwach europejskich. Z Woli Bożej władza miała przechodzić z ojca na syna, to urodzenie a nie siła legitymizowała prawo do jej sprawowania. Istotną rolę Kościół odegrał w integracji państwa polskiego. Utworzył on i wprowadził w dość zdemokratyzowanych i podzielonych plemionach słowiańskich między Odrą a Bugiem ściślejszy, sprzyjający centralizacji model hierarchii społecznej, sprzyjał skupieniu władzy wokół autorytetu monarchy. Ostatecznie to ludzie związani z Kościołem i kultem świętego Stanisława przyczynili się do zjednoczenia po okresie podziału dzielnicowego Polski oraz do wykształcenia się pojęcia „narodu polskiego”.

Oczywiście nieprawdziwe byłoby twierdzenie, że ziemska instytucja Kościoła nie ma wad. Mimo wszystko składa się ona z ludzi, a przecież jasne jest, że każdy człowiek ma swoje słabości. Nie wykluczam też, że Kościół ma w historii swoje ciemne karty. Uważam jednak, że zupełnym szczytem ignorancji, świadectwem olbrzymiego braku wiedzy jest mówienie o Kościele jako o instytucji destrukcyjnej czy zacofanej. Biorąc pod uwagę jej olbrzymi wkład w rozwój naukowy, kulturowy należy jej się szacunek. Bez względu na wyznawaną wiarę, czy brak wyznania, powinniśmy uznać dziedzictwo Kościoła i z dumą wspominać to dziedzictwo jako fundament cywilizacji europejskiej.

 

Miłosz Chyba

 

 

(Nie)pożyteczni tęczowi idioci

Akt solidarności? Chęć wprowadzenia pełnego równouprawnienia? Ochrona ciemiężonych mniejszości? Prymitywny koniunkturalizm? Nie wiem. Doprawdy nie wiem, co pokierowało tak ogromną rzeszą ludzi nie tylko młodych, ale też i tych w średnim wieku, którzy pod wpływem ostatniej decyzji Sądu Najwyższego USA, legalizującej małżeństwa gejów i lesbijek we wszystkich stanach, zmienili swoje zdjęcia profilowe na facebooku.

Po pierwsze, zastanówmy się nad samym głosowaniem SN. Wynik 5:4 na rzecz instytucjonalnej legalizacji pederastii. Natychmiastowy wniosek, to kontrowersyjność wyżej wymienionego orzeczenia. Naczelny organ władzy sądowniczej w Stanach Zjednoczonych, w skład którego wchodzą wybitni znawcy ustawodawstwa, wydaje wyrok mający ogromne skutki społeczne, różnicą jednego głosu. Jeżeli do tego dodamy fakt, iż sędziowie podejmujący tę decyzję, oprócz litery prawa, brali pod uwagę społeczne uwarunkowania, zdamy sobie sprawę, że postanowienie to nie było wynikiem legislacyjnych analiz, a jego podłoże ma charakter tylko i wyłącznie światopoglądowy.

Te „społeczne uwarunkowania” dzisiejszej rzeczywistości USA to całkowite odejście od dziedzictwa śródziemnomorskiego, materializm, konsumpcjonizm, hedonizm. Cywilizacja życia zastąpiona przez cywilizacje śmierci. Cywilizacja odpowiedzialności i sumienności zamieniona na cywilizację bezrefleksyjnej przyjemności. Cywilizacja odwagi ustąpiła na rzecz cywilizacji tchórzostwa. Świat Boga zamienił się w świat szatana. Hasło: „Bóg, Honor, Ojczyzna” ugięło się pod naporem prostackiego: „Sex, drugs and rock’n roll”. To jest właśnie dzisiejszy Zachód. Wyzuty z jakichkolwiek wyższych celów i pragnień, sprowadzający całą sferę ludzkiego funkcjonowania do fizjologicznych potrzeb. Jak pisał jeden z najwybitniejszych anglosaskich myślicieli G.K Chesterton: Kiedy lud słabnie i karleje, zaczyna mówić o skuteczności. Na tej samej zasadzie człowiek, którego ciało obraca się w ruinę, zaczyna dużo mówić o zdrowiu. Żywotne i pełne energii organizmy nie rozprawiają o swych procesach fizjologicznych, lecz o celach, które chcą osiągnąć. Człowiek daje najlepszy dowód witalności, gdy radośnie planuje podróż na koniec świata. Naród daje najlepszy dowód witalności, gdy absorbuje go myśl o własnej podróży na koniec świata - podróży ku Sądowi Ostatecznemu i Niebieskiemu Jeruzalem. Nie ma wyraźniejszej oznaki końskiego zdrowia, niż zapał do uganiania się za ideałami wysokiego lotu i dzikiej natury.

Powiedzmy sobie jasno. Prawdziwy Europejczyk szanujący swoje trzy filary , a więc grecką myśl filozoficzną, rzymskie prawo oraz chrześcijańską etykę, powinien gardzić takim światem. Drwić z jego moralnej degrengolady. Jednocześnie musi pracować na rzecz odzyskania i przywrócenia do łask łacińskiej spuścizny i moralności. Prawdziwy Europejczyk kultywuje odmienność i różnorodność, jest dumny z tożsamości, i odrębności narodów, szanuje ich kulturę i tradycję, a w swych codziennych zmaganiach z grzesznym światem, nie zapomina o Bogu. W końcu, prawdziwy Europejczyk uważa prawdy zapisane na kartach Pisma Świętego, jako coś ponadczasowego, uniwersalnego, niezmiennego. Coś, czego żadne postanowienie sądu czy nowa ustawa zmienić nie może.

Wiele osób, nowoczesnych tępaków może stwierdzić, że poprzez tę decyzję Sądu Najwyższego nic się nie zmieni, że homoseksualizm nie zniknie, że dzięki temu geje i lesbijki będą szczęśliwi w małżeństwach i powołując się na szereg innych łzawych, acz ignoranckich argumentów, będą szerzyli swoje „pokojowe” i „pełne miłości tezy”. Tymczasem grzech, a pederastia niewątpliwie nim jest, ma to do siebie, że niesłychanie szybko rozszerza się i zyskuje masowy charakter, a brak jednoznacznego i konsekwentnego sprzeciwu będzie oznaczał jawne działanie na jego rzecz. Są świadectwa, badania, analizy, dowodzące o uleczalności i wyjścia człowieka z grzechu sodomii, które jest możliwe tylko i wyłącznie w jedności z Bogiem. Tak więc mili orędownicy równości, nie silcie się na stanie w jednym szeregu i obronę szatana, bo to starcie przegracie. 

Małżeństwo jest tą instytucją, którą trzeba zażarcie bronić, gdyż to jego monogamiczna dożywotnia forma stanowi kamień węgielny prawidłowo ułożonego życia społecznego. Nie można poczynić żadnych odstępstw i eksperymentów. Jego podważenie, co zostało już jakiś czas temu dokonane na Zachodzie, jest zaczynem do kolejnych prób niszczenia społeczeństwa. Polityka ruchomego horyzontu, brak  jasno wytyczonej granicy ludzkiego rozpasania. Przykład niemieckiego polityka, Daniela Cohn-Bendita, orędownika wszelkich dewiacji, „autorytetu” współczesnej lewicy, a chwalącego się na wizji swoimi pedofilskimi przygodami jest tego najlepszym dowodem.  

Dlaczego więc zidiociali, niby-postępowi półgłówkowie zasilili szeregi wroga? Pewnie z niewiedzy, nieznajomości historii, kompleksów, konformizmu.  Zwykłej głupoty. Nieświadomie wstąpili do pogańskiej armii w wojnie kulturowej. W wojnie, która decyduje o kształcie dzisiejszego świata. W wojnie, jak już wcześniej nadmieniłem, cywilizacji życia z cywilizacją śmierci, w starciu prawdy z kłamstwem, Boga z szatanem, nieba z piekłem. Radzę jak najszybciej zmienić mundury, i dołączyć do tych, którzy mają za sobą dwa tysiące lat niepowtarzalnego i niespotykanego nigdzie indziej dorobku, do tych którzy wymagają, i mają określone zasady, ale do tych, którzy otrzymają po śmierci Zbawienie. Śpieszcie się!

 

Szymon Wiśniewski – sekretarz warszawskich struktur Młodzieży Wszechpolskiej, członek Głównej Komisji Rewizyjnej Ruchu Narodowego, redaktor naczelny portalu ruch narodowy.net.

 

Idea bytu i przetrwania

Od momentu gdy człowiek pojawił się na ziemi kierował się jakąś ideą. Polując, przenosząc się z miejsca na miejsce starał się zapewnić przeżycie sobie oraz swojej rodzinie. Dbał o to, aby pozostawić po sobie potomków, aby jego dziedzictwo, umiejętności nie zaginęły – chciał aby jakaś cząstka po jego odejściu istniała na niwie tego świata. Wraz z postępem cywilizacyjnym, kulturowym idee stawały się coraz bardziej różnorodne. Niektóre z nich odnoszą się do życia prywatnego jednostek, inne stały się ogólnym udziałem społeczeństw i cywilizacji.


W danym tekście chciałbym się skupić przede wszystkim na tej drugiej kwestii. Omawianym przedmiotem będzie określenie idei rządzących społeczeństwami, które zapewniły im byt, a także przetrwanie w warunkach bezwzględnie podlegającego kategorii zmienności i czasu świata żywych. Czym więc jest idea bytu i przetrwania jeśli nie zespołem twardych zasad, tak moralnych, prawnych czy religijnych, które stanowią odnośnik dla szerszej grupy jednostek. Zasad z którymi te jednostki się utożsamiają, kultywują z pokolenia na pokolenie i które w reszcie stanowią o ich tożsamości. Degradacja tychże „praw” nieuchronnie prowadzi do kryzysu wartości potomków wyznających je niegdyś ludzi i w konsekwencji do upadku stanowionej przez nich cywilizacji.


Aby uczynić temat bardziej przystępnym i zrozumiałym warto sięgnąć do wieków przeszłych. Starożytny Rzym, kojarzony dzisiaj z postępem, imperializmem, filarem kultury zachodu, przez wieki postępował według tytułowej idei. Od momentu upadku monarchii w młodych Rzymianach zaszczepiało się umiłowanie do republikańskiej wolności, latyńskiej religii, sprawiedliwości – twardej litery prawa rzymskiego -, do miecza, który czynił republikę potężniejszą i do tarczy, która chroniła ją przed zakusami wrogów. Kształcono pokolenia młodych patriotów, świadomych swej przynależności, znaczenia słowa „ojczyzna”, ludzi kroczących dumnie do przodu ze sztandarem chwały na którym znajdował się symbol ich tożsamości. Przez lata Rzymianie byli ludem twardych racjonalistów, którzy na okrucieństwo współczesnego im świata nie wahali się odpowiadać okrucieństwem. Wiedzieli, że by zachować swoją kulturę będzie im dane zetrzeć inne. Obca im była tak zwana „poprawność polityczna” o czym bezwzględnie świadczą przemówienia Kato Starszego, który swoje mowy nagradzane gromkimi brawami kończył słowami „Ceterum censeo Carthaginem delendam esse” ( „A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć”). W imię przetrwania Rzymianie nie wahali się krwawo zakończyć istnienia potęgi morskiej na północy Afryki – Kartaginy, której mieszkańców wybito lub wzięto w niewolę, domy zburzono, a ziemię posypano solą by nigdy nie wydała płodów. Ten czyn, w pojęciu wielu z nas okrutny zapewnił możliwość dalszego rozwoju i istnienia państwu rzymskiemu, zapewnił przetrwanie cywilizacji łacińskiej. Dopóki Rzymianie poczuwali się do swoich patriotycznych obowiązków, na zdobyte obszary przynosili swoją kulturę i idee - trwali i nic nie było w stanie zachwiać ich potęgi. Z czasem jednak idea „Wiecznego Miasta” zaczęła podupadać. Obywateli rzymskich uwolniono od obowiązkowej służby wojskowej, obywatelski wkład we władanie republiką był marginalizowany na rzecz rosnącej i coraz bardziej dominującej grupy oligarchów. Twarde wychowanie i zasady moralne zaczął zastępować materializm. Bogactwo i kultura jaką Rzym wchłaniał w trakcie swoich podbojów zamienił społeczeństwo niegdyś wyznające twarde zasady podporządkowania prawu i mocarstwowej idei silnego imperium w konsumpcjonistów, podległych bogatym, oligarchicznym patronom. „Chleba i igrzysk!” tłumnie krzyczeli Rzymianie coraz bardziej zapominając o spuściźnie przodków. Senat i polityka stały się kuwetą ambicji zamożnych arystokratów stawiających swoje interesy ponad dobro rzymskiej idei. To z ambicji możnych jednostek narodziło się cesarstwo, rak na ciele odwiecznego Rzymu, który jego stare prawa, idee obywatelską zastąpił kultem pychy. Lud rzymski miał teraz klękać przed majestatycznym megalomanem uznającym się za boga. Któż mądry uzna taką idee i będzie za nią podążał? Jeśli zaś faktycznie uzna, to jedynie będzie spełniał zachcianki wywyższonej przez los jednostki, która prawo do tronu legitymizuje starymi mitami w które nikt już nie wierzy. W miarę jak Rzym porzucał swoje dawne prawo na rzecz kultury i zwyczajów rodem z Bliskiego Wschodu wewnętrznie się barbaryzując, oddalał od siebie idee, która pozwalała mu być i przetrwać przez liczne burzliwe wieki. Przyzwyczajeni do życia w luksusie Rzymianie zapraszali w swoje granice obcych – Germanów, którzy budowali za nich drogi i fortyfikacje, a w reszcie, gdy Rzymianie zabawiali się w teatrach i na sympozjach, zastąpili ich nawet w armii. Nikt inny nie zniszczył Rzymu jak zadomowieni obcy, wielu z tych, którzy łupili Rzym, znało jego język, a niegdyś nosili mundur rzymskiego żołnierza. Materializm, rozluźnienie obyczajowe doprowadziły do upadku zachodniej części imperium.


Być może taki sam los spotkałby i wschodnią część mocarstwa - „Nowy Rzym” - Konstantynopol. Na jego szczęście rozkwitła tam nowa idea, która przez ponad tysiąc lat czyniła miasto Konstantyna tarczą chroniącą świat człowieka zachodu przed barbarzyńskimi zakusami Persów, czy wyznawców wiary Mahometa.


Chrześcijaństwo, w swojej istocie promujące pokorę i podporządkowanie się twardemu Prawu Bożemu, weszło w świat pychy Rzymu, by przynajmniej na wschodzie rozkwitnąć, ograniczyć lub zamknąć huczne areny i teatry podporządkowując jego mieszkańców swojej idei. Zepsute przez dawny hedonistyczny Rzym społeczeństwo porzucało dawny styl bycia, swoje bogactwo inwestując w budowę wspaniałych świątyń na cześć Boga, dyscyplinując się w jego imieniu i pod ikonami Matki Bożej, z wymalowanym na tarczy znakiem Chrystusa przy śpiewie Akatystu odpierać szturmy wyznawców „pogańskiego kultu ognia” czy potężne zastępy wyznawców Islamu. Dopóki „Nowy Rzym” nie poddał się presji materializmu, dopóty stanowił wspaniały przykład ortodoksji i kultury świata chrześcijan.


Przykłady historyczne można oczywiście mnożyć, ale w warunkach jakie narzuca forma artykułu nie ma na to miejsca, a i szkoda czasu, bo myślę, że sprawa została przedstawiona jasno. Może jeszcze w konkluzji warto określić co niszczy idee bytu i przetrwania. Są to mianowicie materializm, indywidualizm, odrzucający pojęcie dobra społeczeństwa na rzecz dobra jednostki, związany z indywidualizmem dekadentyzm, odcięcie się od świata żywych na rzecz istnienia we własnym – urojonym. Wreszcie liberalizm kulturowy, występujący przeciwko tradycji i wartościom, bezwzględny „dziki” kapitalizm, który wraz z liberalizmem kulturowym formuje współczesne społeczeństwo konsumpcyjne. Globalizm, kult ciała i prymitywnej przyjemności zamiast kultu ducha. Poprawność polityczna, która odchodzi od nazywania rzeczy po imieniu, zgubne lewicowe idee równości i wolności, które wpraszają w przestrzeń naszej cywilizacji element obcy kulturowo, jakim dla Rzymu byli niegdyś Germanie.


Prawdą jest, że jedynym ratunkiem dla naszej kultury i przez wieki tworzonej cywilizacji jest powrót do wartości odrzucających wygodnictwo, oraz prawa nie tylko sprawiedliwego, ale także stojącego na straży tradycji, budzącego grozę wśród tych, którzy zapragną je łamać.


Miłosz Chyba


Z dedykacją dla mojego taty – Tomasza – któremu zawdzięczam prawie wszystko – z okazji minionego kilka dni temu Dnia Ojca.

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy