Dziś jest środa, 22 listopada 2017 roku. Imieniny : Cecylii, Jonatana, Marka

REKLAMA

Kwartalnik Myśl.pl

Kika tygodni temu jeden z prawicowych publicystów stwierdził, że „kultura prawicy nie interesuje, prawica jej nie rozumie i zrozumieć nie chce. Wydaje się, że kultura jest z założenia neutralna, a próby jej analizy i współtworzenia podejmuje tylko lewa strona”. Czy miał rację? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Warto jej jednak poszukać. Jeszcze ważniejszym zadaniem wydaje się być zrozumienie, czym jest kultura i jakie znaczenie może odegrać w zachęcaniu Polaków do społeczno-politycznej aktywności i odpowiedzialności. Nie chodzi tu jednak o groteskowy, czasem wręcz zaściankowy, produkt kulturopodobny, serwowany nam jakże często przez tak zwane media „niezależne”, ale o coś, co może stanowić trwały fundament zmian naszego narodu i państwa.


W numerze, który właśnie oddaliśmy do Państwa rąk, staramy się pokazać współczesne,  popkulturowe próby łączenia kultury z patriotyzmem. To muzyka hip-hopowa, grafika oraz inne nowoczesne formy wyrazu artystycznego. Liczymy na to, że numeru inicjatywy, o których piszemy, przysłużą się zwycięstwu narodowo-konserwatywnej prawicy na froncie walki o sztukę, kulturę i wychowanie. Oby rację miał Łukasz Moczydłowski, którego tekst pt. „Czas stworzyć manifest antyantysztuki!”, otwierający dyskusję na łamach niniejszego numeru, kończy się refleksją:  „Wydaje się, że przy takim programie sztuki nowoczesnej Polacy ze swoim głęboko zakodowanym, często nieuświadomionym pierwiastkiem buntu i znacznie powolniej biegnącymi procesami rozpadu, niż ma to miejsce u naszych zachodnich braci, świetnie nadają się do poniesienia płomienia irredenty przeciwko współczesnej antysztuce. Być może właśnie walka o nową sztukę pozwoli nam w końcu odrzucić – wraz z lewicową poprawnością polityczną – duszący nas od wieków kompleks pawia i papugi”.

W bieżącym numerze szczególnie polecam Państwa uwadze teksty z zakresu geopolityki: artykuł dr. Wojciecha Turka pt. „Od Pax americana do świata wielobiegunowego” oraz Krzysztofa Lalika zatytułowany „I’m not Charlie, not terrorist, not Muslim, but from Europe” . Poza tym jak zwykle sporo miejsca poświęcamy sprawom idei, polityki oraz historii. Przybliżamy także działania Wiedeńskiej Inicjatywy Narodowej – kolejnego środowiska, z którym nawiązaliśmy aktywną i owocną współpracę.

W imieniu całej redakcji życzę miłej lektury!
Krzysztof Tenerowicz
Redaktor naczelny „Myśl.pl”

 

Więcej…

_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
_self
01/42 
start stop bwd fwd

MyślTV

FACEBOOK

Fak­ty i legendy Bitwy Warszawskiej 1920: Zwycięzca wymazany z historii

Wojna polsko-bolszewicka oraz wygrana Bitwa Warszawska 1920 roku to wydarzenia żywe w zbiorowej pamięci Polaków i świętowane każdego roku.  Okazuje się jednak, że przebieg samej bitwy, jej polityczne i wojskowe kulisy wciąż budzą uzasadnione kontrowersje i nie mają najczęściej nic wspólnego z utrwaloną przez dekady a eksploatowaną współcześnie legendą.

Wojna polsko-bolszewicka rozpoczęła się na początku 1919 roku. 6 stycznia 1919 bolszewicy pokonali na przedmieściach Wilna oddziały polskiej Samoobrony i zajęli miasto. W połowie lutego 1919 do kolejnego starcia doszło w miejscowości Maniewicze (na linii kolejowej Kowel–Sarny) a w kwietniu armia polska przeszła już do zdecydowanej ofensywy na wschodzie. W tym samym miesiącu odzyskano Wilno. Pod koniec sierpnia w polskich rękach był już Mińsk a front dotarł nad rzekę Berezynę. Młode państwo polskie dość łatwo gromiło niezorganizowanych jeszcze i pogrążonych w wojnie domowej bolszewików, prowadzących wówczas zaciekłe walki na czterech innych frontach z wojskami białej kontrrewolucji Kołczaka, Denikina, Judenicza i Millera. W drugiej połowie 1919 i na początku 1920 roku polskie wojska nie podejmują już większych operacji na wschodzie. Za kulisami toczą się bowiem rozmowy z władcami Sowdepii o kształcie wspólnej granicy. Tajne negocjacje od października do grudnia 1919 w pociąg sanitarnym stojącym na małej stacji Mikaszewicze na zapleczu polskiego frontu na wschodnim Polesiu oraz w Moskwie nie przynoszą rezultatu. W ówczesnej sytuacji bolszewicy byli prawdopodobnie skłonni zaakceptować jako przyszłą granicę stan zdobyczy terytorialnych, a więc Polskę wysuniętą bardziej na wschód niż na mocy traktatu ryskiego, z Mińskiem i Kamieńcem Podolskim.

Wyprawa i odwrót

Przełom następuje w kwietniu 1920 gdy Naczelnik Państwa i zarazem Naczelny Wódz marszałek Józef Piłsudski zawiera zadziwiające porozumienie z Ukraińską Republiką Ludową przeciw bolszewikom. 25 kwietnia 1920 rusza polska ofensywa, która dociera do opuszczonego przez Armię Czerwoną Kijowa. Euforia nie trwała jednak długo. W maju 1920 na odsłonięte fragmenty północnego frontu polsko-bolszewickiego ruszyło natarcie wojsk Michaiła Tuchaczewskiego zmuszając Polaków do odwrotu na zachód. Odtąd polska armia będzie cofać się do połowy sierpnia. Odwrót przebiega często bardzo dramatycznie.  Najbardziej haniebnym wydarzeniem jest oddanie bolszewikom Wilna, wbrew rozkazom i bez walki. Polski dowódca obrony Wilna, gen. Aleksander Boruszczak stanie za ten czyn przed powołanym w sierpniu 1920 specjalnym Trybunałem Obrony Państwa. W połowie sierpnia ma miejsce punkt kulminacyjny wojny, znany potocznie jako "Cud nad Wisłą" a następnie zwycięstwo nad Niemnem we wrześniu. Działania wojenne zakończyło preliminarium pokojowe 12 października 1920 i pokój ryski z marca 1921. Co naprawdę wydarzyło się w sierpniu 1920 w Warszawie oraz na frontach zmagań polsko-bolszewickich? Piłsudczykowska legenda, tak chętnie utrwalana obecnie w Polsce głosi, że zwycięzcą w bitwie warszawskiej i w całej wojnie 1919-1920 był Józef Piłsudski. Zwolennicy Marszałka, a więc oficjalni kronikarze tamtych dziejów, szczególnie po 1926 roku, będą właśnie jemu przypisywać szczególne a wręcz wyłączne zasługi w ocaleniu Polski. Stąd twierdzenia oficjalnych biografów Marszałka o zwycięskiej kontrofensywie znad Wieprza, która ocaliła niepodległość Polski i uchroniła Europę przed  zalewem czerwonej zarazy. Faktem jest, że łącząc najwyższą władzę wojskową i cywilną w swoich rękach od końca 1918, Piłsudski odgrywał w Polsce w tamtym okresie rolę dominującą. Jednak analiza wydarzeń lata 1920, rzuca nieco inne światło na poczynania wodza polskich wojsk, nie ujmując mu bynajmniej udziału w tej wielkiej operacji militarnej zakończonej zwycięstwem polskiego oręża.

Dymisja w przeddzień bitwy

Niewątpliwie Piłsudski miał ogromny i  szczególny wkład w sprowokowaniu wydarzeń lata 1920 poprzez wyprawę kijowską. Sytuacja zmieniła się jednak wraz z nadejściem bolszewików pod Warszawę. W przededniu rozstrzygającej bitwy, w atmosferze niepewności i załamania, 12 sierpnia, Piłsudski wręczył premierowi Witosowi sporządzony na piśmie akt swego zrzeczenia się godności zarówno Naczelnika Państwa, jak i Naczelnego Wodza, po czym wyjechał z Warszawy. Witos schował dokument do sejfu i nie zdecydował się , aby w krytycznym dla państwa momencie upublicznić decyzję Piłsudskiego. Marszałka zabrakło zatem w atakowanej przez bolszewików stolicy w kluczowych dniach najbardziej zaciekłych walk. Co zatem zrobił Piłsudski, który jak wiemy ze wspomnień jego najbliższych współpracowników był załamany i przygnębiony odwrotem i klęskami polskich wojsk? Z pamiętników jego żony Aleksandry wiemy, że prosto z zagrożonej stolicy pojechał do niej i do córek, które wcześniej ewakuował pod Kraków. Następnie dotarł do Puław by stanąć na czele części wojsk, przeznaczonej do ataku z południa. W tym czasie, pomiędzy 12 a 16 sierpnia, gdy ważył się los Polski działaniami wszystkich polskich armii na  frontach dowodził szef sztabu, generał Tadeusz Rozwadowski. I to on w pierwszym rzędzie, jako doświadczony i profesjonalny wojskowy – był autorem planów bitwy warszawskiej, które zaakceptował Piłsudski. To również gen. Rozwadowski dowodził samą bitwą z centrum dowodzenia w stolicy kraju, w tym koordynował działania 5 armii generała Sikorskiego na północ od Warszawy. W tym czasie Piłsudski nie wydawał rozkazów dla walczących w Warszawie i na północy jednostek, przygotowywał się spokojnie do manewru z południa, znad Wieprza.

Cud nad Wisłą

Plan Bitwy Warszawskiej, która rozpoczęła się 13-14 sierpnia polegał na obronie Warszawy przed atakiem od wschodu oraz na kontrnatarciu, które wbiło się klinem we flankę bolszewicką, przecinając siły bolszewickie na pół. Pierwszą z tych operacji, obroną Warszawy dowodził gen. Haller jako dowódca frontu północnego oraz jej wojskowy gubernator i dowódca 1 armii, gen. Latinik. Kontratak na północ od Warszawy wykonała 5 armia gen. Sikorskiego. Polskie wojska walczyły z trzema armiami sowieckimi: XVI, III i XV, które zostały w bitwie warszawskiej pobite i zmuszone do odwrotu. W czasie bitwy warszawskiej zgru­powanie Piłsudskiego na południu pozostało bezczynne. Piłsudski ponaglany z Warszawy wyruszył w pochód dopiero z opóźnieniem, 16 sierpnia, gdy bitwa warszawska dobiegała końca. Uderzył w rezultacie w próżnię po cofających się bolszewikach.  Dopiero w nocy z 17 na 18 sierpnia, po przejściu Garwolina nawiązał pierwszy kontakt z nieprzyjacielem. Wydaje się to wprost niewiarygodne, ale 15 sierpnia, w dzień Cudu na Wisłą marszałek Piłsudski nie uczestniczył w żadnej bitwie ani nawet nie wysyłał rozkazów do Warszawy. W swojej tymczasowej kwaterze w Puławach wydał jedynie rozkaz dla podległych mu oddziałów do przeprowadzenia kontrofensywy. Co więcej miał widocznie na tyle dużo wolnego czasu, aby wziąć udział w uroczystościach chrztu, prowadzonych przez ks. Stanisława Gawła w kościele puławskim Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, gdzie był ojcem chrzestnym Józefa Stefana Minkiewicza. Jest to też o tyle interesujący epizod, że sam Marszałek już w 1899 oficjalnie wyrzekł się wiary katolickiej i został protestantem. Dla kontrastu, generałowie Sikorski, Haller i Zagórski stale byli w tych dniach na froncie i często pod ogniem. Haller i Zagórski osobiście prowadzili w pierwszych liniach natarcie na Ra­dzymin. Francuski gen. Weygand i premier Wincenty Witos objeżdżali front i byli w ogniu walk, wpływając na morale żołnierzy w kryzysach walki. Dzień 14 sier­pnia w Warszawie był już tak dramatyczny, że korpus dyplomatyczny wycofał się do Poznania, w stolicy pozostał tylko nuncjusz papieski mon­si­gnor Ratti, późniejszy Pius XI.

Więc nie­przyjaciel jest!

Kolejny dzień, 15 sierpnia znów przyniósł ciężkie i krwawe walki na przedpolach Warszawy. Gen. Haller koncentruje polskie siły i tego dnia rozpoczyna nowe uderzenie na III armię bolszewicką, odbiera czerwonym po raz drugi Radzymin i zmusza ich jednostki do odwrotu. Po odebraniu Radzymina 15 sierpnia nieprzyjaciel toczy już tylko walkę, by zapewnić sobie możność odwrotu i przegrupo­wania. Kolejnego dnia jest on na całym froncie związany i grozi mu ostateczne zniszczenie. Nie dochodzi do niego, bo grupa uderzenio­wa na południu znajduje się w decydującym dniu o 120 km od pola walki. Dlatego po wyruszeniu znad Wieprza, rankiem 16 sierpnia Piłsudski jest wyraźnie zdziwiony brakiem wroga w pierwszej fazie swojego marszu. Nie zdaje sobie sprawy, że wychodzi właśnie na tyły cofające­go się, pobitego w bitwie warszawskiej nieprzyjaciela. Pierwszy kontakt wojsk Piłsudskiego z tylnymi strażami armii Tuchaczewskiego odchodzącymi z pod Warszawy, miał miejsce dopiero w nocy z 17/18 sierpnia. Pisze o tym sam marszałek Piłsudski w swej książce „Rok 1920”. Wynika z tego jasno, że brał on tylko udział w pościgu za cofającym się nieprzyjacielem, już po bitwie. Natomiast jak się Piłsudski orientował w całości sytuacji, dowodzą jego własne słowa. Pisze on bowiem o „odciąże­niu” w tamtym czasie swoją dywizją „zagrożonej Warszawy” i pomocy stolicy. Tymczasem tamtej nocy bitwa o War­szawę była już ukończona, a nieprzyjaciel był w peł­nym odwrocie. Z kolei o osobistym zaangażowaniu Piłsudskiego w dowodzenie walką najlepiej świadczy jego własna relacja z pierwszej konfrontacji z nieprzyjacielem tamtej nocy: "Pamiętam, jak dziś tę chwilę, gdy pijąc herbatę obok przygotowanego do snu łóżka, zerwałem się na równe nogi, gdym wreszcie usłyszał odgłos życia, odgłos realności, głuchy grzmot armat, gdzieś z północy. Więc nie­przyjaciel jest! Więc nie jest on jakąś ułudą! (...) Jeszcze ułożywszy się do snu, raz po raz głowę z poduszki unosiłem, by sprawdzić swo­je wrażenie." – Jak widzimy Piłsudski, naczelny dowódca operacji znad Wieprza po raz pierwszy słyszy odgłosy walki w nocy z 17 na 18 sierpnia, nie jest w stanie ich dokładnie zlokalizować, ale beztrosko kładzie się do snu. Marszałek Piłsudski w swojej rozprawie o roku 1920 sam pisze, że nic nie rozumiał z tego, co się w tych dniach działo i że wszystko było dla niego niespodzianką i zagadką, której nie umiał rozwiązać.

Naród dopatruje się zdrady

Całkiem inny aspekt Cudu nad Wisłą to stosunek ówczesnej Warszawy i politycznej prawicy do samego Marszałka Piłsudskiego. Naczelnik Państwa miał bowiem wówczas zupełnie inny wizerunek w społeczeństwie i konotację polityczną niż we współczesnej Polsce. Duża część polskiego społeczeństwa uważała go za lewicowego rewolucjonistę i germanofila. To pierwsze zawdzięczał swojej politycznej biografii do 1914. Skazany wraz ze swoim bratem Bronisławem za udział w spisku na życie cara Aleksandra III, w procesie terrorystycznej lewackiej grupy Narodnaja Wola, której przewodził brat Włodzimerza Lenina – Aleksander, trafił na Syberię. Niejasne pozostają bezpośrednie relacje rewolucjonisty Piłsudskiego z samym Leninem i Dzierżyńskim do 1914, ale są powody by przypuszczać, że pozostawali oni w kontakcie.  Po przybyciu z Niemiec do Warszawy w listopadzie 1918 Piłsudski mógł liczyć przede wszystkim na poparcie lewicy. O wyniesionym przez Piłsudskiego do władzy lewicowym rządzie Moraczewskiego niech świadczą słowa z memoriału  Szefa Sztabu Generalnego Wojsk Polskich gen. Szeptyckiego ze stycznia 1919: „Z jeszcze większą nieufnością odnosi się do nas Ententa; jest ona głucha na nasze prośby i przedstawienia, uważając Rząd (polski- przyp.MW) jako ekspozyturę bolszewizmu”. Oparty głównie na legendzie, film "Bitwa Warszawska" (2011) Jerzego Hoffmana nawiązuje jednak do jednej autentycznej sceny zarzucenia Piłsudskiemu zdrady na rzecz bolszewików. Na spotkaniu Rady Obrony Państwa poseł z Wielkopolski, ks. Stanisław Adamski wskazując ręką na Piłsudskiego mówi: "Naród dopatruje się zdrady właśnie tu!". Z dzisiejszej perspektywy probolszewicki zarzut pod adresem Piłsudskiego wydaje się absurdem. A jednak duża część Warszawy latem 1920 musiała skłaniać się do takich oskarżeń. Myśl ta nasuwa się również w świetle pamiętników Macieja Rata­ja, polityka ludowców i marszałka sejmu w międzywojennej Polsce. Pisał on:  (...) Piłsudski stracił pod wpływem klęsk głowę. Opanowała go depresja, bezradność; powta­rzał ciągle, iż wszy­stkie­mu winien jest upadek «morale» w wojsku (w czym miał dużo słuszności), ale nie umiał wskazać sposobów pod­niesienia go; wszystkich, nawet najbliższych mu, zadziwiała jego apatia; sugero­wa­no mu, by udał się do jednego lub drugiego oddziału wojska, pokazał się, dodał otuchy żołnierzom - daremnie! Kto wie, czy nie w tej apatii, graniczącej dla kogoś z zewnątrz z abstynencją niezrozumiałą, należy szukać źródła kursujących po mieście i kraju plotek (...), iż Piłsudski zawarł tajny układ z bol­sze­wikami. Nieprzychylny Piłsudskiemu, emigracyjny publicysta endecki Jędrzej Giertych dowodził z kolei, że Piłsudski opuścił Warszawę pogodzony z jej upadkiem, nie zamierzał brać udziału w walkach, ale na czele swojej wydzielonej grupy wojsk wycofać się do Częstochowy, aby tam podjąć dalszą obronę w oparciu o pomoc z Berlina. Nie ma oczywiście sensu spekulować czy Piłsudski faktycznie prowadził wówczas jakieś tajne negocjacje z Moskwą czy Berlinem, ale ówczesna atmosfera warszawskiej ulicy i salonów dowodzi jak inna była percepcja jego osoby wówczas i współcześnie.

Pułapka ukraińska

Inne zarzuty pod adresem marszałka Piłsudskiego dotyczą jego roli w formowaniu i kierowaniu armią w latach 1919-1920.  Krytykowany jest bowiem Naczelnik Państwa za brak działań na rzecz rozwoju polskiej siły zbrojnej od początku 1919, przede wszystkim zaniechanie ogłoszenia poboru do armii. Warto przypomnieć, że kluczowe walki sierpnia 1920 opierały się w znacznej mierze o polskich żołnierzy-ochotników, stających w obronie zagrożonej ojczyzny w krytycznym dla niej momencie. Piłsudski nie wiedzieć czemu osłabił ponad 90-tysięczną Armię Hallera, która została stworzona we Francji przez konkurencyjny dla niego Komitet Narodowy Polski kierowany przez Romana Dmowskiego i w 1919 pociągami dotarła do Polski. Jędrzej Giertych już w 1936 pisał, że "należy żałować, że siła bojowa tej armii nie została całkowicie w Polsce zużytkowana". W krótkim czasie po przybyciu Błękitnej Armii, Piłsudski przedsięwziął jej częściową demobilizację, zwalniając z niej starsze roczniki. Było to o tyle dziwne działanie, że trwała przecież wojna, której apogeum przypadło na rok 1920. Sam Marszałek argumentował swoją decyzje "fatalnym stanem moralnym" tych jednostek, co jednak nie znalazło potwierdzenia w walkach.  Pułkownik Aleksander Kędzior, szef Sztabu Naczelnego Wodza gen. Sikorskiego we Francji już po 1945 wytknął błędy wyprawy kijowskiej, która niemal doprowadziła do upadku państwa. "Sojusznik zaś nasz, Petlura, nie przedstawiał żadnej realnej siły ani nawet potencjalnych wpływów na prawobrzeżnej Ukrainie. Wódz Naczelny, Piłsudski był z zawodu rewolucjonistą, o materialistycznym poglądzie, uznającym dogmat gwałtu w walce o władzę. Był wojskowym samoukiem. Miał ograniczone doświadczenie w praktycznym dowodzeniu, nie posiadał znajomości sprzętu i spraw zaopatrzenia" – napisał Kędziora. Nie wiadomo nawet jak powstał plan wyprawy kijowskiej, kto był jej spiritus movens. Wiemy natomiast, że gen. Rozwadowski był zdecydowanym przeciwnikiem tej akcji, proponując w zamian zajęcie Prus Wschodnich, a inny kluczowy dowódca, gen. Szeptycki ją odradzał. W swej książce „Rok 1920” Piłsudski naświetla stronę operacyjną wyprawy na Kijów i pisze, że obliczył starannie, jak podczas uderzenia na południe, w kierunku Kijowa będzie mógł pomóc frontowi na północy. Jak wynika z przebiegu operacji, tej pomocy jednak nie mógł udzielić. Ocena potencjału bolszewików była błędna i Piłsudski dał się całkowicie zaskoczyć - tak operacyjnie, jak i strategicznie. Według Kędziora, ocenił on błędnie wartość, ilość, masę manewrową czerwonych i swobodę jej użycia. Uderzając tak głęboko i zajmując Kijów,  Piłsudski narażał się jeszcze na dodatkowe ryzyko. Oddalał się bowiem od własnych baz zaopatrzenia i zbliżał się do jego baz przeciwnika, niejako wchodząc w pułapkę. "Że już w maju 1920 r. nie doszło do ostatecznej katastrofy, zawdzięczamy bitności naszego żołnierza, na obu frontach. Lecz za błędy dowództwa zapłaciliśmy wielkimi stratami, w zabitych i rannych. Po przepuszczeniu okazji w r. 1919, kiedy Piłsudski mógł mieć pełne poparcie Zachodu, decyzja samodzielnej, politycznie prowokującej wyprawy kijowskiej - nie tylko bez poparcia, ale wbrew Entencie, na przeciwnika silniejszego, dysponującego przewagą zarówno na froncie ataku jak w masie do strategicznego manewru - jest nie do wytłumaczenia." – napisze po latach na emigracji płk. Kędzior.

Historię piszą zwycięzcy

A jednak to Piłsudski stał się nominalnym zwycięzcą wojny polsko-bolszewickiej. Generał Tadeusz Jordan Rozwadowski, który uratował Warszawę w 1920 a wcześniej dowodził obroną Lwowa przed Ukraińcami, został po zamachu majowym dość skutecznie wymazany z najnowszej historii Polski. Genialny strateg wojskowy i obrońca Warszawy z sierpnia 1920 do niedawna, nie miał nawet w stolicy Polskiulicy swojego imienia. A była to postać w polskim wojsku wybitna. W maju 1926 generał stanął po stronie wojsk rządowych broniących konstytucyjnego porządku. Po zamachu stanu, generałowie Rozwadowski i Zagórski zostali aresztowani pod sfabrykowanym zarzutem korupcji. Bez wyroku sądu przetrzymano ich następnie około roku w więzieniu na Antokolu w Wilnie, skąd zostali zwolnieni. Gen. Włodzimierz Zagórski, który był szefem sztabu dowodzonego przez gen. Hallera Frontu Północnego zaginął rzekomo w drodze między Wilnem a Warszawą. W rzeczywistości został zamordowany przez stronników Piłsudskiego. Sam gen. Rozwadowski dojechał do Warszawy i wkrótce po przyjeździe zameldował się u Piłsudskiego w Belwederze. Marszałek miał na tym spotkaniu wypowiedzieć słynne słowa: "ale bitwę warszawską wygrałem ja!". Po powrocie do Warszawy, gen. Rozwadowski przez rok ciężko chorował i umarł, w okolicznościach, które nasuwają podejrzenie otrucia powoli działającą trucizną. Sanacyjne władze nie zezwoliły jednak na sekcję zwłok. Symboliczny grób gen. Rozwadowskiego znajduje się na Cmentarzu Obrońców Lwowa. Zainicjowana przez Piłsudskiego wyprawa kijowska zrujnowała młode państwo polskie i kosztowała ponad 210.000 zabitych i rannych. Z perspektywy ponad 90 lat można stwierdzić, że przypisywane endecji określenie "Cud nad Wisłą" stało się jednym z fundamentów piłsudczykowskiej legendy.

 

Marek Wojciechowski

Artykuł ukazał się w 32. numerze kwartalnika „Myśl.pl”

 

 

 

FacebookTwitter

Kwartalnik


Partnerzy
portalu

 

Polecamy