Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

Młoda kobieta na rynku pracy – bariery i szanse

Ulotna myśl Dobrowolskiego – wielkiej postaci polskiego kabaretu, satyry i kina - stała się twardym faktem. W mojej ocenie przytoczone słowa mogłyby stanowić odzwierciedlenie rzeczywistości kobiet na rynku pracy. Mimo, iż sformułowane bez zamiaru deprecjonowania płci pięknej, przekładają się w dużym stopniu na stereotypowe postrzeganie kobiet w ogóle. Nie dość, że kobieta to przedstawicielka „słabej płci”, niezdolnej do przeciwstawienia się dominacji mężczyzn w każdej sferze życia, to na domiar złego postrzegana jest jako „głupsza”. Ale czy tak faktycznie jest?

„Kobieta to taki sam mężczyzna, tylko innej płci i głupszy” -Jerzy Dobrowolski

Proponuję małą analizę: „Kobieta to taki sam mężczyzna, tylko innej płci (…)” – władza w męskich rękach oznacza, iż męskie potrzeby stają się również wzorem dla kobiet, a więc wzorzec męski staje się tym powszechnym i uniwersalnym. „(…) i głupszy” - kobiecy punkt widzenia ma co raz mniejszą siłę przebicia. Nie docenia się więc kobiet na rynku pracy w Polsce, ich indywidualności, umiejętności, czy nawet wyższego wykształcenia. Tym bardziej nie bierze się pod uwagę ich zdania w sferach, gdzie zapadają te najważniejsze decyzje – zarówno gospodarcze, jak i polityczne. Słowem, nie wykorzystuje się ich doświadczeń i kompetencji.

Całkiem niedawno natrafiłam na artykuł w pewnej gazecie, który traktuje o trudnościach kobiet w walce o równouprawnienie w sferze publicznej, politycznej i gospodarczej. W głowie utkwiły mi słowa, które pozwolę sobie zacytować: „Czasami kobieta musi być pierwsza, bo mężczyzna po prostu by na to nie wpadł”. Niestety tendencja ta, bynajmniej na polskim rynku pracy jest odwrotna – to mężczyźni są tymi pierwszymi, uzurpującymi władzę, a kobiety – no cóż, ich droga na najwyższe szczeble jest usłana licznymi trudnościami  i przeszkodami…

Nie nadaję się, czyli dlaczego brak nam wiary w siebie?

Chciałabym rozpocząć od zupełnie przyziemnych i podstawowych kwestii. Uważam, iż to, co przede wszystkim hamuje wejście kobiet - a szczególnie nas, młodych kobiet - na rynek pracy to bariery personalne i psychologiczne. Psychologiem nie jestem, natomiast wiem to choćby z własnego doświadczenia. W nawiązaniu do powyższych cytatów, boimy się „być pierwsze” i chyba same faktycznie wierzymy w to, że jesteśmy tą „słabszą” i „głupszą” płcią.

Młodym kobietom brak wiary we własne siły. Boimy się sięgnąć „po swoje”, a to, co faktycznie osiągalne wydaje się nam być abstrakcyjne i niedostępne. Tłumimy pewność siebie, co więcej - kwestionujemy swoje umiejętności i potencjał, które ukryte głęboko nie mają odwagi wyjść.  Dlaczego? Powody są różne. Najczęściej jest jednak tak, że po prostu nie znamy siebie – nie znamy naszych talentów, pasji, nie potrafimy również sprecyzować naszego profilu osobistego, w czym jesteśmy lepsze, w czym gorsze, do czego się nadajemy, do czego mniej. Boimy się, że nikt nas nie doceni. Pamiętam, jak złożyłam swoje CV na pewne atrakcyjne stanowisko pracy – poniekąd związane z moim kierunkiem studiów i przede wszystkim atrakcyjne, oferujące cenne doświadczenie i nabycie umiejętności, które z pewnością podwyższyłyby moje kwalifikacje zawodowe. Postanowiłam spróbować, jednak zrobiłam to z równoczesnym nastawieniem, że „i tak się nie powiedzie”.

Ku mojemu zdziwieniu, niedługo później, pracodawca zaprosił mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Zaczęły się kolejne schody – rozmyślałam, czy warto na nią pójść: „Co jeśli się nie nadaję?”, „Co jeśli pójdę i skompromituję się?”. W istocie, potrafiłam sobie wmówić, że to nie dla mnie. Zwyczajnie obawiałam się, że sobie nie poradzę, nie wierzyłam w siebie i w to, że spełnię oczekiwania nie tylko pracodawcy, ale i swoje. W ostateczności, z najgorszym nastawieniem, postanowiłam pójść. Ku mojemu (jeszcze większemu) zdziwieniu, dostałam wówczas tę pracę, i co najważniejsze – dziś wierzę w siebie, we własne siły i w to, że potrafię. Być może trywialny przykład. Natomiast ważne jest to, że z dnia na dzień dokształcam się i uczę, a zyskując wyższe kwalifikacje czuję, że wyrównuje swoją szansę na rynku pracy i że może być tylko lepiej. Każda kobieta jest wyjątkowa i jest w stanie wnieść wiele w swoim otoczeniu – musi tylko dać sobie szansę i w to uwierzyć!

Społeczna rola kobiety – czyli ja się zajmuję domem, a ty jesteś żywicielem rodziny

Zatrzymam się przy chyba najbardziej powszechnej barierze obyczajowej, która utrudnia wejście kobiet na rynek pracy. Ta bariera to anachroniczne postrzeganie kobiety jako tej, która skupia się na byciu „opiekunką ogniska domowego”. Najstarsza rola społeczna kobiety sytuuje ją w hermetycznym, zamkniętym środowisku, a jej funkcje ograniczają się do prowadzenia domu, sprzątania, gotowania i zajmowania dziećmi. Z kolei mąż większość dnia spędza w pracy i stanowi główne źródło utrzymania rodziny. W wielu przypadkach takie wartości są przekazywane z pokolenia na pokolenie, a młode kobiety, wychowane w takim środowisku, są niechętne do wkraczania na rynek pracy.

Dlaczego? Stereotypowe postrzeganie kobiety powoduje niechęć pań do podjęcia pracy zarobkowej i robienia kariery, a także do brania odpowiedzialności za utrzymanie rodziny. Pod wpływem presji społecznej, stają się mniej umotywowane do rozpoczęcia pracy. Charakterystyczną cechą wspomnianej wyżej roli społecznej kobiet jest brak podjęcia pracy zarobkowej w ogóle. Takie przypadki prowadzą do groźnego zjawiska chronicznego bezrobocia wśród tej grupy. Szansą na przełamanie owych barier jest opowiadanie się młodych Polek za nowoczesnym modelem rodziny, w którym zarówno kobieta, jak i mężczyzna wspólnie utrzymują dom.

Kolejną barierą jest pogodzenie dwóch ról społecznych – bycie jednocześnie matką i pracownikiem. Młode, energiczne kobiety spełniające się jako matki, równocześnie stają się mniej atrakcyjne dla pracodawcy. Niestety, takie kandydatki postrzegane są jako mniej dyspozycyjne, a pracodawca ma świadomość konieczności częstszych urlopów macierzyńskich i wychowawczych, zwolnień lekarskich i tym podobnych. Ponadto, późny start zawodowy młodych kobiet, które zaraz po ukończeniu nauki nie startują na rynek pracy, a zajmują się domem, skutkuje dewaluacją nabytych wcześniej umiejętności, zniechęceniem i biernością. Zbyt późne wejście lub powrót na rynek pracy zaraz po urodzeniu może stanowić znaczne utrudnienie.

Skończyłam studia i co dalej? – Oczekiwania pracodawców

Coraz więcej młodych kobiet zdobywa wykształcenie – dlaczego więc ich zatrudnienie wygląda znacznie gorzej niż w przypadku młodych mężczyzn? To właśnie kobiety doświadczają większych trudności w dostępie do pracy niż mężczyźni, a gdy już ją zdobędą to najprawdopodobniej będą wykonywać zawody tradycyjne, bardziej niestabilne i gorzej opłacane.

Dla przykładu: zdolna studentka, ukończyła politologię z wyróżnieniem, jest szczęśliwą matką, gotową by wejść na rynek pracy. Niestety, ambicje młodych osób zaraz po ukończeniu studiów najczęściej „zderzają się ze ścianą”. Ma to związek z kolejną barierą rynku pracy – brakiem dopasowania kompetencji do potrzeb pracodawców. Atrakcyjność danego kierunku jest uzależniona od  sytuacji na rynku pracy. To, że młoda kobieta skończyła bardzo powszechny i modny kierunek z wyróżnieniem, nie oznacza, że jest pożądana przez pracodawcę na rynku. Realia są takie, że brakuje wysoko wykwalifikowanych specjalistów, doświadczonych inżynierów i osób o profilu technicznym – a w tych dziedzinach zdecydowanie brakuje kobiet. „Kobiety-inżynierki” najczęściej pracują w budownictwie, branżach sanitarnych, spożywczych czy chemicznych. Ale to stanowi bardzo mały procent.

Według licznych badań, młode kobiety najczęściej wybierają kierunki studiów o profilu humanistycznym. Ma to związek z podziałem na zawody typowo męskie i typowo kobiece, co stanowi kolejną barierę na rynku pracy – podział ten powoduje segregację zawodową kobiet zarówno w aspekcie horyzontalnym, jak i wertykalnym. Aspekt horyzontalny to przede wszystkim feminizacja zawodowa oraz ograniczenie puli dostępności dziedzin zatrudnienia, natomiast w wymiarze wertykalnym mówimy o niższej w stosunku do mężczyzn proporcji kobiet na stanowiskach kierowniczych. W związku z tym, młode kobiety już na etapie wyboru kierunku studiów kierują się tym podziałem i wybierają specjalizację typową dla swojej płci, która w przyszłości może skutkować niższym wynagrodzeniem, trudnościami w awansie czy brakiem szans na wyższe stanowisko czy też prawo reprezentacji.

Nie ukrywam, sama studiuję stosunki międzynarodowe, uważany za kierunek „mało przyszłościowy” i mam świadomość, że humanistów polski rynek pracy nie potrzebuje. Dlatego ważne jest, aby młode kobiety studiujące kierunki, które są mało atrakcyjne na rynku pracy, inwestowały w swój rozwój zawodowy i już na etapie studiów zdobywały doświadczenie zawodowe i podnosiły kwalifikacje. W konsekwencji zagwarantuje to łatwiejszy start po ukończonej edukacji.

Czy kobieta to taki sam mężczyzna? – o równouprawnieniu w Polsce

Załóżmy, że wspomnianej wyżej studentce po politologii udało się. Pokonała wszystkie bariery: od psychologicznych i obyczajowych po instytucjonalne – spełniła oczekiwania swoje, otoczenia i pracodawcy. Młoda kobieta pchnie się po szczeblach kariery… i zatrzymuje się. Awans kobiet, w przeciwieństwie do mężczyzn, odbywa się w bardzo wolnym tempie, co stanowi zresztą kolejną barierę. Obecność kobiet „na stanowiskach” jest zjawiskiem bardzo rzadkim, zwłaszcza w Polsce. Tendencja w naszym kraju jest oczywista – to kobiety są bardziej wykształcone niż mężczyźni i, paradoksalnie, to one mają mniejszą szansę na awans, narzekają na słabsze płace i gorsze traktowanie w miejscu pracy. W przypadku zatrudniania kobiet na wyższych stanowiskach – decydują się na to tylko firmy najbardziej innowacyjne i nowoczesne (w Polsce zaledwie sześć na stu prezesów polskich firm to kobiety).

Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, iż kobiety cechują inne kompetencje i umiejętności, a ich wykorzystanie mogłoby stanowić duży społeczny zysk. Nie zgadzam się więc z wymienionym wcześniej stwierdzeniem, iż „kobieta to taki sam mężczyzna”. Każda kobieta to indywidualność, inny punkt widzenia, który należałoby wykorzystać. Nie jesteśmy uniwersalne. Jak wynika z wielu ekspertyz, stosowanie polityki równowagi płci na najwyższych stanowiskach poprawia konkurencyjność firm, a ich zyski są znacznie wyższe niż przedsiębiorstwach, gdzie na wyższych stanowiskach zasiadają wyłącznie mężczyźni. Nadzieją napawa jednak fakt, iż w kwestii równouprawnienia kobiet i mężczyzn w miejscu pracy następuje poprawa, co deklarują zresztą same Polski w corocznej dobrowolnej ankiecie Polek Portret Własny. Najnowszy raport, z marca b.r. wskazuje, iż w porównaniu do 2013 r. (72%), odsetek mniej zadowolonych kobiet obniżył się do 67%. Co prawda różnica nieznaczna, ale wydaje mi się, iż dobrze rokująca na przyszłość.

Kobieta na rynku pracy, a członkostwo w Unii Europejskiej – szansa?

W moim przekonaniu warto zastanowić się również nad rolą integracji Polski z Unią Europejską, w kontekście barier i szans młodych Polek na rynku pracy. O ile w Polsce pewne tendencje są stałe i ewoluują w wolnym tempie, o tyle członkowstwo w Unii Europejskiej poprawiło w pewnym stopniu sytuację kobiet w kwestiach równouprawnienia i lepszego dostępu do rynku pracy. Jako członek Unii Europejskiej, Polska jest zobowiązana do realizacji jednej z najnowszych i najważniejszych programów – Strategii Lizbońskiej.  W kwestii równouprawnienia kobiet Strategia ta kładzie duży nacisk na usuwanie barier napotykanych przez kobiety na rynku pracy i zakłada wzrost zatrudnienia kobiet do 60%.

Sytuacja ekonomiczna Polek, w szczególności przed akcesją, nie była dobra – praca w zawodzie nie gwarantowała im niezależności finansowej, lepsze wykształcenie nie oznaczało lepszego wynagrodzenia czy też możliwości pełnienia funkcji kierowniczych. Kobiety nadal zresztą podejmują pracę poniżej swoich kwalifikacji. Jak w innych wypadkach, również i
w tym zakresie polski rząd musiał dostosować krajowe przepisy prawne do norm unijnych w kwestii równego statusu kobiet i mężczyzn na rynku pracy. Realizacja Europejskiej Strategii Zatrudnienia stała się ogromną szansą dla kobiet, a środki przeznaczane z funduszy strukturalnych UE na realizację polityki zatrudnienia stworzyła nadzieję na ich skuteczną realizację.

W mojej opinii, nowa rzeczywistość otworzyła kobietom szersze horyzonty, pobudziła ich świadomość i stworzyła dla nich nowe warunki konkurencji. Ponadto, unijny wolny rynek pracy, czy też swoboda przepływu osób, otwiera szersze możliwości dla młodych kobiet, które chciałyby swój start zawodowy realizować w innym kraju europejskim. Jako młode kobiety mamy szanse nie tylko w Polsce, ale również w Europie, która stoi przed nami otworem. W efekcie, kobiety mają większe szanse na uzyskanie satysfakcjonującego stanowiska pracy w przyszłości.

Każda z nas może być na szczycie

Podsumowując, na młode kobiety czeka wiele wyzwań i barier do pokonania na swojej drodze do sukcesu.  Rozpoczęłam od barier niejako „zakodowanych” w naszych umysłach, które uważam za najbardziej hamujący czynnik nie wkraczania na rynek pracy. Nie wierzymy w siebie i w nasze możliwości, boimy się wyrażać swojej opinii, słowem – wmawiamy sobie, że nic się nie uda. Znam wiele takich młodych kobiet ze swojego otoczenia. Szansą dla tych dziewcząt jest choćby minimalna wiara we własne możliwości, trochę pewności siebie i pozytywne podejście do życia.

Kolejno skupiłam się na barierze obyczajowej, następnie na barierach związanych z oczekiwaniami pracodawców, na dychotomicznym podziale zawodów na kobiece i męskie, następnie przeszłam na „wyższy” szczebel – krajowy i europejski. Każdą z tych barier można pokonać, aktywnie wykorzystując szanse, które wraz z nimi się pojawiają. Przede wszystkim – musimy inwestować w siebie, pracować już w trakcie nauki, zwiększać doświadczenie zawodowe, co w konsekwencji umożliwi nam szybsze usamodzielnienie się oraz szybszy czas osiągnięcia stabilności życiowej. Naszą szansą jest „branie garściami” wszystkiego, co nam życie oferuje. Musimy wykorzystywać szanse, pokazać, że nie jesteśmy „głupsze” i „słabsze” od mężczyzn, że nie ma jednego, uniwersalnego wzorca i że każda kobieta jest wyjątkowa i może dużo zaoferować. Aby zmienić podejście społeczeństwa, musimy najpierw popracować nad swoim nastawieniem. A wtedy każda z nas może dojść na szczyt.

 

Paulina Poznańska - studentka V roku stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Interesuje sie zagadnieniami procesów integracyjnych na świecie, w szczególności zaś integracją europejską oraz reformą ustrojową UE. Współpracuje z fundacją Centrum im. Władysława Grabskiego. Prywatnie - miłośniczka tańców latynoamerykańskich, snowboardu i książek Wiesława Myśliwskiego.

Tekst opublikowano na łamach nr 32 kwartalnika "Myśl.pl".

 

 

 

Polska - syf, brud, ruina - demagogia?

Ludzie krzyczą, państwo uspokaja. Kraj w ruinie? Jak to? Przecież mamy mosty, wieżowce, terminale lotniskowe i portowe, nowe osiedla, parki etc. Czegóż chcieć więcej? Przecież nawet w Internecie powstają stronki ukazujące piękno naszego kraju, jaka ruina? Przecież wszystkie budynki takie ładne, samochody jeżdżą takie fajne, a wskaźniki dla naszego kraju wzrastają. To o co właściwie chodzi?

Zacznę może od tych stron i materiałów krążących po Internecie i na portalach społecznościowych (pomijam fakt, że większość z tych, które powstały w ostatnim czasie, jest propagandówką obecnej władzy). Chwalą one stan, w jakim są polskie miasta, wsie, infrastruktura itd. Wszystko fajnie, tylko że co z tego? Mam się podniecać tym, że bloki na moim osiedlu nie są odrapane, tylko jako tako wymalowane? Że powstają nowe budynki? Że przybywa samochodów, a ludzie mają smartfony, a nie cegły (z całym szacunkiem dla poczciwej Nokii, bo to jednak kawał telefonu był)? Skoro mamy XXI wiek, to chyba wypada, abyśmy żyli na miarę XXI wieku. Co w tym podniecającego, że gdzieś tam powstało nowe lotnisko? Widocznie było potrzebne, bo ludzie latają (nie tylko pasażersko, ale i rekreacyjnie). Jaka w tym świetność, że gdzieś tam przebudowano jakiś most czy port i teraz jest ładny? Przecież to nie jest socrealizm, więc na prawdę, nikt nie robi nikomu łaski, że zbuduje czy wyremontuje to i owo. To jest psi obowiązek władzy, żeby od czasu do czasu coś ogarnąć, skoro już inkasuje ona tyle podatków i danin od obywatelstwa.

No dobrze, skoro doszliśmy zatem do tego, że władza nie robi łaski, ale i Polska nie jest w ruinie, to czy nadal to hasło o tej ruinie jest logiczne i sensowne? Przecież mamy te tramwaje, coraz lepsze drogi i dobrze wyposażone szkoły, to w czym problem?

Odpowiedź jest banalna: problem leży w „bandytyzmie” rządzących.

Jak można normalnie żyć w państwie, które pozbawia obywatela  połowy zarobionych pieniędzy? Jak można żyć w państwie, które zabiera lwią część zarobków na emerytury, których później nie jest w stanie wypłacić? Jak można żyć w państwie, które na siłę nakłada na zwykłego obywatela tyle obciążeń, że przeciętny podatnik nie będzie w stanie wymienić nawet dziesiątej części spośród nich? W końcu - jak można inwestować w kraju, w którym warunki do inwestycji są na poziomie dna Rowu Mariańskiego? I to jest właśnie ten bandytyzm!

Jak czytam, że 2,8 mln obywateli naszej Ojczyzny żyje w skrajnym ubóstwie, to pytam: co Ty, Ojczyzno, zrobiłaś dla tychże obywateli? Może zabrzmiałem tutaj jak jakiś lewicowiec, choć jestem jak najbardziej wolnorynkowcem, ale moje narodowe poglądy zwracają mą uwagę na takie rzeczy. Dlaczego nasz wielmożny rząd przez tyle lat wolał podwyższać podatki i komplikować prawo? Zamiast obniżyć podatki dla przedsiębiorstw, aby te mogły w tym kraju z czystym sumieniem inwestować i wzajemnie konkurować? Zamiast zaprzestać stosowania interwencjonizmu i skończenia z faworyzowaniem niektórych przedsiębiorstw? Zamiast zlikwidować restrykcje hamujące rozwój „prywaciarzy” czyt. rozwój polskiej gospodarki? Zamiast rozpocząć egzekwowanie podatków od zagranicznych sieci i wprowadzić dodatkowe ulgi dla małych przedsiębiorstw? Zamiast dążyć do likwidacji podatku dochodowego od osób prywatnych oraz wyraźnego podwyższania kwoty wolnej, co zawsze prowadzi do bogacenia się obywateli, które to bogacenie się w konsekwencji działa pobudzająco na rynek, więc i gospodarkę, a zatem i na państwo, i jest w skutkach tylko pozytywne a nie negatywne dla rozwoju państwa? Zamiast uprościć i napisać prawodawstwo jeszcze raz, od nowa, tak aby pewne artykuły nie przeczyły sobie wzajemnie? Zamiast zmienić podejście, choćby ustawowo, do obywatela tak, aby to obywatel, a nie urzędas, był panem?

Czy powyższa sterta pytań, w gruncie rzeczy retorycznych i wymownych, nie jest wystarczająca aby dojść do wniosku i stwierdzić, że owszem, kraj jest w ruinie, tylko nie widać tego? No bo jak zobaczyć to, że kogoś nie stać na ubranka dla dzieci albo chleb dla rodziny, skoro tyle dookoła takich wspaniałych biurowców? Polska jest piękna, owszem, zarówno w naturze, jak i w budownictwie. Tylko czy to piękno może się równać z pięknem społeczeństwa? A społeczeństwo w obecnym czasie nie mieni się, nie błyszczy. Jest przyćmione. Jest otumanione. Ustawami i restrykcjami, które pokazują temu społeczeństwu ogromnego faka.

Nie rozróżnia się książki po okładce. Po otwarciu pięknej, iluminowanej i ślicznie zdobionej książki o tytule "Rzeczpospolita Polska" zauważamy, że z każdą stronicą jest już mniej kunsztu, a więcej brudu, syfu i kłamstwa. Polska jest w ruinie. W tej duchowej ruinie.

 

Michał Osika - student muzykologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, uczeń Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. M. Karłowicza, członek stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej.

 

PS. Tak retorycznie, na dobitkę: a właściwie to rozbudowa blokowisk, centrów, biur, hali czy innych obiektów to zasługa głównie sektora państwowego, czy może jednak prywatnego?

 

 

 

 

Zawstydzeni wiarą, wystraszeni polskością

W czasach, w których dominuje wyśmiewanie się ze wszystkiego, co dla naszych przodków było święte i wielkie, potrzeba wielkiej odwagi, by móc głosić swe przywiązanie do wiary i Kościoła Katolickiego. Ta odwaga nie jest jednak czynem heroicznym, a obowiązkiem serca i jego szczerych intencji. Bo katolik wstydzący się swej wiary, pozwalający na zamknięcie jej w ścianach swojego domu bądź świątyni – jest katolikiem, który ustąpił miejsca słabości.

Mam świadomość, że Kościół nie zawsze postępował tak, jak postępować powinien. Owszem, czasami zabłądził i zamykał się na nauczanie Chrystusa. Ale zawsze był ostoją, która pozwalała ludziom zbliżyć się do Boga i kontemplować tajemnice, których nie można pojąć rozumowo. I kto jak kto, ale Polak nigdy nie powinien lekceważyć wpływu Kościoła na rozwój tożsamości narodowej i zachowanie polskości. Bo to Kościół Katolicki łączył Polaków, gdy ciążył nad nimi bat niewoli. To Kościół Katolicki bronił godności Polaków, gdy zaborcy próbowali złamać ducha naszych przodków. I szydzenie z Kościoła Katolickiego to przejaw skrajnej ignorancji, a jeśli czyni to Polak – to już mowa nie tyle o ignorancji, co o głupocie.

Kilka dni temu wzięliśmy udział w procesjach w ramach uroczystości Bożego Ciała. Niezliczone tłumy Polaków podążały za Najświętszym Sakramentem. Ja odczuwałem dumę, radość, ale i odzyskiwałem wiarę w przyszłość naszego narodu. Zastanawiałem się jak to możliwe, że tysiące moich rodaków nie wstydzi się swojej wiary, ale tylko wtedy, gdy podążają w grupie. W procesjach brały udział kobiety i mężczyźni w każdym wieku. Z matkami szły odświętnie ubrane dzieci. Z dziadkami podążali wnuczkowie. Gdzie wtedy była Polska? Nie mam wątpliwości, że na ulicach naszych miast i wsi. Polska pokazywała wtedy, że jest bastionem chrześcijaństwa i nie zamierza wyrzekać się swojej wiary. Mimo opluwania i pogardzania tych, którzy mylą nowoczesność z prymitywizmem uczuć i zachowań.

Żeby była jasność – nie twierdzę, że osoba niewierząca nie może kochać swojej Ojczyzny. Nie odbieram prawa do tej miłości także innowiercom. Ale Polska była, jest i będzie przesiąknięta na wskroś nauczaniem Kościoła Katolickiego i jego wielowiekową tradycją. Owszem – katolik, niewierzący i innowierca mogą żyć w jednym kraju, ale muszą okazywać sobie wzajemny szacunek i nie mogą odbierać Kościołowi jego zasług, o których wspomniałem wcześniej. I należy raz na zawsze skończyć z deprecjonowaniem polskiego katolicyzmu, a tu otwiera się pole do działania dla katolików. Tak – szydzić z Kościoła, to podążać za modą. Bronić Kościoła? To dla katolika za dużo. Przestrzegać nauczania Kościoła? Tego katolik nie lubi. Bo nasz katolik XXI wieku bardzo często wybierze z nauki Kościoła, to, co dla niego wygodne. Tam, gdzie Kościół stawia wymagania i mówi stanowcze „nie” – katolik XXI wieku powie, że Kościół się myli i musi się dostosować do współczesnego świata. A zapomina, że to nie Kościół ma się dopasować do świata, ale świat do Ewangelii. I winę za to, że w Polsce mnoży się kult wyszydzania Kościoła, ponosi w dużej mierze ten letni katolik, który nie widzi ani istoty Kościoła, ani Boga.

Odrodzenie w narodzie może nadejść razem z odrodzeniem prawdziwej wiary. Wiary, której fundamentem jest kontemplacja słów Chrystusa i naśladowanie jego czynów. Wiary, która wysoko podniesie krzyż i nie opuści go przed nawałnicą szyderstw. Taka wiara, może stać się fundamentem rodzącej się jedności narodowej. Jedności prawdziwej, a nie wprowadzanej pod przymusem i presją, albo jeszcze – ustawą. Dlatego na nowo muszą wybrzmieć słowa Romana Dmowskiego: „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu.”

Dlatego, bycie katolikiem to nigdy nie jest powód do wstydu. Bycie katolikiem to przede wszystkim zobowiązanie do szlachetnego życia, w którym nasze ambicje konfrontują się z nauką Chrystusa i misją służenia drugiemu człowiekowi. Konfrontują się z nauką Chrystusa, ale w tej konfrontacji jest tylko jeden wygrany. I nie są to nasze ambicje.  Katolicyzm, to praca nad sobą. To rozwój własnego intelektu i własnego ducha. Walka o zachowanie godności człowieka. Katolicyzm to legitymacja do klękania tylko przed Bogiem. Katolicyzm, to polskość. A polskość, to szlachectwo słów i szlachectwo czynów.

Chwała Wielkiej Polsce!

 

Michał Sebastian Patyk -  student Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, publicysta „Mysl24.pl”, współpracownik portalu „ProstozMostu.Net” oraz kwartalnika „Myśl.pl”.

 

Czy rośnie nam nowe pokolenie Kolumbów?

Młode pokolenie jest jedną wielką zagadką. Z jednej strony maszerują w pochodach czcząc pamięć Wyklętych, z drugiej gubią się w matni memów i internetowych protestów. Największym kapitałem osób niepamiętających czasów transformacji ustrojowej wydaje się być świeży umysł i takież spojrzenie na historię. Szkoda tylko, że ciasny gorset systemu skutecznie wybija im z głowy próby intelektualnej finezji.

Młodzi – nastoletni i dwudziestokilkuletni – to dzisiejsze nowe, zagadkowe pokolenie, także w sensie politycznym. Na kartce wyborczej stawiają krzyżyki przy nazwisku ludzi Palikota, ale kochają też Korwin-Mikkego i Ruch Narodowy (ten ostatni szczególnie 11 listopada podczas Marszu Niepodległości). Potrafią godzinami surfować po Internecie, by innym razem ruszyć w marszu rotmistrza Pileckiego lub czynnie brać udział w obchodach Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Trudno w tekście publicystycznym postawić precyzyjną i miarodajną diagnozę. Warto jednak postawić pytanie czy poszukiwanie przez młodych autorytetów w polskiej historii najnowszej jest tylko ulotną fascynacją czy też może stanowić zaczyn do prężnego rozwoju nowej elity, swoistego pokolenia Kolumbów XXI wieku.

Epoka dekadencji

Na ile młodzi ludzie są dzisiaj przejęci historiami Wyklętych? Na ile czerpią z nich źródło inspiracji do głębszych przemyśleń i intelektualnych refleksji? Zapewne dowiemy się o tym wszystkim za dziesięć, dwadzieścia lat. Badania wskazują jednak już dzisiaj, że polska młodzież jest w miarę konserwatywna – na pierwszym miejscu stawia rodzinę, często młodzi deklarują się też jako katolicy. Skąd więc tak niepokojący kościelnych hierarchów odsetek młodych ludzi żyjących „na kocią łapię”? Przecież wzory do których wielu z nich się odwołuje – choćby Pilecki – to gorliwi katolicy. Czy wskazuje to na prosty wniosek, że za wyrażanymi w sferze publicznej wartościami nie idą żadne konkretne gesty, żadne postawy i świadectwa?

Pytania się mnożą. Na pewno pokolenie młodych ludzi pełne jest wieloznaczności. Na pewno też nie wszyscy młodzi patrioci po Marszu Pamięci rotmistrza Pileckiego udają się na młodzieżową orgietkę gdzieś w tętniącej basami dyskotece. Pewne jest jedno – w sensie myślenia społeczno-politycznego młodzi aktywni obywatele naszego kraju są prawoskrętni, nie ulegają zbyt szybko drenażowi wędrujących do nas z Zachodu pseudowartości.

Ale popadanie w euforię, że oto rośnie nam pokolenie gotowe przyjąć na siebie misję odbudowy silnej Polski, to równoczesne popadanie w fantasmagorie. Nigdy bowiem – w dającej się przewidzieć przyszłości – nie będzie takiego pokolenia. Marzenia o społecznej odnowie, o ludziach niepamiętających komuny, nieobciążonych bagażem przykrych doświadczeń budowy III RP – to mrzonka. Minęły dawno czasy, gdy można było mówić o „kształtowaniu” pokolenia. Nie istnieje obecnie żadna kuźnia zdolna do modelowania młodzieńczej duszy. Jest, powie ktoś, rodzina, jest Kościół, jest szkoła. Tyle że rodzina zakładana współcześnie przez znerwicowane i zabiegane za potrzebą zwiększenia dochodów pary, atakowana w dodatku przez przesiąknięte lewicową ideologią – za radą Gramsciego – instytucje państwowe, nie jest w stanie otoczyć dziecka na tyle twardym kokonem, by impregnować młodą duszę na brud otaczającego świata. A przecież młody człowiek wzorców może poszukiwać dzisiaj w ojcu, matce, nauczycielu, księdzu, ale także w internetowym blogu, w kolejnym serialu, w programie rozrywkowym (vide: idole młodzieży – Wojewódzki i Owsiak).

Przed tym wszystkim nie uratuje dzieciaka też Kościół, bo ten dawno zrezygnował z walki o kulturę. Kiedy słyszeliście Państwo o katolickim pisarzu, malarzu, reżyserze, aktorze? Są znani ludzie deklarujący swój katolicyzm, ale czy przekładają oni katolickie wartości na wytwarzane przez siebie komponenty kultury materialnej? Skądże znowu!

W końcu nie pomoże młodzieży i szkoła, idąca z duchem ukształtowanego w latach 60. w Stanach Zjednoczonych modelu edukacji demokratycznej Johna Deweya. Cel tego modelu jest jeden – przystosować ludzi do życia. Przyznajmy – brzmi szczytnie. Ale gorzej wygląda w praktyce, ponieważ „wyprodukowany” przez taką szkołę młody człowiek jest, owszem, specjalistą w swoim fachu, znakomicie posługuje się piórem, pieczątką, lancetem, lecz nie jest w stanie pojąć niczego więcej z otaczającego go świata poza tym, że ta partia jest prawicowa, ta lewicowa a co cztery lata – lub od biedy częściej – trzeba spełnić obywatelski obowiązek, czyli pójść na wybory. Co więcej, wielu młodym ludziom taki właśnie model edukacji odpowiada. Trudno się dziwić, wszak na coraz bardziej chybotliwym rynku pracy wydaje się on być gwarantem nabycia umiejętności koniecznych do otrzymania upragnionego etatu.

W efekcie, skomplikowana maszyneria współczesności wypluwa – wybaczcie ten banał, ale inne słowo nie przychodzi mi w tej chwili do głowy – człowieka bez właściwości. Relatywizującego, niezbyt rozgarniętego, za to sformatowanego na pracę i zarabianie pieniędzy. Niżej podpisany bardzo by nie chciał wyjść na abnegata. Praca, dobre zarobki, życie w luksusie są czymś, czego każdy normalny człowiek pożąda. I nie ma w tym nic zdrożnego. Problem w tym, że szkoła nie jest miejscem, gdzie rodzice posyłają dzieci w zamian za gwarancję ich osobistego sukcesu w przyszłości. Szkoła powinna być okresem wytrwałych ćwiczeń zarówno praktycznych, jak i umysłowych, które – co jest głównym celem każdego ćwiczenia – nie dostarczą wiedzy jak postępować w praktyce, ale nauczą konfrontować się z sytuacjami, gdy szablon praktycznych zachowań całkowicie się wyczerpie. Wyćwiczony, inteligentny umysł ma istotny przymiot jakim jest elastyczność a ta nie pozwola zejść mu na manowce. Stąd tzw. ludzie sukcesu są nierzadko erudytami ćwiczącymi umysł, choć czytanie Dostojewskiego nie dostarcza im wiedzy na temat tego, w jaki sposób powinien reagować menedżer korporacji w sytuacji kryzysowej.

Na manowce sprowadzane są także pokolenia młodych Polaków przeświadczonych, że zajęcia praktyczne w szkołach zapewnią im sukces zawodowy. Patrząc na pragnienia młodych ludzi i zważając na ideologię jaką przesiąknięte są w Polsce państwowe instytucje, można zaryzykować stwierdzenie, że pasja młodych do Żołnierzy Wyklętych to ledwie tchnienie emocji w zrobotyzowanym i zmechanizowanym społeczeństwie. To dotyk świata realnych wartości, gdy zewsząd otacza rzeczywistość symulowana, płynna, eklektyczna. Taka fascynacja może, oczywiście, przerodzić się w głębszą refleksję, ale nigdy nie stanie się żadnym doświadczeniem formacyjnym, nigdy też nie urodzi ona owego mitycznego pokolenia Polaków zdolnych budować silną Polską. Nie będziemy mieć nowych Kolumbów, zapomnijmy o tym.

Wszędobylski demokratyzm

Myśl konserwatywna czy, szerzej, prawicowa nie potrafi odpowiedzieć na te wyzwania, nie stawia na stole żadnej kontroferty. Przez dwa wieki z okładem udało się lewicy narzucić oczywisty dyktat demokracji niemal w każdej dziedzinie życia. Z ideologii komunistycznej Polska wpadła w miękką i co prawda mniej brutalną, ale przecież szkodliwą ideologię demokratyczną. Nie trzeba mnożyć przykładów, bo wystarczy sięgnąć do klasyków teorii demokratycznych, jak Sartori czy Dahl. Pierwszy sprytnie wykłada nowiutką teorię demokracji omijając wszelkie sprzeczności tego systemu, drugi zaś proponuje bez ogródek, by demokratyzować wszystko włącznie z prywatnymi przedsiębiorstwami. Bo państwo – uzasadnia – ma prawo do takiej interwencji. I nie jest to żaden margines. Na dziełach tych autorów wychowują się młodzi politolodzy czy socjolodzy.

Demokracja przestała być mechanizmem rozładowującym konflikty a służy lewicowym ideologiom. Największym sukcesem progresistów jest to, że w ciągu niespełna dwóch wieków udało im się ukształtować na własną modłę określony model liberalnej demokracji i wmówić całemu nieomal światu, że to jedyny normalny system dający się stosować zawsze i wszędzie. Demokracja może więc panować w szkole, w Kościele i w domu. Bo dlaczego by nie? W końcu jedyną alternatywą jest dyktatura, jakżeby inaczej.

Czynienie z demokracji nowej ideologii doprowadza do stopniowego ogłupiania społeczeństwa. Wszak obsesja równości wpisana na stałe w ideologię demokratyzmu opiera się na bezwzględnej unifikacji wszystkich ludzi, co sprowadza ich do jednej zbitej masy o tych samych właściwościach. Młodzi pasjonaci historii, zauroczeni postawami Wyklętych, w przeważającej mierze stracą swój zapał, bo refleksja ta nie zostanie nigdy pogłębiona. Nie ma jej bowiem kto oszlifować ani w szkole, w której panuje obsesja równości i trend dopasowania uczniów do wymogów rynku pracy, ani w domu tracącym stopniowo kontrolę nad kształtującym się młodym człowiekiem, ani w Kościele rezygnującym zupełnie ze swojej roli wychowawczej. Produkcja ludzi bez właściwości i ambicji wpływania na rzeczywistość będzie się więc pogłębiać. Gdy młodzi ludzie zaskoczą na rynku pracy zastąpią bunt konformizmem, a chęć głębokich zmian depresyjną akceptacją zastanej rzeczywistości.

Parę procent

Nie jest jednak tak, że intelektualne poruszenie wielu młodych ludzi przejawiające się poszukiwaniem autentycznych wzorców zgaśnie we wszystkich. Istnieje przecież niemało ambitnej młodzieży gotowej ćwiczyć umysł, rozwijającej intelektualne zdolności. Jest to zjawisko coraz rzadsze, bo faktycznie polski system edukacji przepuszcza umysły młodych przez maszynkę do mięsa. Można się jednak temu oprzeć. Ci, którym się to udaje, kształtują w sobie intelektualną dojrzałość. Dla nich fascynacja historią, postawy żołnierzy antykomunistycznego podziemia czy przedwojennych elit mogą stanowić nie tylko impuls emocjonalny, ale także impuls intelektualny, stanowiący materiał do ciężkiej i solidnej pracy domowej. Nabranie dystansu do przeszłości, wygładzenie jej emocjonalnych fałdów zakrywających pole widzenia, daje co bardziej ambitnym jednostkom szanse rozumienia realnego biegu współczesnej polityki i odpowiedzi na wyzwania „tu i teraz”. To z grupek idących na czele patriotycznych pochodów może rekrutować się przyszła elita naszego kraju, tym twardsza że budowana niejako wbrew systemowi promującemu nijakość i mierność. Nie będzie to jednak żadne cudowne pokolenie, lecz chlubne wyjątki. Mowa bowiem o niewielkim procencie uczniów w poszczególnych szkołach, przejawiających poważniejsze ambicje intelektualne niż wykucie materiału do najbliższej klasówki czy zapoznanie się z kluczem do maturalnych wypracowań. To oni chętnie podejmują się aktywności społecznej, przełamując bierność młodych ludzi, chętniej protestujących na Facebooku niż w realu. Dla nich historyczna pasja, swoista moda na historię, którą obserwujemy w Polsce od paru lat może być świetną polityczną szkołą, nauką troski o dobro wspólne. Nie jest to optymistyczna konstatacja, biorąc pod uwagę, że przeważająca większość młodego pokolenia odrzuca jakiekolwiek ambicje pracy nad sobą, ograniczając się do skandowania patriotycznych haseł. Ale zawsze to jednak coś…

 

Krzysztof Gędłek-   absolwent politologii, doktorant. Publicysta portalu Polonia Christiana24.pl. oraz kwartalnika „Myśl.pl”.  Pasjonat polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, szczególnie w okresie po 1945 roku. 

 

Tekst opublikowano na łamach nr 31 kwartalnika "Myśl.pl".

 

 

 

Druga strona medalu

Pokolenie młodych XXI w. to pokolenie tabletów, wyznawców show – biznesu i nieprzemijającej rozrywki. Zbyt dużo rzeczy rozprasza i odwraca uwagę od tego, co tak naprawdę powinno być ważne. Pojawienie się nowej aplikacji mobilnej wzbudza większe zainteresowanie niż obchody rocznicy 3-go Maja. Młodzi ludzie stają się pokoleniem ułomnym. To, że ulegają zepsuciu, nie jest jednak tylko ich winą.

Mój mały sceptycyzm

Coraz częściej słyszy się o zwiększającym się zainteresowaniu historią wśród młodych. Takie też przeświadczenie towarzyszy większości moich redakcyjnych kolegów na łamach bieżącego numeru "Myśl.pl". Ogólnie, również i ja jestem w stanie zgodzić się z tą  opinią. W końcu prawdą jest, że możemy zaobserwować boom na seriale i filmy historyczne, a grupy rekonstrukcyjne cieszą się coraz większą popularnością. W przeciwieństwie jednak do redakcyjnych kolegów pozostaję odrobinę bardziej sceptyczna. Poziom wiedzy historycznej młodzieży jest wciąż zbyt niski, a często zatrważający. Młodzi dają się przyłapać na nieznajomości kolejnych zwrotek hymnu lub twierdzeniu, że odsiecz wiedeńska to sprawka Batorego. Dlatego, w moim przekonaniu, „jaskółki” pogłębiania wiedzy historycznej przez młodych są obecne, nie są jednak regułą. Dopiero kiełkują, wyrastają niewiele ponad ziemię. Bez właściwej pielęgnacji, a przede wszystkim odpowiednio przygotowanego gruntu, wciąż ciężko starać się o to, by coś z nich wyrosło.

Wszyscy jesteśmy obywatelami naszego kraju. To zobowiązuje do poznania chociaż podstaw historii. Trzeba je znać, tak samo jak tabliczkę mnożenia, której przecież nikt z nas nie nauczył się sam z siebie. Tak samo jest ze współczesnym popytem na historię. Są tacy, którzy czują bluesa, a są tacy, którym tego bluesa trzeba dopiero pokazać. Samo pojawienie się filmu o polskim szpiegu na usługach USA nie sprawi, że wszyscy młodzi tłumnie ruszą do kin, nawet ci, którzy po prostu lubią historię.  Tym trudniej, gdy w sąsiedniej sali wyświetlany jest instruktaż walki z zombie. Młodego człowieka trzeba nieustannie ukierunkowywać, inspirować. W szczególności teraz, gdy przyszło mu żyć w epoce kapitalizmu, hipermarketów i internetu. Gubi się on bowiem w świecie komercyjnej rozrywki, a swoich idoli odnajduje w celebrytach. Tutaj przechodzimy to sedna sprawy - szkoła i rodzice nie potrafią ich z tej pułapki wyciągnąć. Na nic mogą się zdać wszelkie inicjatywy, kiedy fundament jest słaby.

Edukacja historyczna po polsku i perspektywy rozwoju

W gimnazjum jeden z moich nauczycieli, jak mantrę powtarzał nam pewne zdanie: „Jesteście idiotami, ale to nie wasza wina. To wina waszych rodziców, wychowawców i nauczycieli. Jesteście nimi bo nikt was do niczego nie inspiruje.” Usiądźmy na chwilę w szkolnej ławce na lekcji historii i sprawdźmy prawdziwość tych słów. Dzwoni dzwonek, w klasie pojawia się nauczyciel z dziennikiem. Zaraz, zaraz – a jakaś książka, niekoniecznie podręcznik? Może jakieś atlasy, mapy, plakaty? Nawet, jeżeli jakiś nauczyciel zdobędzie się na takie szaleństwo, ostatecznie przedmioty te stają się tylko kolejnymi pochłaniaczami miejsca. Bowiem przeważnie, gdy nauczyciel rozda i rozwiesi to, co ma do rozdania i rozwieszenia, zasiada wygodnie na biurku i rozpoczyna czytanie. Data za datą, same suche fakty, drzewo genealogiczne dynastii Ottonów, powtórka postanowień kongresu wiedeńskiego. Polski uczeń nie wie, że historia to nauka, która może być ciekawa. Nie dostaje szansy, aby poznać ją jako sposób na doskonalenie zdolności analitycznego myślenia, umiejętności łączenia wydarzeń i wyciągania wniosków. Kiedy nauczyciel przybiera rolę nudnego lektora, trudno mówić tutaj o jakimś zainteresowaniu, a co dopiero - zafascynowaniu historią. Wystawy, spektakle, filmy, relacje lokalnych świadków przeszłych wydarzeń – właśnie tego brakuje polskim lekcjom historii.

Nie chodzi jednak tylko o sam sposób przekazywania wiedzy historycznej, ale i o jej treść. Przez strony podręczników przewijają się wojny, walki, powstania, zdobywanie władzy, gry o tron. Szkolne repetytoria nie zachęcają zatem do lektury. A przecież historia to również wiedza o tradycji, obyczajach, mentalności i kulturze. To zasób informacji przydatnych dla młodego człowieka, aby sprawnie poruszać się we współczesnych realiach międzynarodowych. Przerażający jest fakt, iż doprowadzono do sytuacji, w której historia dla młodego Polaka jest równoznaczna z wojnami i datami. A takie skojarzenie zniechęca i odpycha.

Dużym niezrozumieniem dla mnie, jest również nieustanne powracanie do epoki starożytności. Każdy rok szkolny to małe deja vu. Na pierwszych lekcjach historii znów pojawia się wojna peloponeska, znów styl dorycki i znów ta nieszczęsna Kartagina. Ile razy można uczyć się o tym samym? A rutyna jest niebezpieczna - przytłacza, nudzi i rozleniwia. Przede wszystkim, to ciągłe poznawanie starożytności zabiera czas, a w efekcie tego edukacja historii w polskich szkołach zatrzymuje się na II wojnie światowej. Młodzież przekraczająca próg dojrzałości, zna szczegóły historii obcych krajów, dalekich epok, niezwiązanych z naszym kręgiem kulturowym, a nie ma pojęcia jak wyglądało życie w NRD, albo dlaczego tak naprawdę powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Może być gorzej? Ależ owszem! Młody Polak, będący przyszłością swojego narodu, nie wie nic, zupełnie nic o jego przeszłości! Chociaż należałoby sprostować – wie, ale przede wszystkim o naszych klęskach, powstańczych klęskach, czy wadach i słabościach. Mamy piękną historię i legendarne postaci, a na kartkach podręczników jawimy się jako naród przegrany.  Skoro polskie szkoły nie uczą polskiej historii, nie skupiają się na jej najważniejszych aspektach i czasach, nie dziwi mnie tak wielka antypatia młodych do wiedzy historycznej. Po co mam się interesować historią kraju, którego się wstydzę?

 W sytuacji, kiedy szkoła nie potrafi motywować młodych pokoleń, nie należy spodziewać się, że młodzi zaczną sami cokolwiek od siebie wymagać. Świadczy o tym malejąca liczba uczniów decydujących się na zdawanie na maturze dodatkowych fakultetów, czy wybierających rozszerzony poziom przedmiotów. Młodzi ludzie nie widzą sensu w dążeniu do bycia lepszym, w wyróżnianiu się ponad przeciętność.  Po co zdawać więcej niż język polski i matematykę skoro uczelnie i tak przyjmują wszystkich? Zatem nauka innych przedmiotów, w tym m.in.  historii zostaje zepchnięta na margines. Współczesne warunki rekrutacji na studia wyższe sprzyjają, rozpoczętej w szkołach, budowie niechęci do wiedzy historycznej wśród Młodych. Jak na ironię, za świetny przykład może posłużyć tutaj Uniwersytet Jagielloński. Najbardziej prestiżowa uczelnia w Polsce pokazuje, że nawet idąc na studia historyczne, historii na maturze zdawać nie trzeba. O zgrozo! Okazuje się, że można się dostać na studia historyczne UJ, zdając maturę nie tylko z historii, ale zamiast niej m.in. z filozofii, geografii, historii sztuki, łaciny i kultury antycznej, języka polskiego, czy wiedzy o społeczeństwie. Tacy historycy wracają później do szkół już jako nauczyciele i błędne koło się zamyka. A inspiracji jak nie było, tak nie ma. 

Poruszając kwestię kształcenia, rozwoju i perspektyw, należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden powód braku zainteresowania historią wśród młodych pokoleń. Młodzi myślą teraz pragmatycznie. Przed wyborem kierunku studiów zadają sobie pytanie, czy czeka  ich potem świetlana przyszłość. Obecny świat, w którym rządzą materialiści nie jest  przyjaznym miejscem dla ludzi z wykształceniem o profilu humanistycznym. Sukces mogą odnieść finansiści, bankierzy, maklerzy, analitycy. Wielkie korporacje, w których zarabia się niemałe pieniądze, z otwartymi ramionami przyjmują absolwentów studiów ekonomicznych. Zatem, po co mam się interesować historią, skoro niewiele na tym zyskam?

Kto wychowuje młode pokolenia?

Zatrważa fakt, że i niektórzy rodzice dali wciągnąć się w tę wielką machinę pogoni za pieniądzem. Przeglądając komentarze pod artykułem, w którym autor ubolewał nad rozwiązaniami w polskim systemie szkolnictwa, natknęłam się na kilka wypowiedzi, po których człowiek zaczyna wątpić w ludzkość. Ogólny sens tych wpisów można zamknąć w dwóch zdaniach: Historia nie jest dzisiaj do niczego dzieciom potrzebna. Lepiej uczyć ich, jak się liczy, a przede wszystkim, jak się robi pieniądze. Wszyscy rodzice, którzy wyznają taki światopogląd, raczej nie przyczyniają się do poprawy nastawienia młodych do historii. Ale nawet ci, którzy mają odmienne podejście do życia, nie przykładają już większej uwagi do edukacji historycznej swoich pociech. Zanim wyfrunęłam z rodzinnego gniazda, od czasu do czasu, rodzice opowiadali mi jak moi dziadkowie przetrwali II wojnę światową i jak naprawdę wyglądało codzienne życie w mojej miejscowości w czasach Polski Ludowej. W jaki sposób dziadkowi udało się schronić Żydów w piwnicy, jak działała nasza mała, lokalna Solidarność, co działacze partyjni musieli zrobić, jak bardzo się nagimnastykować, żeby po kryjomu ochrzcić swoje dzieci – tego nie nauczyła mnie szkoła, o tym nie piszą szkolne podręczniki. I tego nie dowiedziałabym się gdyby moi rodzice, pewnego razu, sami z siebie nie postanowili opowiedzieć. Przyznam szczerze, że początki były trudne i nie zawsze słuchałam tego z tak wielkim zainteresowaniem. Jednak z każdą kolejną relacją, a przede wszystkim z upływającym czasem, rodzinne spotkania z historią stały się moim małym uzależnieniem, które popychało mnie do drążenia tematu, szukania odpowiednich lektur i źródeł. Niektóre z nich do tej pory zalegają na domowych regałach. Daty publikacji kilku z nich, na co warto zwrócić uwagę,  sięgają czasów towarzyszy i towarzyszek. W czasach PRL-u historyczne monografie i książki biograficzne drukowano w nakładzie kilkuset tysięcy egzemplarzy. Prawdą jest, że odgrywały one dodatkowe znaczenie, miały swoje drugie dno, w którym ukryty był  komentarz ówczesnej rzeczywistości. Może dlatego były bardziej atrakcyjne. I może dlatego, dzisiaj tego typu publikacje wydawane są w liczbie co najwyżej kilku tysięcy egzemplarzy. Czas zatem na rachunek sumienia. W ilu domach znajduje się chociaż jedna książka o tematyce historycznej? Jak często sięgamy po tego typu filmy? Czy w polskich domach w ogóle rozmawia się o historii? Rodzice nie zdają sobie sprawy, że Młodych historia może zainteresować. Szkoda. Skoro szkoła nie zdaje egzaminu, to na rodzicach spoczywa jeszcze większa odpowiedzialność za historyczne wykształcenie młodych pokoleń. To również oni mogą i powinni inspirować i pokazywać, że istnieje inny świat niż iPody, modne ciuszki, celebryci. W końcu, czym skorupka za młodu nasiąknie…

A bez uwagi rodziców i bez właściwego działania szkół, nasza polska skorupka nie nasiąka niczym dobrym, zwłaszcza gdy włączy telewizor. Gdy wciskamy guzik, który uruchamia odbiornik telewizyjny, komputer, tablet czy jeszcze jakieś inne elektroniczne cudeńko, serwujemy sobie proces prania mózgu. Nasze media ekscytują się byle czym, byle kim. Polityk przyłapany na wpadce, pierwsze ząbki najmłodszego księcia Wielkiej Brytanii, kolejne niesamowite odkrycie amerykańskich naukowców, ona znowu pokazała majtki na czerwonym dywanie, on zmienił żonę po raz czwarty. Z takim samym poruszeniem mówi się o tak mało istotnych, jaki i o naprawdę ważnych wydarzeniach. O ile w ogóle się
o nich cokolwiek wspomina. Rocznice, relacje z ich obchodów, czy powiązane z nimi filmy dokumentalne nie zajmują dużo czasu antenowego.  Zresztą, w kraju, w którym media emitują, jak jeden z dziennikarzy wtyka polską flagę w psią kupę i , co gorsza nie  zostaje później w żaden sposób ukarany, nie ma miejsca na budowanie szacunku do wartości, przeszłości, historii. Teraz promuje się bycie glamour i famous.

Czasy, w których żyjemy ogłupiają, tłamszą i zabijają ciekawość. Seriale historyczne, rekonstrukcje,  wszelkie  inicjatywy edukacyjne – to wszystko z łatwością może przepaść w dżungli zepsucia, gdy brakuje starań rodziców, czy lepszego systemu szkolnictwa. Moi redakcyjni koledzy, na łamach tego numeru kwartalnika dowodzą, że do młodych jednak potrafi dotrzeć to, co naprawdę jest wartościowe, że historia potrafi w jakimś stopniu sama się obronić. Zmniejsza to mój pesymizm i jednocześnie cieszy, że potrafimy przesiać to, co głupie i odnaleźć to, co wartościowe. Nie mogę jednak pozbyć się myśli, o ile większy byłby sukces gdyby jeszcze szkoła, rodzice, media przyczyniały się do promocji historii. Już teraz każdy młody Polak wiedziałby dlaczego Batory pod Wiedniem pojawić się nie mógł.

Mimo wszystko mam nadzieję, że mój sceptycyzm wyrażony w niniejszym tekście jest nieco przesadzony, że rację mają Ci członkowie naszej redakcji, którzy są większymi ode mnie optymistami.  Tym razem, obym to ja się myliła…

 

Patrycja Lech - studentka IV roku stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Polityczne zainteresowania to: kwestia polskiej polityki zagranicznej oraz zagadnienie separatyzmu w Europie. Prywatnie - kibic piłki nożnej, w szczególności ligi hiszpańskiej. 

Tekst pochodzi z nr 31 kwartalnika "Myśl.pl"

 

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy