Dziś jest środa, 18 października 2017 roku. Imieniny : Hanny, Klementyny, Łukasza

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Społeczeństwo

Wierzący praktykujący? Nie, dziękuję

Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. 

Tak dumnie głosi artykuł 53. Konstytucji RP. Dzięki tym słowom możemy swobodnie i bez przeszkód rozwijać swoje poglądy religijne. Ba! Moc tych paragrafów uprawnia nas również do swobodnego głoszenia przykazań wiary oraz kierowania się nimi zarówno w życiu prywatnym, jak i w sferze publicznej, z czym w zasadzie nie powinno być problemu, gdy większość Polaków deklaruje czynną wiarę, dumnie mieniąc się katolikami. Pełna zgoda i zrozumienie… Teorii byłoby na tyle.

Polska nie jest państwem wyznaniowym. Nie jest także państwem totalitarnym, w którym pozbawiona jakichkolwiek granic i zahamowań indoktrynacja wkracza z buciorami w życie obywateli, nakazując im wierzyć, a przynajmniej głosić, takie czy inne wyznanie. W dzisiejszej rzeczywistości narzędzie to ma do odegrania inną funkcję, ale nie o tym mowa.
Wydaje się, że jedyny stosunek, na jaki można wskazać w relacjach Państwo – Kościół, to zapewnienie przez to pierwsze odpowiednich warunków swoich obywatelom do swobodnego wyznawania wiary oraz postępowania zgodnie ze swoim sumieniem. Bez jakichkolwiek nacisków, dyskryminacji, upokorzeń z tej racji. Oficjalnie. Tak nakazuje Konstytucja. Przyglądając się praktyce nasuwa się jednak niemal automatycznie refleksja – czy umieszczenie takiego artykułu w ustawie zasadniczej było spowodowane utopijną wizją rzeczywistości? Bezkrytyczną wiarą? Nadzieją?  A może chodziło o wywołanie efektu psychologicznego – jakoby zapisanie czegoś w konstytucji miało skłonić obywateli do pożądanych zachowań? Jeśli tak, to niestety, nie wyszło. Przykro, drodzy ustawodawcy, najwyraźniej minęliście się z rzeczywistością.

Praktyka coraz wyraźniej pokazuje, że artykuł zapewniający wolność wyznania jest dziś w zasadzie piękną zbitką słów, ubogacającą konstytucję. I w zasadzie tyle. Bo sytuacja, w której zabrania się noszenia „biżuterii” w kancelarii osoby pełniącej najważniejszą funkcję w państwie, zdejmowanie krzyży z placówek oświatowych i instytucji, wszechobecna nagonka na Kościół – bynajmniej zdają się nieco odbiegać od owych gwarancji. A rozpaczliwe próby usunięcia ze szkół lekcji religii? Aż tak rażąco godzi to w uczucia religijne mniejszości? Ach no tak, zapomniałabym – przecież jest kryzys! Cięcia, redukcje, oszczędności. Koszty związane z finansowaniem katechez z pewnością znacznie zasilą budżet państwa, pozwolą mu przełamać impas i podźwignąć w końcu z dołka ciemności i zacofania światopoglądowego. Z czegoś przecież trzeba opłacać lekcje wychowania seksualnego. Dzieci muszą być świadome! Perswazyjna argumentacja zalet in – vitro i bezdyskusyjna konieczność zapewnienia mu miejsca w polskiej rzeczywistości, przedstawiona przez prezydenta przedszkolakom, jest najdoskonalszym przykładem troski głowy państwa o najmłodszych obywateli. Trzeba przecież dbać o przyszły elektorat. Najwygodniejszy. Dzieci przynajmniej nie przerwą tej próby mądrych dywagacji.

Przeważająca większość polityków deklaruje wiarę katolicką. Stąd oczywiście prorodzinna polityka rządu, która za cel obiera sobie ochronę życia ludzkiego. Cóż za patos! Żeby jednak nie było zbyt standardowo, jak to z oklepanymi tematami bywa, do realizacji tej sztandarowej niemal tezy nasza „elita” obrała niestandardowe metody. W ich to ramach na przykład przeprowadza się zmasowaną nagonkę na lekarza, który nie chce zabić nienarodzonego dziecka. To nic, że nie chciał on mieć udziału w zamordowaniu niewinnej, bezbronnej istoty i próbował przekonać do tego jej rodziców. To nic, że postępował zgodnie z klauzulą sumienia i wiarą, która nakazywała mu bronić podstawową wartość, jaką jest życie. To nic, że większość społeczeństwa polskiego deklaruje wiarę katolicką, wyraźnie zakazującą stosowania takich praktyk. Odważył się kierować przykazaniem religijnym, więc dostał za swoje. A że w międzyczasie trzeba było zatrzeć jakoś aferę taśmową – sytuacja idealna!

Pod jeden dywan zamieciono wszystkie brudy. I jest pięknie. Problem tylko z tym, że bez końca tego czynić się nie da. Z czasem i dywan przesiąknie brudem, a wtedy już nie sposób nic ukryć. Ale spokojnie, drodzy rządzący, niczym się nie przejmujcie. Wasza wiara nakazuje miłosierdzie, ludzie wam wszystko przebaczą. W końcu taki mają z was przykład – wyrozumiałości, empatii, szacunku do innych. Życie toczy się dalej. Nie ma co zawracać sobie głowy jakimiś skargami, rozpaczliwymi krzykami, wołaniem o pomoc. W końcu każdy musi dźwigać swój krzyż, prawda? Wy róbcie swoje, a w Wielkanoc udajcie się ze święconką do kościoła, weźcie udział w ważnych, nagłośnionych uroczystościach religijnych – najlepiej z udziałem wielu dziennikarzy, coby mogli pokazać niegodnym grzesznikom świadectwo waszej wiary, w sondażach deklarujcie pełną wierność katolickim korzeniom, stanowiącym tak ważny przecież fundament polskości. Tak, żeby następnym razem Polska zajęła pierwsze miejsce w europejskich rankingach.

 

Natalia Pochroń - studentka Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorka portalu ProstozMostu.net, blogerka, historyczka z zamiłowania, rekonstruktorka.

Tekst pochodzi z bloga http://orzelwkoronie.blog.pl/

Perfekcjonizm, czyli fundament zmian

Być może jestem ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się o perfekcjonizmie. Ale być może jest to najwyższy czas, by uderzyć się w piersi i zerwać z bylejakością. Może to odpowiedni moment, by postawić wszystko na jedną kartę i zacząć dbać o detale w każdym aspekcie życia. I chyba tylko to publicznie wyznanie grzechu uprawnia mnie do wypowiedzenia się na temat perfekcjonizmu.


Czasami dążenie do perfekcji może okazać się zgubne dla człowieka owładniętego manią doskonałości. Czasami może stanowić barierę dla normalnego funkcjonowania. Jednak jeśli mamy skonfrontować perfekcjonizm z bylejakością, to szala przechyla się na korzyść tej pierwszej postawy. Od dbałości o szczegóły zależy powodzenie większego przedsięwzięcia. Więc warto postawić tezę, że bierzemy wszystko, albo nie bierzemy nic. I jeśli chcemy podjąć grę, to musimy stworzyć szerokie spektrum możliwości, a to nie jest możliwe bez dokładnego przygotowania, opracowania i przedstawienia danego planu. I o ile perfekcjonizm może przeszkadzać w codziennym życiu, to w życiu społecznym i politycznym stanowi szansę na przełamanie bierności i słabości.

Kult przeciętności jest owocem III RP, dążącej do prymitywizacji życia społecznego. Począwszy od coraz słabszego programu edukacyjnego, po żałośnie urządzony rynek pracy możemy obserwować trywializację perfekcji. Perfekcyjne jest to, co jest powszechne, uśrednione. Jeśli mierzysz się z ambicją – masz przegrać. Tego wymaga od ciebie Polska urządzona na modłę służalczości wobec zewnętrznych podmiotów. Jeśli chcesz przeprowadzić reformę – zrób to. Ale po naszemu. Czyli jak? Zrób to bezmyślnie. Nie zastanawiaj się nad konsekwencjami, nie analizuj genezy problemu. Po prostu wprowadź zmiany. Bo przecież tego oczekują wyborcy. I można się burzyć na taką postawę. Ale należy też zastanowić się nad jej motywacją. Bo dlaczego „elity” polityczne pozwalają sobie na bylejakość? To proste. Bo im na to pozwalamy. Z czym się spotykają zachowania godzące w kompetencje i predyspozycje człowieka? Z niemym krzykiem, który od czasu do czasu podnosimy.

Najwyższy moment zaprezentować alternatywę dla kultu przeciętności. Najwyższy moment przywrócić elicie elitarność, ale nie za pomocą słów, a za sprawą siły czynów. To ostateczna pora na ukazanie, że naród polski zdolny jest do inicjatywy. Teraz nadszedł czas, by udowodnić, że nasze społeczeństwo gotowe jest do wzięcia odpowiedzialności za swoje decyzje. I tu odpowiedni jest frazes, że powinniśmy być gospodarzami na własnej ziemi. Nie. Nie mówmy, że powinniśmy. Po prostu nimi bądźmy i zachowujmy się jak gospodarze, bo naród czeka na zmianę. Czeka na perfekcjonizm, którego orędownikami musimy się stać. Nie popełniajmy błędów wcześniejszych pokoleń. Nie skupiajmy się na drobnostkach lub na rzeczach sterowanych tylko za sprawą emocji.

Bo emocjami możemy grać. Ale nie wygramy w tej grze, bo na szachownicy, którą postawiono na stole stoją pionki znacznie silniejszych graczy. Emocjami możemy sterować, by zebrać kapitał, ale… czy rzeczywiście nimi sterujemy? A może zwyczajnie do tych emocji się dostosowujemy? Może po prostu stajemy się więźniami emocji i zadowalamy się klepnięciem po ramieniu, gdy mówimy o danej sprawie?


Samymi emocjami, które stoją u podstaw sporów światopoglądowych nie zbudujemy silnej i nowoczesnej – dumnej Polski, która jest motywacją naszego działania. Owszem, kwestie światopoglądowe są niezwykle ważne, ale dopiero wtedy, gdy społeczeństwo prezentuje możliwie wysoki poziom. Wtedy, gdy mamy pewność, że nasz odbiorca jest w stanie podjąć merytoryczną dyskusję – możemy debatować nad światopoglądem. I rzeczywiście, wtedy emocje mogą działać na naszą korzyść i przekładać się na poparcie polityczne. Ale zanim społeczeństwo osiągnie poziom zdolności prowadzenia rzeczowych rozmów, należy zaprezentować konkret. Należy pokazać realną zmianę. Mówiąc obrazowo – do zadymionego pokoju należy wpuścić świeże powietrze, ale nie szarpiąc za klamkę od drzwi lecz drzwi te wyważając. A żeby je wyważyć, trzeba posiadać siłę, której nie zapewnią hasła, a ćwiczenia.

Perfekcjonizm, dążenie do doskonałości ma być fundamentem siły jednostki (nawet za cenę jaką jednostka zapłaci w życiu codziennym). Jednak musi stać się również fundamentem życia zbiorowości. Odrzućmy ofertę przeciętności i powiedzmy III RP, że ośmieszyła Najjaśniejszą i nie zasługuje na nasz szacunek. Powiedzmy III RP, że nas poniża i traktuje jak stado baranów – nie dając nawet opieki pasterza. Dlatego, czas III RP dobiegł końca. Ale nie wybierzemy już mniejszego zła. Czas III RP się skończył, a my dajmy alternatywę. W czynie.


Michał Patyk - student Bezpieczeństwa Narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim

Psikus po polsku?

Z małpią egzaltacją wszyscy podniecają się tym, czy ruskie przejadą na motorach przez Polskę, czy nie przejadą. Ruskie są awanturą wniebowzięte, bo oczywiście klaka piechotą za darmo nie chodzi. Zamiast "zlać" temat, to u nas nakręca się kocikwik. Mnie to nie rusza, bo ruskie wystylizowane na jankesów a'la easy rider, to dla mnie erzac, jaja i komedia. A u nas robią z tego jakiś dramat. Zamiast śmiechem, to my ich obuchem.

Jest okazja zrobić ruskim psikusa. Dałbym im przy wjeździe kosz dobrych polskich jabłek, świetne polski wędliny i przetwory mleczne – wszystko to, czego nie wpuszczają do ruskich sklepów. Ba, zaprosiłbym ich na pokaz filmu „Katyń”, wręczył albumy o Polsce i komplet dobrych filmów. Załatwiłbym ich uprzejmością i kulturą. I wszystko „na żywo” w mediach. Niech idzie w świat.

I tak właśnie można ruskich zaskoczyć. Ile to kosztuje? A nie pyski drzeć i czekać, aż jakieś czubki poprzecinają im opony i podziurawią baki.

No ale kto ma to w Polsce zrobić, jak tu wszędzie wojenne bębny dudnią?

 

Maciej Eckardt- politolog i samorządowiec. Publicysta  „Myśl.pl” i portalu Prawica.net. Założyciel i prezes Towarzystwa Kamrackiego, dumny ojciec trojaczków.

Smoleński karnawał

Niewiele jest tematów, których w swojej publicystyce prawie nigdy nie poruszam. Jedynym znaczącym jest Smoleńsk. Obserwowałem atmosferę jaka wytworzyła się po katastrofie – jak bardzo podzieliła ona polskie społeczeństwo i zmieniła naszą rzeczywistość – powiedziałem „nie chcę sobie babrać tym rąk”. Gdy dyskusje o Smoleńsku przy rodzinnym stole wielokrotnie rozgrzewały atmosferę do czerwoności, nie odzywałem się. Kolejne spotkania, seanse, konferencje i wieczory pamięci odbywały się, ale ja nigdy nie pojawiłem się na żadnym z nich. Powstawały tysiące felietonów, a ja nie napisałem nic. Ani słowa.

Pisałem o tak odległych od polskiej rzeczywistości tematach jak konflikt izraelsko-palestyński czy kwestia tureckich Kurdów. Potrafiłem zajmować stanowisko w dyskusjach o ustroju Iranu i syryjskiej wojnie domowej. Zdarzyło mi się wypowiadać nawet o jemeńskiej rewolucji. Przez ostatnie pięć lat nie potrafiłem poświęcić ani akapitu katastrofie smoleńskiej.  

Nie wyrobiłem sobie zdania w tak fundamentalnej dla Polski kwestii. Kwestii, którą od lat nieprzerwanie żyją media i politycy. Minęło pięć lat, a dalej nie jestem w stanie powiedzieć czy to była „tylko” katastrofa czy może zamach. Żaden argument jak na razie nie przekonał mnie do tezy o zamachu, ale sposób prowadzenia śledztwa usilnie odpycha mnie od jednoznacznego stwierdzenia o nieszczęśliwego wypadku.

10 kwietnia 2010 roku tak bardzo zmienił polską politykę, że prawdziwych akrobacji i uników trzeba dokonywać, aby nie wdepnąć w Smoleńsk. Smoleńsk wpływający na niemal każdy aspekt życia politycznego w Polsce. Dominujący niemal każdą kluczową debatę, a jak pokazują ostatnie dni – być może decydujący o wyborczym rezultacie. Jestem człowiekiem uważnie obserwującym politykę i komentującym wszystko to co warte w niej uwagi. Mimo to, nigdy nie opowiedziałem się po stronie „normalnych” lub „oszołomów”. „Realistów” albo „sekty smoleńskiej”. Obserwowałem.

Z roku na rok coraz bardziej skłaniałem się jednak ku tzw. „sekciarzom”. Wcale nie dlatego, że wraku Tupolewa ani czarnych skrzynek w Polsce dalej nie mamy i mieć nie będziemy. Nie będziemy, bo obecnej elicie rządzącej nie należy na wyjaśnieniu tej katastrofy, tak długo jak przynosi im ona polityczne korzyści. Kontrolowany wyciek stenogramów kilka dni przed rocznicą jest tylko jednym z wielu posunięć tego typu i nie zdziwiłbym się, jeżeli zapewni PO wyborcze zwycięstwo. Właśnie dlatego Komorowski otwarcie bagatelizuje potrzebę odzyskania wraku Tupolewa i stanowczo sprzeciwia się międzynarodowemu śledztwu. Ku „oszołomom” nie ciągnie mnie również fakt, że w swojej argumentacji o zamachu są przekonujący, bo nie są. Wielokrotnie mieliśmy okazję się przekonać, że ich tezy nie były podparte żadną rzeczową argumentacją, a graniem na ludzkich emocjach. Jestem w stanie zrozumieć jednak naczelnego „oszołoma” Jarosława Kaczyńskiego. Nie wiemy jak my zachowalibyśmy się, gdyby lotnicza tragedia zabrała nam najbliższą osobę w życiu. Brata, przyjaciela i najbliższego politycznego współpracownika. Po ludzku mu współczuję i staram się zrozumieć.

Być może to właśnie współczucie doprowadziło mnie tutaj. Nie spodziewałem się, że kiedyś złamie te swoje wewnętrzne postanowienie, ale miarka się przebrała.  Smoleńskiem szafowało się już setki razy, trumny stały się brutalnym narzędziem polityki zarówno partii rządzącej jak i opozycji. Nikomu nie zdarzyło się jednak zejść do poziomu jaki zaprezentował „Newsweek”. Nowa okładka szmatławca Tomasza Lisa jest tak obrzydliwa, że przez dłuższy czas zastanawiałem się czy zasługuje na wspomnienie. W moim odczuciu hiena zwana dziennikarzem zeszła tym razem do poziomu rynsztoku. Osiedlowe „żule” są o klasę wyżej od takiego dziennikarstwa, bo nie wydaję mi się, aby kiedykolwiek odważyli się tak obrzydliwie kpić ze śmierci. Nie jestem pewien czy nawet ludzie  pokroju Jerzego Urbana upadli kiedyś tak nisko.

Jestem katolikiem. Staram się nigdy nie ulegać pogardzie, co w naszej rzeczywistości bywa czasem bardzo trudne. Proszę mi jednak powiedzieć:  jak można szanować człowieka, który naśmiewa się z największych świętości? Kpiącego z wiary i żerującego na krzywdzie. Niszczącego życie niewinnych ludzi. Człowieka, który szacunku nie ma nawet do ludzkiej śmierci. 96 znaczących osób polskiego świata politycznego, duchowni, wojskowi i obsługa samolotu straciło życie w katastrofie. Można było tych ludzi lubić lub nie. Różne są ich oceny. Katastrofa nie powinna nam wypaczać sprawiedliwego spojrzenia na ich poczynania. Wszyscy jednak zasługują na szacunek. Nawet najwięksi przeciwnicy polityczni okazali im mniej lub więcej tego szacunku. Wychodzi życiowe zero utrzymujące się z obrażania innych i pluje na groby tych wszystkich ofiar. Czy taka osoba zasługuje na szacunek? Gdybym spotkał go na ulicy to … Wrr.  W obronie pamięci tych wszystkich ludzi i człowieka, który stracił najbliższą rodzinę w katastrofie.

Przemysław Stolarski - sekretarz redakcji portalu Mysl24.pl, członek redakcji Prosto z Mostu

 

 

 

 

Amatorzy, aktorzy i cyniczni gracze?

Ciężko obserwować polską scenę polityczną bez emocji. Jeszcze ciężej obserwować ją bez emocji najczęściej negatywnych. Kim są ludzie, których wybraliśmy, i którzy notorycznie pokazują, że nasze zdanie i nasz los jest im zupełnie obojętny? Czy można polskich polityków dzielić na dobrych i na złych?

Bardzo bym się cieszył, gdyby nasze „gwiazdki” ignorowały nasz los, ale niestety to im nie wystarcza. Oni muszą jeszcze czuć się naszymi panami.  Mówić, że wszystko, co robią, robią dla naszego dobra, że tylko nasz interes się dla nich liczy. A my, jak te bezmyślne barany co kilka lat wybieramy te same twarze i tym samym świadczymy o naszym umiłowaniu do masochizmu.

Bardzo bym się cieszył, gdy polscy politycy rzeczywiście nie przejmowali się moim losem. Jednak to wiążę się również z innym pragnieniem. Mianowicie, nie chcę, by mi mówili jak mam żyć. Nie godzę się również na to, by rzucali mi kłody pod nogi. Skoro mają mnie za frajera, to niech traktują mnie tak, jak frajera należy traktować – niech mnie ignorują i pozwolą samemu decydować o swoim życiu. Jeśli będę chciał założyć firmę, to niech nie wyciągają rąk po pieniądze, które zarobię. Bo skoro nie potrafią ich wydawać z korzyścią dla dobra ogółu, to nie mają żadnego prawa do tych pieniędzy.

I nie zamierzam rozróżniać pomiędzy opcją rządzącą a sejmową opozycją. Jest to jedna i ta sama klika, która świetnie się bawi  w panów i niewolników. Nie zamierzam rozróżniać pomiędzy bufonami a wiecznymi przegranymi, którzy po dojściu do władzy władzę oddają. Nie zamierzam rozróżniać pomiędzy komunistami a postkomunistami. Nie zamierzam rozróżniać pomiędzy niby-prawicą a niby-lewicą. Pomiędzy euroentuzjastami a jeszcze-nie-teraz-euroentuzjastami-ale-w-przyszłości-to-czemu-nie.

Nie będę dzielił już polskich polityków na dobrych i na złych. Przynajmniej nie tych, którzy zasiadają w parlamencie. Bo złych nie brakuje, ale i tych dobrych nie można pochwalić, gdyż jeśli są, to siedzą cichutko, aby przypadkiem ktoś na nich nie krzyczał. Jeśli ci „dobrzy” naprawdę istnieją, to są tacy sami jak ich „źli” koledzy, bo pozwalają tym drugim na władzę całkowitą. Co z tego, że od czasu do czasu powiedzą słabiutkie „nie”? Jakie znaczenie ma to ich wydumane oburzenie? Jaką realną zmianę można dzięki temu zaobserwować?

Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej umacniam się w przekonaniu, że rządzą nami totalni amatorzy. Aktorzy bez szkoły aktorskiej. I po prostu: cyniczni gracze. Dzieci, które obejrzą zagraniczne produkcje i wydaje im się, że od razu stają się takimi samymi bohaterami. No to robią sobie układy, układziki i aferki. No to wyobrażają sobie, że są „elitą”, która więcej może i jest ponad tym motłochem. Włożą garnitury, wsiądą do limuzyn i pojadą do restauracji, by usiąść przy stoliku z podsłuchem. I tylko czekają, aż reżyser powie „akcja”, by nakręcić kolejną scenę. Tylko, że zapominają iż ich film nie jest fikcją dla nas. Dla nich? Być może. Ale nie dla nas. Bo my jesteśmy mocno osadzeni w rzeczywistości, podczas, gdy oni z rzeczywistością zderzają tylko co kilka lat, gdy trzeba się z nami spotkać w czasie kampanii wyborczej.

Pogońmy to dziadostwo, bo weszło nam na głowę i nie zamierza z niej zejść. Więc nie siedźmy cicho, gdy kultura polityczna w Polsce jest na poziomie mułu. Prymitywizm i żałość – za pomocą tych słów najłatwiej opisać zachowanie naszych decydentów i nas samych, bo nie ma co sobie słodzić, gdy nie potrafimy tych dzieciaków postawić do kąta. Powinno nam być wstyd, że wybieramy idiotów, by nas reprezentowali. Wejdzie potem taki do sejmu i wydaje mu się, że złapał Pana Boga za nogi. A tu słoma z butów wyłazi w takich ilościach, że tylko współczuć wypada tym, którzy o czystość w sejmie zabiegają.

 

Michał Patyk - student bezpieczeństwa narodowego na Uniwersytecie Jagiellońskim

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy