Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

Czy Ją kochasz? Kocham szczerze. A w co wierzysz?

Paulo Coelho powiedział kiedyś bardzo mądre słowa. Być może kontrowersyjne, być może zbyt wyidealizowane. Zdaje się jednak, że w pełni oddają istotę zagadnienia, o którym traktują. „Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości”.  Kocham Polskę. Kocham moją Ojczyznę. Ale…?

My, Polacy, przyzwyczailiśmy się do nieustannego stawiania tego słowa. Zawsze musi być jakieś „ale”, zawsze trzeba być czujnym i podejrzliwym, wszędzie  trzeba doszukiwać się śladów podstępu, bo przecież każdy z pewnością chce nas oszukać. Wydaje się, że takie wartości jak szczerość czy bezinteresowność dziś dla wielu odchodzą do lamusa, stanowią element zamierzchłej tradycji, którą trzeba pogrzebać. Jak bezużyteczne i bezproduktywne wytwory uboczne postępu. Trzeba iść  przecież z duchem czasu! XXI wiek, inna rzeczywistość, liczy się to, co tu i teraz. Tradycja? Dziedzictwo narodowe? Na co to komu potrzebne…

Współcześnie mamy do czynienia z dziwną modą na nowoczesność. Modą, która nakazuje nam gloryfikować wszystko, co nowe, szybkie, łatwe. Jednocześnie modą, która cierpi na szczególnie uciążliwy kompleks narodowy, bezmyślnie zwracając się ku obcym kulturom, błyskotkom, którymi mamią populistyczne, banalne frazesy uniwersalnego świata. Żyjemy przecież w Unii Europejskiej, społeczeństwie masowym, jednej wielkiej globalnej wiosce. Tu wszyscy jesteśmy równi. Tacy sami. Wszelka różnorodność jest niepożądana, ba! nawet piętnowana. Przejmujemy amerykańskie święta i zwyczaje, do kanonu bestsellerów wprowadzamy amerykańskie lektury, w kinach szukamy francuskich komedii, słuchamy angielskich piosenek, raczymy gości włoską kuchnią. A duch polskości w samotności roni gorzkie łzy zapomnienia…

Dobrze jest mówić, że kocha się Ojczyznę. Brzmi to tak dumnie! Podnosi w oczach innych do rangi porządnych, praworządnych obywateli. Kochamy Polskę szczególnie, gdy czegoś nam od niej potrzeba. Kochamy, więc mamy prawa. A obowiązki? Wywiesimy flagę na większą uroczystość, odśpiewamy Mazurka, może nawet w swych modłach westchniemy czasem za „wielką, dumną Polską”. Łatwa ta miłość.  Miłość zmieniająca tak bardzo przez nas pożądany patos w śmieszne, fałszywe i dawno przereklamowane slogany. Patriotyzm wielkich słów, który pod piękną, dumną okładką, pieczołowicie skrywa ogromną pustkę, bezdźwięcznie odbijającą echem podniośle używane frazesy.

Ten, kto prawdziwie kocha – nie wstydzi się. Nie ukrywa miłości lecz pragnie dzielić się nią z innymi. Zastanówmy się więc nad tym, co mówimy i o co nam właściwie chodzi. I czy rzeczywiście za naszymi słowami idzie potwierdzająca je postawa, czy wciąż pozostają tylko pustymi frazesami. Tak bardzo dzisiaj modnymi. Naród bez tradycji jest jak dusza bez treści. Mimo, iż z pozoru może najpiękniejszy i zaślepiający rażącymi błyskotkami, w środku pusty i skazany  na powolne wygasanie. Naród bez własnej kultury jest jak drzewo bez korzeni. Wrażliwy na każdy większy podmuch, który coraz bardziej pochyla je ku ziemi. Nasza Ojczyzna przechodziła zmienne koleje losu, posiada przykre doświadczenia, od których bardzo wielu pragnie się definitywnie odciąć. Mamy jednak również coś, czego inni słusznie mogą nam zazdrościć. Skarb, w obronie którego wielu naszych rodaków oddało życie. Skarb, który otrzymaliśmy za darmo, lecz nie bezinteresownie – naszym zadaniem jest jego pomnażanie i przekazanie potomnym. Skarb, któremu na imię dziedzictwo narodowe. Tożsamość, tradycja, kultura.

Być może niejednemu nasuwają się w tym momencie słowa przepięknego wiersza Wisławy Szymborskiej:
Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć,
Miniesz – a więc to jest piękne.

Ale czy aby na pewno wartości, które od wieków stanowiły o naszej polskości, wydobywały i eksponowały w niej najpiękniejsze przymioty, muszą w zapomnieniu przeminąć wraz z nieubłagalnie upływającym czasem?

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorka portalu ProstozMostu.net, blogerka, historyczka z zamiłowania, rekonstruktorka.

Tekst pochodzi z bloga http://orzelwkoronie.blog.pl/

 

 

 

 

 

Rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja – rocznica która uczy

Jak co roku 3 maja przypada święto państwowe. Wielu z nas (jak dowodzą przeprowadzane sondaże i ankiety) nie do końca zna znaczenie wydarzeń których rocznice obchodzimy.  Przypomnijmy sobie zatem co tak ważnego wydarzyło się 224 lata temu.W 1791 roku, wśród wielu innych wydarzeń wyróżnia się jedno. Chodzi tu oczywiście o uchwalenie pamiętnej Ustawy Rządowej, znanej dziś pod nazwą Konstytucji 3 Maja. Fakt jej uchwalenia, jako przejaw państwowotwórczego, patriotycznego myślenia i działania upamiętniany jest dziś corocznymi obchodami i uroczystościami. Przyjrzyjmy się bliżej samej Konstytucji, a także okolicznościom jej uchwalenia.

Zacząć należy od przypomnienia układu geopolitycznego w tej części Europy, w której Rzeczpospolita ówczesna leżała. Kraj nasz otoczony wówczas był silnymi, w sporej mierze zreformowanymi, nowoczesnymi krajami. Wyjątek stanowić może tu Rosja, która zawsze w porównaniu z innymi krajami europejskimi jawi się jako zacofana w rozwoju polityczno-społecznym. Jedna wszakże cecha była wspólna dla naszych sąsiadów - zarówno Prusy, Austria jak i Rosja były krajami rządzonymi w sposób absolutystyczny. W odróżnieniu od nich nasz kraj był od absolutyzmu bardzo daleki. Ustrój ówczesnej Rzeczypospolitej określa się mianem “demokracji szlacheckiej” - sama szlachta polska uważała zresztą, że choć króla mamy na tronie, to jednak bliżej nam ustrojowo do republiki rzymskiej niż klasycznej monarchii. W tradycyjnym pojmowaniu wzorców prawno-ustrojowych akcentowano rzymskie rozwiązania republikańskie, a często wręcz sugerując pochodzenie poszczególnych rodów szlacheckich od rodów senatorskich starożytnego Rzymu. To zapatrzenie w republikanizm sprawiało, że mimo prób wprowadzania absolutyzmu w Polsce przez Wettinów, Polska pozostała krajem “demokracji”. I - trzeba sobie to powiedzieć – ten ówczesny “demokratyzm” stał się źródłem problemów, zamiast sukcesów.

Próby przeprowadzania reform w kierunku wówczas najmodniejszym, czyli w kierunku wzmacniania władzy królewskiej w naszym kraju nie cieszyły się poparciem szlachty i arystokracji. Ograniczanie “złotej wolności”, szczególnie zaś prawa do wybierania władcy i nadużywania liberum veto uważane były za szkodliwe dla państwa i narodu. Zrozumienie konieczności tych reform przyszło dopiero po pierwszym rozbiorze, a więc w takim momencie dziejów, w którym Polska była już skrajnie słaba, a z dawnej potęgi pozostały jedynie wspomnienia. Gdy w Szwecji w roku 1772 król Gustaw III przeprowadził wojskowy zamach stanu i wprowadził rządy absolutne, nasz król też marzył o tym. Środki finansowe, wojskowe i administracyjne w Polsce znalazłyby się. Udałoby się zapewne pozyskać uznanie carycy Katarzyny II dla takiego obrotu spraw. Jednego wszak zabrakło – w przeciwieństwie do Gustawa III w Szwecji, nasz Stanisław August Poniatowski był pozbawiony wystarczającej siły woli i autorytetu. Bez tych cech nie mógł liczyć na sukces. Nam pozostało liczyć na zmiany wprowadzane stopniowo, w dużo trudniejszej sytuacji geopolitycznej, z wzajemnie zwalczającymi się koteriami magnackimi i rozpanoszoną agenturą obcych mocarstw. Co najgorsze, nie tylko magnaci odwoływali się do pomocy obcych monarchów – również sam król Polski, wybrany przy wsparciu Rosji na tron, nadal zaciągał finansowe zobowiązania u Katarzyny II i zachowywał się często wręcz jak jej płatny agent (by przypomnieć tylko sprawę konfederacji targowickiej).

Pomimo tych patologicznych zjawisk kołatała się jednak wśród elit rządzących i intelektualnych idea naprawy i ratowania państwa. Namacalnym przejawem tej idei stał się dorobek Sejmu Wielkiego, zwanego też Czteroletnim. Główne dokonanie tego sejmu to, oczywiście,  Konstytucja 3 Maja, ale nie należy zapominać o pozostałych efektach pracy ówczesnych parlamentarzystów. Nie sposób nie pamiętać o ustawie “Miasta Nasze Królewskie wolne w Państwach Rzeczypltey”, włączonej do Konstytucji z 3 maja 1791  roku. Kolejnym ważnym postanowieniem było ustawowe podniesienie liczby wojska do 100 tysięcy, a w końcu faktyczne zniesienie obowiązującej dotąd rosyjskiej “gwarancji” utrzymania dotychczasowego ustroju. W tym ostatnim przypadku posłowie wyraźnie i jawnie argumentowali, że o sprawach polskich decydować mogą jedynie Polacy, nie zaś zagraniczne ośrodki władzy. Obalono więc tym samym system zależności Polski od Rosji i przywrócono suwerenność.

Klimat sprzyjający reformowaniu kraju powstał w dużej mierze dzięki temu, że posłowie Sejmu Wielkiego byli ludźmi wyedukowanymi już według programu Komisji Edukacji Narodowej. To jednak nie wystarczyło, by reformy i przygotowanie Ustawy Rządowej posuwały się odpowiednio szybko. Spory wpływ na część posłów nadal mieli magnaci, zainteresowani utrzymaniem słabej i nieskutecznej władzy centralnej. Układy polityczne, często tajne (np. z Prusami przeciwko Rosji) sprawiały, że należało dopracować nie tylko treść przyszłej ustawy zasadniczej ale również termin jej poddania pod głosowanie. Istotne było też, by jej przyjęcia być stuprocentowo pewnym.

Względy powyższe sprawiły, że najważniejszy dokument w dziejach Polacy przyjmowali niezgodnie z prawem – niektórzy historycy nazywają nawet uchwalenie Konstytucji 3 Maja zamachem stanu. Nie zawiadomiono bowiem wszystkich posłów o zwołaniu posiedzenia sejmu (pominięto tych posłów, którzy stanowili grupę prorosyjską, a więc antyreformatorską). Zebrani w sali obrad posłowie wysłuchali fragmentów doniesień posłów Rzeczypospolitej (afiliowanych przy obcych dworach), obrazujących zagrożenia wiszące nad krajem. Jednocześnie pod Zamkiem Królewskim, w którym obradowano, zebrał się tłum ludzi sięgający dwudziestu tysięcy osób. Na placu stał też pułk piechoty dla ochrony sejmu. W sali obrad doliczono się dwudziestu dwóch przeciwników uchwalenia konstytucji. W trakcie debaty, trwającej sześć godzin, starano się przekonać wszystkich obecnych do potrzeby reform i w końcu przyjęto ustawę. Wieść o tym szybko przedostała się na zewnątrz wzbudzając powszechny aplauz i uniesienie. Następnego dnia, co prawda, dwudziestu siedmiu posłów i jeden senator zgłosili swoje votum separtum do ustawy, jednak 5 maja, na jednomyślny wniosek sejmu, komisja ustawodawcza podpisała ustawę przyjmując, że jest ona uchwalona jednomyślnie. Do dziś uznaje się jednomyślność przyjęcia Konstytucji, mimo jej nieco sprzecznego z regułami trybu uchwalenia.

Konstytucja składa się z jedenastu rozdziałów i stwierdza dominującą rolę religii rzymsko-katolickiej uznanej za “panującą”, pełną tolerancję religijną dla wszelkich pozostałych wyznań, pełne prawa dla szlachty (ale z wyłączeniem szlachty “gołoty”, czyli nieposiadającej własnych majątków ziemskich), głos doradczy w sejmie dla mieszczan, stosunkowo łatwy dostęp mieszczan do nobilitacji. Obejmowała opieką prawa ludność chłopską, wprowadzała do ustroju trójpodział władz według Monteskiusza; ustanawiała też, że sejm obraduje w sposób ciągły przez cały czas dwuletniej kadencji, znosząc jednocześnie tzw. “instrukcje” sejmikowe dla posłów. Dalej, Konstytucja znosiła liberum veto i dawała znaczną władzę wykonawczą królowi, który stawał się odtąd władcą dziedzicznym, a nie elekcyjnym. Ustawa Rządowa określała też sposób regencji w przypadku małoletniości króla oraz precyzowała dynastię, z której pochodzić miał władca – na tron polski po śmierci Stanisława Augusta Poniatowskiego miał wstąpić elektor saski.

Dla wielu badaczy Konstytucja 3 Maja jest aktem połowicznym i kompromisowym. Głównym zarzutem jest tu znikoma postępowość w kwestiach dotyczących włościan. Pamiętać jednak trzeba o obawie przed zbytnim upodobnieniem naszej Konstytucji do tego, co uważano wówczas za “jakobinizm” - wszak w tym czasie właśnie trwała rewolucja francuska, budząca uzasadniony niepokój w całej Europie. Kwestie społeczne przewidywano zmienić w późniejszym okresie, by niepotrzebnie nie zaogniać sytuacji wewnętrznej Polski. Możliwość takiej zmiany nastąpić miała po upływie dwudziestu pięciu lat – Ustawa Rządowa przewidywała bowiem (jako jedyna wśród tego typu ustaw) obligatoryjną, co ćwierć wieku, rewizję wszelkich jej postanowień. Ten właśnie ostatni aspekt czyni z naszej konstytucji dokument wyjątkowy w skali świata.

Trzeciomajowa Konstytucja Rzeczypospolitej w sensie ustrojowym likwidowała większość patologicznych mechanizmów; znosząc elekcyjność tronu i liberum veto odbierała główne pole działań obcym agenturom. Już sam ten fakt stanowi o doniosłości jej uchwalenia dla Polaków. Trudno się więc dziwić, że stosunkowo silny opór stawili dotychczasowi sprzedawczykowie i ich mocodawcy z Rosji, Prus i Austrii. Szkoda jednak, że równie szybko dorobku Sejmu Wielkiego wyrzekł się monarcha polski, który miał spory udział w tworzeniu poszczególnych jego ustaw. W efekcie, małość charakterów i prywata wielu z najznaczniejszych rodów i Jego Królewskiej Mości spowodowała, że Polska zakończyła swój żywot w cztery lata później, a my obchodząc rocznicę wspaniałego wydarzenia jednocześnie wspominamy czas autodestrukcji i likwidacji państwa. Warto zatem pamiętać własne dzieje i wyciągać z nich naukę, by potomnym pozostawić w spadku powody do dumy.

 

Wojciech Wilkowski- Unia Polityki Realnej

 

(foto: wikipedia.org)

 

 

 

Prof. Jerzy Regulski o problemach polskiej samorządności

Samorząd terytorialny, po ćwierćwieczu przemian i dwóch reformach, stał się wreszcie trwałym elementem życia publicznego i ustroju Polski. Cieszymy się z tego, bo samorządność to szybszy i lepszy rozwój. Ale czy każda? Czy zawsze?

Oddajmy głos autorytetowi – śp. prof. Jerzemu Regulskiemu (1924-2015), który w ostatnich latach życia zdefiniował na tym polu kilka problemów. Wśród nich dwa wydają się najistotniejsze.

Profesor pisał: „Jeden z wojewodów zakazał powołania Rady Młodzieżowej, jakiś sąd uznał, że gmina nie może uhonorować swego obywatela dyplomem, pewien wojewoda oprotestował uchwalenie wieloletnich planów współpracy z organizacjami pozarządowymi, a jedna z Regionalnych Izb Obrachunkowych zawiesiła uchwałę rady dotyczącą opłat targowiskowych, twierdząc, że w ustawie nie ma delegacji do ich różnicowania w zależności od miejsca ustawienia straganu. Wszystko dlatego, że tych działań nie wymieniono w ustawach.”

W słowach tych dźwięczy przestroga, by trzymać się zasady, że co nie jest zabronione, jest dozwolone, a nie jej odwrotności, charakterystycznej dla społeczeństw zniewolonych. Skąd dziś takie niebezpieczeństwo? Z nadprodukcji przepisów, z przeregulowania kolejnych sfer ludzkiej aktywności. Dość wspomnieć, że w roku 2014 padł pod tym względem w Polsce historyczny rekord. Uchwalono 25,5 tys. stron maszynopisu nowego prawa!

A przecież przed pójściem tą drogą przestrzegali już starożytni (Państwo zepsute tworzy ustawy – Tacyt), a nawet nasi przodkowie (We złym rządzie najwięcej praw i rozkazów – staropolskie przysłowie).

Drugi problem polega na tym, że pomimo upływu 25 lat, niemała część Polaków nadal odczuwa trudności w znalezieniu swojego miejsca w nowym ustroju i generalnie w adaptacji do nowych warunków. Na to jednak już prostej rady nie ma. Myliłby się nawet ten, kto by myślał, że wystarczy wzrost poziomu zaradności osobistej społeczeństwa. Tu potrzeba czegoś znacznie więcej – obywatelskości! Potrzeba więc przekształceń społecznych, które z natury wymagają niewspółmiernie dłuższego czasu niż zmiany legislacyjne czy gospodarcze. „To zadanie na dziesięciolecia” – mówił Profesor.

 

dr Marian Szołucha – ekonomista, wykładowca akademicki, zastępca redaktora naczelnego kwartalnika „Myśl.pl”, szef zespołu ekspertów fundacji Centrum im. Władysława Grabskiego.

 

Współczesna pochwała głupoty

Przychodzi taki moment, gdy siadając przy biurku, otwierając laptop i biorąc wielki łyk kawy, dochodzi się do wniosku, że nie można napisać kolejnego artykułu, w którym wróg zlokalizowany będzie na zewnątrz. Pojawia się wtedy myśl, by skrytykować samego siebie i ludzi, których postrzega się jako „podobnych nam samym”. Po pragnieniu napisania takich słów, przychodzi chęć zwalczenia tych swoich wad, które uniemożliwiają wypłynięcie na szerokie horyzonty. I nie chodzi tu o to, by komukolwiek dopiec. Gra toczy się o to, by stając przed lustrem – móc spojrzeć sobie prosto w oczy, bez strachu, że zobaczymy w nich spojrzenie człowieka, którym nie chcieliśmy się stać.

Wiele chcemy zmieniać. Wiele ludzkich budowli chcemy zniszczyć i wiele nowych posągów chcemy wznieść. Jednak rzadko pochylamy się nad naszymi charakterami i jeszcze rzadziej oceniamy je krytycznym okiem. Łatwo obwinić świat zewnętrzny za wszelkie zło, na które się nie godzimy, ale już tak trudno powiedzieć sobie jasno: co naprawdę robię, by wprowadzić zmiany? Czy rzeczywiście prezentuję inny typ człowieka? Tyle mówimy o wartościach, o zasadach i powinnościach, a czy mamy świadomość, że często tylko mówimy? A co z pychą, bufonadą i prymatem własnych ambicji nad interesem ogółu? A co z małostkowością, wąskimi horyzontami, nieumiejętnością odczytywania relacji międzyludzkich i wyciągania wniosków z zachowań własnych i innych? Tego nie ma? To już wykluczyliśmy? W jaki sposób? Czy nie tylko słowem…?

Będziemy urządzać sobie wojenki już nie tylko polsko-polskie, ale nawet takie zwykłe, codzienne – wojenki sąsiedzkie, koleżeńskie i zawodowe. Będziemy się wykłócać na ideowość, na większe umiłowanie ojczyzny, na większe chęci i większe zaangażowanie. Ale nie zapragniemy udowadniać tego czynami, tylko ciągle będziemy wrzeszczeć. Wszędzie. Na ulicy, w domu, w Internecie. Za słowem nie pójdzie czyn. A skoro czyn lekceważymy, to odbieramy sobie prawo do używania słowa. Wiele lat może upłynąć zanim dostrzeżemy, że to nasze pustosłowie, było przejawem wielkiej niedojrzałości i niezdolności do przeprowadzenia realnych zmian. Wyznaczyliśmy sobie jeden cel. Piękny, chwytające za serce i rozbudzający nadzieję. Postawiliśmy ten cel na piedestale i uczyniliśmy z niego przedmiot naszych modlitw. Ale w takim ludzkich odruchu –wyjątkowo żałosnym, ale bardzo ludzkim- zeszliśmy z jednej drogi i zrobiliśmy tysiące rozgałęzień. I w ten sposób wszyscy idziemy do jednego celu, ale rozdzieleni, zdziesiątkowani i pokłóceni tam, gdzie kłótni być nie powinno. Idziemy tysiącami dróg i mamy czelność nieść ten wspólny cel na sztandarach, które hańbimy swoją butą i wielką chęcią do wykrzyczenia: „ja jestem bardziej ideowy niż ty!”, „ja robię to ze szczerości serca! A ty z cynicznej kalkulacji!”. I co z tego, że plujemy w twarz osobie, której nie znamy. Co z tego, że widzimy drzazgę w oku innych, skoro sami mamy belkę postawioną w jednym i drugim oku. Tej belki widzieć nie chcemy. Tej belki także nie usuniemy. Ale z największą rozkoszą wyciągniemy ręce po drzazgę u tego drugiego. U tego kompana, w którym widzieliśmy brata, ale poróżniła nas „ideowość”.

Udowodnij swą ideowość czynem. Wprowadź zmiany w swoim życiu i swoim otoczeniu. Pokaż, że umiesz. Potwierdź, że potrafisz, bo jesteś zaradny, przedsiębiorczy i szczery. Zmień rzeczywistość swych najbliższych i dopiero wtedy zabieraj się za zmienianie życia większych grup społecznych. Ale przede wszystkim – wyciągnij belkę z oka! A jeśli nie potrafisz, to milcz, bo krzyczeć możesz we własnym domu, gdy nikt cię nie słyszy.

Wstawaj – Polaku. Wstawaj i idź wyprostowany. Nie daj się fałszywym prorokom, tylko hartuj swego ducha. Umacniaj swój charakter i pracuj nad swą tożsamością. Nie zrażaj się słowami tych, którzy słowem władają doskonale, ale często tym słowem potwierdzają tylko swą ignorancję.

Wstań – Polaku! I nie bądź głupi – myśl!

Michał Patyk - student bezpieczeństwa narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, członek redakcji Mysl24.pl.

Wajda o nacjonalizmie. A może jednak o szowinizmie?

Niedawno w ramach cyklu spotkań ze znanymi osobistościami na Uniwersytecie Jagiellońskim gościł Andrzej Wajda. Cykl organizowany przez stowarzyszenie studenckie, przyszło dużo osób. Ale ja nie o tym. Ja o tym, co powiedział Wajda na koniec tego spotkania. Bo poruszył pewną kwestię, o której niestety chyba nie ma pojęcia, a w każdym razie obawiam się, że ja to pojęcie mam większe od niego. Stwierdził on, że „nacjonalizm ma zawsze taką samą twarz” i że go niepokoi, po czym przytoczył argumenty, że to zła i rasistowska ideologia. Śmiem się nie zgodzić.

Nie chcę tutaj wylewać jakichś żalów, że ojej, jak taki wybitny reżyser tak mógł powiedzieć, ani nie będę obrażał się na niego na zasadzie, że skoro tak powiedział, to jest lewakiem i już nie obejrzę ani minuty jego filmu ani nic. Nie w tym rzecz. To co powiedział Wajda i to, jaki potem argument przytoczył (odniósł się do słów Brauna, że należy rozstrzelać redakcje Wyborczej i TVN, następnie porównał to do rozstrzeliwania Polaków przez nazistów) paradoksalnie nie jest jego winą. Przecież może nie wiedzieć, że charakter nacjonalizmu zmienia się wraz z charakterem narodu, który się do tego nacjonalizmu odwołuje. Przecież reżyser nie musi znać każdego nurtu każdej ideologii. Przecież nie każdy musi o wszystkim wiedzieć i wcale nie czyni go to specjalnie głupszym. Mógł w takim razie pomylić nienawiść do innych narodów, opartą na przykład właśnie na rasizmie, czyli szowinizm, z miłością do swojego narodu, która nie podpiera się nienawiścią, ale miłością, tradycją i rozumem, czyli z rozsądnym nacjonalizmem. Tylko czemu skrytykował tę ideologię aż tak bezpardonowo? Czemu przyrównał ogólnie nacjonalizm do jego najbardziej bestialskiej i zbrodniczej odmiany – narodowego socjalizmu? Czy dlatego, że nie rozróżnia tych kwestii, bo się nie douczył w szkole? A może dlatego, że właśnie dobrze się uczył w szkole?

Niedawno moja babcia słysząc, że zająłem się działalnością narodową, zapytała mnie czy już „robię heil hitler”. Ktoś powie: „Ale leming, współczuję takiej babci”. Ktoś inny rzuci: „babcia pewnie pracowała na rzecz komuny, to nic dziwnego”. Ale ja odpowiedziałem jej to, co opisuję powyżej:  wiem, skąd taka opinia. I tak samo odpowiedziałbym Wajdzie. Bo czyż tysiąc razy powtórzone kłamstwo nie stanie się prawdą? Można być najlepszym reżyserem (i szacunek dla dorobku Wajdy odczuwam niezmierny), można być najukochańszą babcią (i miłości babci też nie odmówię), ale jeżeli się nie analizuje poczynań mediów – to z propagandą się nie wygra.

Pamiętacie ten plakat z czasów komunizmu: „Tęp bandytów z NSZ”? Albo, jak obrażano za czasów stalinizmu Gomułkę, oskarżając go o odchylenia właśnie nacjonalistyczne? Albo, jak pisano w encyklopediach za czasów PRL o narodowcach jako współpracownikach hitlerowców, bez żadnych przykładów? Władza miała, ma i będzie mieć wpływ na media. W każdym systemie. Zawsze. Różnica będzie polegać tylko na intensywności i charakterze tej propagandy. I nie ma się co burzyć, albo dziwić, że jak to, że przecież w demokracji nie ma propagandy. Jest! Zawsze! Tylko przejawia się subtelniej (na przykład krytykując wcześniejszą propagandę, co sugeruje, że teraz nie ma propagandy).

Jakiś czas temu bardzo mnie rozbawiło, jak w radiowej „Trójce”, w wiadomościach podano, że w Rosji powstaje film o rządach Putina i że to będzie film propagandowy. Och! Straszne! A jak powstały spoty na dziesięciolecie obecności Polski w Unii, to to już nie była propaganda? Jak stawia się te tablice z informacjami, że coś zostało wykonane za pieniądze z funduszy „unijnych”, to to nie jest już propaganda? Jak w radiu czy telewizji są takie programy, jak Euranet w Trójce, w którym wychwala się Unię bezkrytycznie, to to już nie jest element propagandy?

Cóż, chyba muszę być rzeczywiście ruskim agentem, skoro wychwytuję propagandę w demokratycznej Polsce. Tyle, że trzymam się tej zasady, o której już pisałem – bez analizy nie ma prawdy. Tej pierwszej prawdy. Bo są trzy prawdy. Pierwsza – prawda – gości w rozsądku. Druga – też prawda – to poplecznictwo, mądre czy też bezmyślne, zależy od delikwenta. A w mediach jest ta trzecia – gówno prawda.

 

Michał Osika - student muzykologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, uczeń Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. M. Karłowicza, członek stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej.

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy